Brak powitania i brak rozsądku

Wielką karierę robi ostatnio brak. I nie chodzi o brak cukru, chleba czy soli.

Kiedyś mawiało się o braku apetytu, braku potasu w organizmie, braku podstaw czy możliwości do podjęcia jakichś czynności, bo brak to ‘fakt nieistnienia czegoś’, niedobór, niedomiar, niedosyt. Brakowało nam rozsądku, czasu, tchu, taktu, pieniędzy, pewności siebie, chęci do działania, odczuwaliśmy brak pomysłów, woli walki o coś lub bliskich z kimś relacji, zarzucaliśmy komuś brak szacunku lub kultury, byliśmy karani za brak dokumentów podczas kontroli policji czy tablicy rejestracyjnej na samochodzie. Gdy następowała awaria wodociągu czy gazociągu, odczuwaliśmy brak wody w kranach i gazu w kuchenkach, gdy nie mogliśmy korzystać z telefonu komórkowego, często przyczyną był brak zasięgu. Źle czujemy się, gdy brak nam snu lub odpowiedniej ilości pożywienia. Brak jest słowem-wytrychem, tak uniwersalnym, że rozmiłowani w polszczyźnie rodacy postanowili rozszerzyć jego panowanie.

Na uroczystości z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości przyleciał Donald Tusk. Z relacji prasowych dowiedziałam się, że „nastąpił brak powitania byłego premiera”. W innej relacji czytam: „W obliczu braku znaczących zagranicznych gości znamienne jest to, jak potraktowano przewodniczącego Rady Europejskiej”. A więc obok braku szacunku może wystąpić brak powitania, oprócz braku chleba można odczuć też brak gości.

Przed niedawnymi wyborami samorządowymi gazety przyglądały się wielu kandydatom na radnych, burmistrzów i prezydentów miast, zwłaszcza ich osiągnięciom zawodowym. W artykule o jednej z kandydatek zacytowano fragment opinii kuratorium oświaty (!): „W opiniowanym arkuszu organizacji szkoły stwierdzono brak posiadania wymaganych kwalifikacji do przydzielonych zajęć na rok szkolny w przypadku pani […] jako pedagoga”.

Ostatnie lektury odkryły przede mną szeroki świat braków. Któryś dziennikarz poinformował spragnionych wyjaśnień dotyczących bieżącej polityki, że Polsce grożą wysokie kary dzienne za brak wdrożenia decyzji TSUE, a policjant w trakcie niebezpiecznej akcji wezwał do braku użycia przemocy. Dowiedziałam się także, że można zaobserwować brak ładowania baterii w trakcie pracy jakiegoś urządzenia.

Te i wcześniejsze odkrycia powodują, że coraz częściej brak mi słów.

Brak uroczystości

Epickie wakacje i inne epickości

Nie jest wspaniale, nie jest fajnie, świetnie, fantastycznie, rewelacyjnie, pysznie, nadzwyczajnie, przepięknie, cudownie – jest epicko. Epickie są imprezy, epickie są filmy, przedstawienia, gry komputerowe, ostatnio nawet buty i sedesy bywają epickie. To kolejna bezmyślna kalka z angielskiego, do której podobno można się przyzwyczaić. Podobno.

epickie wakacjeZ telewizora natarła na mnie reklama biura podróży, zapewniającego epickie wakacje i mającego inne epickie propozycje. Na stronie internetowej mojego banku odkryłam ofertę dla młodych klientów pod nazwą Bankowo epickie wakacje – w podzięce za założenie konta bank ofiarowuje dmuchane gadżety plażowe. Trwa szturm epickości.

Zaczęło się chyba od epic fail, wyrażenia w internetowym slangu oznaczającego dotkliwą porażkę. Później doszły jeszcze między innymi epic movie i epic win, czyli ‘wspaniały film’ i ‘wspaniałe zwycięstwo’. A ponieważ najprościej jest tłumaczyć dosłownie, porażka, film i zwycięstwo szybko stały się epickie.

Przymiotnik epicki ma w polszczyźnie utrwalone – wydawać by się mogło –  znaczenie, ale rodakom, i nie jest to pierwszy przypadek, zupełnie to nie przeszkadza. Nie przeszkadza im także to, że angielski przymiotnik epic ma szersze znaczenie, jego odpowiednikiem w języku polskim może być przymiotnik epicki, lecz także inne: imponujący, robiący wrażenie, ważny, wspaniały, fajny, epokowy, spektakularny, heroiczny, a także – sięgając do slangu – superowy, odlotowy, wdechowy, bombowy, młodzież mawia też, że ‚coś wymiata’.

Kiedyś epicki bywał rozmach, epiccy byli pisarze, powieści i filmy miewały epicki charakter. Te określenia nawiązywały do epiki, jednego z trzech rodzajów literackich. Teraz słyszę, że na wyciecze było epicko, epickie bywają tapety, zabawy, koszulki, a nawet chipsy, coś jest epicko lub nawet megaepicko drogie.

Terminy literaturoznawcze pojawiają się w języku potocznym od dawna. Słyszymy dramatyczne apele, przeżywamy tragedie, miewamy liryczne nastroje. Pewnie więc i ‘epickie wakacje’ i ‘epickie imprezy’ zyskają wkrótce prawo bytu. Ale jakoś mnie to nie cieszy. Jedyny pozytyw, jaki dostrzegam, to to, że częściej teraz coś jest epickie niż zaj…ste. To drugie słowo wzbudza we mnie od dawna zdecydowanie nieepickie uczucia.

Wypchnięci sędziowie

U wielu dziennikarzy myśl płynie swobodnie i nie zawadza o słownikowe ograniczenia. Ważenie słów przestaje być potrzebne. 

Dawno temu istniał podział na język literacki i potoczny. Ogólnie rzecz ujmując, był to podział na język pisany, staranny, i mówiony – odznaczający się mniejszą dbałością o piękno i dokładność wypowiedzi. Z przykrością zauważam, że potoczne określenia coraz częściej wkradają się do tekstów dziennikarskich i autorom oraz wydawcom zupełnie to nie przeszkadza. Pal sześć, gdy dotyczy to felietonów, tam swoboda jest znacznie większa i dobór słów decyduje o stylu piszącego, często ciekawego. Mam na myśli typowe materiały dziennikarskie, których głównym celem jest informowanie odbiorców.

wypchnięci sędziowie
fot. PAP/Tomasz Gzell

W pewnej Bardzo Ważnej Gazecie przeczytałam: „W ubiegłym tygodniu TSUE nakazał Polsce zawieszenie przepisów o wysyłaniu sędziów Sądu Najwyższego na emeryturę w wieku 65 lat (zamiast 70 lat). Polska ma też przywrócić sędziów wypchniętych na emerytury do pracy w SN na warunkach sprzed  kwestionowanej ustawy”. Podobne komunikaty ukazał się na wielu portalach i w innych gazetach.

Długo wydawało mi się, że sędziowie przechodzą w stan spoczynku, a nie na emeryturę, jako że służba sędziowska trwa do śmierci. Wydawało mi się także, że opisując tę konkretną sytuację, ważną i rozpalającą opinię publiczną, należałoby starannie dobrać słowa. Jak się okazuje – byłam naiwna. Otóż wionął duch nowości i nakazał piszącemu odrzucić zmurszałe słowa określające ten stan rzeczy, na przykład „ustawodawca chce zmusić sędziów Sądu Najwyższego do wcześniejszego odejścia z zawodu”, a stwierdzić, że tenże ustawodawca chce owych sędziów WYPCHNĄĆ. Pewnie w kolejnych relacjach duch nowości podsunie żurnalistom następne barwne sformułowania. Dowiemy się na przykład, że sędziowie zostali wysłani na zieloną trawkę albo zostali wykopani, wywaleni lub wysiudani.

Wypchnąć, proszę państwa dziennikarzy, można kogoś za drzwi lub z sali, nie ma też przeszkód, by wypchnąć towar ze sklepu, szybę z okna lub sworzeń z ogniwa łańcucha, może zdarzyć się też tak, że wypchnięta, czyli pozbawiona stanowiska żona, w przypływie złości wypchnie męża po zakupy. Można także wypchnąć spodnie na kolanach.

Pucz – słowo ciągle na czasie

Od kiedy władzę w kraju objęło Prawo i Sprawiedliwość, oprócz politycznej obserwujemy wzmożoną gimnastykę lingwistyczną. Dziś o puczu.

Wszyscy pewnie pamiętamy wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z grudnia 2016 roku, który okupowanie sali sejmowej przez posłów opozycji i protesty pod Sejmem nazwał puczem. Słuchałam wtedy jego przemowy w zdumieniu, pamiętałam bowiem, nie tylko dzięki lekcjom historii, że pucz to zbrojny zamach stanu. W głowie kotłowały mi się informacje o puczu monachijskim w 1923 roku oraz puczach w Chile w 1973 i Argentynie w 1976 roku, w wyniku których w tych krajach na lata wprowadzono dyktaturę wojskowych i które pochłonęły wiele ofiar. Świeżo miałam też wtedy w pamięci wieści o nieudanym puczu w Turcji i obrazy czołgów na ulicach. Przypomniałam sobie także wydarzenia po 13 grudnia 1981 roku w Polsce, a więc nie tak odległej naszej historii. Zdumienie nasilało się z biegiem czasu, gdy okazywało się, że wpływ prezesa PiS nie tylko w sprawach politycznych jest ogromny: słowo pucz na określenie grudniowych wydarzeń pod i w Sejmie królowało w wypowiedziach polityków związanych z partią rządzącą. Wpływ ten najdobitniej objawił się w filmie dokumentującym tamte wydarzenia, a zatytułowanym oczywiście Pucz, głośno komentowanym we wszystkich kręgach politycznych.

Szczęśliwie z czasem uznano, że słowo pucz oznaczające, zdaniem polityków, protesty przeciwko działaniom władz, jest jednak mało nośne, by wyrazić się eufemistycznie. Niektórzy zajrzeli nawet do słowników wyrazów obcych, publikując na Twitterze swoje odkrycia. Tak więc pół roku później, podczas akcji protestacyjnych w obronie niezależności sądów, odcięto się od puczu, a zaczęto mówić o rebelii i rokoszu. Przypuszczalnie określenia te wydały się łagodniejsze i bardziej obrazowe. Mnie jednak, i zapewne milionów rodaków, nie opuszczało przekonanie, że protest to jedno, a rebelia i rokosz – drugie. Szkoda, że tym razem politycy do słowników nie zajrzeli.

Wydawać by się mogło, że pucz został pogrzebany. Jak się wkrótce okazało, siła przekazu prezesa Kaczyńskiego jest ogromna: niektórzy, w tym dziennikarze, nie są  w stanie pogodzić się z racjonalnym wyjaśnieniem. Gdy ważyły się losy ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym, Akcja Demokracja rozesłała w Internecie ankietę, w której pytano o formy protestu, jeśli projekty tych ustaw proponowane przez prezydenta Dudę będą powielały rozwiązania forsowane we wcześniejszych projektach PiS-u. Jedna z gazet dokonała wówczas odkrycia, że szykuje się kolejny pucz. Miał on polegać na blokowaniu biur poselskich i linii telefonicznych Pałacu Prezydenckiego oraz roznoszeniu ulotek, rozklejaniu plakatów i wywieszaniu banerów…

Wygląda na to, że pucz wiecznie jest żywy. Jeden z prominentnych polityków z troską niedawno wyjawił, że udało się zatrzymać pucz Zbigniewa Ziobry wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości, inny – że trwa pucz sędziów Sądu Najwyższego.

Wiedza o tym, czym właściwie jest pucz, rozprzestrzenia się. Pewien dziennikarz, pisząc ostatnio o działaniach ludzi niechętnych papieżowi Franciszkowi, wyraził obawę, że to może być pucz przeciwko głowie Kościoła Katolickiego. Inny ostrzegał, że w pucz mogą przerodzić się spory w komitecie wyborczym PiS w Krakowie. Jak się coraz częściej okazuje, rzeczywistość i polityczne definicje to dwa światy. Zapewne wkrótce zostaniemy poinformowani o kolejnych odkryciach.

Wszędzie coś rusza

Bardzo lubimy ruszać. Ale wcale nie chodzi o ruszanie głową.

Co rusz dowiadujemy się, że coś rusza. Nie: rozpoczyna się, nie: podejmuje działalność, nie: inicjuje, a właśnie rusza. W całym kraju ruszają przetargi, zbiórki, przesłuchania, a także różne plebiscyty. Ruszają nowe kawiarnie, gabinety lekarskie, szkoły, bezobsługowe markety (przy okazji – dlaczego u nas angielski rynek oznacza sklep?), stacje benzynowe. Ruszają odbiory dróg, remonty, skupy jabłek, wykopki i wszelkie zbiory. Ruszają rozliczne procesy sądowe. Ruszają castingi i precastingi, ruszają zdjęcia do filmów i seriali. Powstają i ruszają portale internetowe.

Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa ruszyła swego czasu z wypłatą zaliczek na poczet dopłat bezpośrednich. W wielu miastach ruszyły budżety obywatelskie, które poprzedziły konsultacje społeczne – te rzecz jasna ruszyły odpowiednio wcześniej.  Aby móc uczestniczyć w jakimś miejskim lub rządowym programie, trzeba czekać, aż ruszą zapisy lub nabór wniosków do tychże, po jakimś czasie ruszają kolejne etapy rekrutacji. W wielu instytucjach i zakładach pracy pod koniec roku ruszy wypłata trzynastych pensji. Robi się chłodno, a więc wkrótce ruszy sezon grzewczy. W teatrach i kinach co jakiś czas rusza przedsprzedaż lub sprzedaż karnetów, ruszają także akcje promocyjne. Kandydaci na wójtów, sołtysów, radnych, burmistrzów i prezydentów miast w odpowiednim czasie ruszają z kampanią wyborczą. W wyższych uczelniach właśnie ruszył rok akademicki, ruszają również nowe kierunki i programy grantowe. W październiku ruszył także kolejny Tydzień Kultury Chrześcijańskiej. W Gdańsku co roku rusza Jarmark św. Dominika, swego czasu w wielu miastach ruszyły Inkubatory Przedsiębiorczości. W stolicy po usunięciu awarii wodociągu ruszyła Trasa Łazienkowska, w Katowicach ruszył jubileuszowy Europejski Kongres Gospodarczy, w Koluszkach ruszył montaż dachów na jakichś zbiornikach, a w Ryanairze ruszył kolejny strajk. Trener pewnego klubu piłkarskiego z dumą stwierdził, że gra jego zawodników ruszyła do przodu. Co jakiś czas rusza nabór do armii. W niektórych miejskich autobusach ruszyła możliwość zapłaty za przejazd kartą płatniczą.

Pytanie z ostatniej chwili: kiedy ruszy przekop Mierzei Wiślanej?

Piętnaście deczko paszteciku

W jednym z moich ulubionych sklepów spożywczych wszystko jest doskonałe: piękne wnętrze, pachnące, świetnie prezentujące się i bardzo smaczne produkty, miła obsługa. Zbyt miła.

zdrobnienia
fot. natemat.pl

Ponieważ sklep cieszy się sporym zainteresowaniem klientów, a nie jest placówką samoobsługową, czasem trzeba postać kilka minut w kolejce. Muszę wtedy okazać sporo cierpliwości i wcale nie dlatego, że czekam. Otóż przemiła obsługa okazuje swoją uprzejmość zdrabnianiem wszelkich nazw. Moją wytrzymałość nadweręża szyneczka z tłuszczykiem, biała kiełbaska, wołowinka, wieprzowinka, kotleciki schabowe, makaronik domowy, śmietanka, chlebek, masełko, pasztecik, a także kilogramik, paragonik, gotóweczka i pieniążki, którymi płacę za zakupki. Często też okazuje się, że – jeżeli nie używam karty (o dziwo, karta nie staje się karteczką) – powinnam mieć w portfeliku także grosiczki. A na koniec jestem pytana, czy potrzebuję torebeczki.

Trudno mi utrzymać powagę, gdy ekspedientka pyta, czy na pewno życzę sobie piętnaście deczko paszteciku. Ze wszystkich sił staram się nad sobą panować, bo stojąca po drugiej strony lady pani jest przekonana, że w ten sposób okazuje mi swoją uprzejmość i bardzo dba o to, bym była zadowolona. Nie opuszcza mnie jednak wtedy przekonanie, że zdrobnienia są dziś plagą, która toczy nasz język.

Kiedyś kupcy i przekupki, a dziś handlowcy doskonale wiedzą, że skuteczniej zyskują klientelę, zdrabniając nazwy produktów. Niestety zwyczaj ten przenosi się też na drugą stronę lady lub straganu. Dla wielu z nas jest to przyjemne, bo formy podstawowe brzmią twardo, a zdrobniałe są wesolutkie, przywodzą na myśl cukiereczki i ułatwiają kontakty międzyludzkie. Kupujemy więc namiętnie jabłuszka, gruszeczki, śliweczki, pomarańczki, cytrynki, ziemniaczki, miodzik, dżemik, mleczko, kefirek, chlebuś i bułeczki.

Deminutywa, czyli wyrazy o znaczeniu zdrobniałym, służyły kiedyś do określania czegoś niedużego (piesek, kotek, stoliczek), oznaczały też ciepły stosunek mówiącego do kogoś lub czegoś (mamusia, wujaszek, cioteczka, podusia). Dziś stały się przede wszystkim formami grzecznościowymi. Ja jednak ciągle reaguję alergicznie, uważając, że zdrobnienia nie wzbogacają języka, jak niektórzy twierdzą, a zaśmiecają go.  I nie urozmaicają, a infantylizują. Kontroler w tramwaju nie wydaje mi się uprzejmy, gdy prosi o bileciki do kontroli.

Premiera, pilotka i dramaturżka

Dawniej wszyscy byliśmy ludźmi, teraz wiele osób (i osobniczek) podkreśla, że jesteśmy kobietami i mężczyznami.

Feminizacja zawodów jest faktem, naturalna zatem wydaje się także postępująca feminizacja nazw. Przyznam, że przez długi czas byłam przeciwna „kobiecym” formom: pani redaktor, pani psycholog, pani dyrektor, pani profesor moim i nie tylko moim zdaniem brzmi dostojniej niż redaktorka, psycholożka, dyrektorka czy profesorka. Oswajam się jednak z nimi i coraz mniej bolą mnie uszy, choć nie pozbyłam się zastrzeżeń.

Spore zasługi w tym oswajaniu mają feministki, które nie dostrzegają niczego niepoważnego w tworzonych obecnie na potęgę żeńskich nazwach. Ale są też kobiety, które nie chcą być nazywane adwokatkami, adiunktkami (tu dodatkowym powodem jest możliwość złamania języka przy wymowie), inżynierkami czy doktorkami.

Istnieje wiele nazw zawodów, których żeńskie formy zagościły już dawno w języku: nauczycielka, sekretarka, sprzątaczka, pielęgniarka, przedszkolanka, księgowa, nikogo nie razi też pisarka, działaczka czy kandydatka. Ale dyplomowany to już nauczyciel, o Condoleezzie Rice nikt nie powiedziałby sekretarka stanu, a o Margaret Thatcher, Theresie May, Ewie Kopacz lub Beacie Szydło – premierka lub premiera rządu.

Kłopotów z tworzeniem żeńskich form jest sporo. Zgodnie z wzorcem językowym do męskich nazw dodaje się końcówkę -a, -ka lub -ini albo -yni. Powstały więc m.in: radna, prezydentka, burmistrzyni, wyborczyni, polityczka, ministra, radczyni, naukowczyni, marszałkini, dramaturżka, reżyserka, pilotka, literatka, a także przestępczyni. Niektóre z wymienionych nie budzą mojego oporu, ale… ‘Pani ministra’ wywołuje skojarzenia, że jakaś pani jest związana z jakimś ministrem, radczyni do niedawna oznaczała żonę radcy, reżyserka to w teatrze pomieszczenie dla reżysera, premiera to pierwszy pokaz przedstawienia teatralnego lub filmu, premierka brzmi zabawnie, literatka to szklaneczka, a pilotką zwykliśmy nazywać czapkę „z uszami”. W naszym języku istnieje wiele słów wieloznacznych i kwestią czasu jest przyjęcie nowych znaczeń, ale sądzę, że na to trzeba jeszcze poczekać. A ‘dramaturżka’ wywołuje u mnie skurcz języka i ból uszu. Z rozpaczą myślę też, że mogłabym być kupcą, ślusarką, tokarką, naprawiaczką, elektryczką, technolożką lub kierowczynią.

Mój sprzeciw budzi nie tyle samo zjawisko, jakim jest pojawianie się w języku nowych, żeńskich form nazw zawodów, stanowisk i tytułów, ile uparte dążenie feministek do jego upowszechniania i zalegalizowania. Jestem kobietą, nie odczuwam jednak potrzeby podkreślania na każdym kroku aspektów płci. Nie rażą mnie męskie nazwy zawodów używane w odniesieniu do kobiet i wcale nie uważam, że to skutek wpajania przez lata patriarchalnych przekonań. Pozwólmy, by język „sam” ewoluował. Nie chciałabym być nazywana człowieką, a gdy zajmę się domowymi naprawami – majstrą…

Szacowna opcja, czyli co?

Reklamy to kopalnia wiedzy. Można dzięki nim dowiedzieć się, że zasady gramatyczne to przeżytek albo że akcent można stawiać tam, gdzie się komu podoba, a nie tam, gdzie stawiali go przodkowie, bo mieli ku temu powody. Często dzięki reklamom dowiaduję się także, że jakieś słowo nie znaczy już tego, co znaczy.

Portal Allegro twierdzi, że ma dla mnie, czyli potencjalnego klienta, szacowną opcję. Tak mnie szacowność opcji zaciekawiła, że nie zapamiętałam nawet, co się za nią kryje. Całą uwagę skierowałam na rozgryzienie tego, co autor miał na myśli. Oferta czcigodna (czyli godna czci!) to z pewnością nie była, ani dostojna, godna szacunku, wybitna. Z detektywistyczną ciekawością zaczęłam przeczesywać Internet i doszłam: Allegro wprowadza usługę Allegro Smart!, czyli darmowe przesyłki przez cały rok. I taż właśnie usługa została nazwana szacowną, na dodatek opcją, czyli możliwością wyboru, prawem do skorzystania z jednej z wielu możliwości. Tu akurat jest jedna możliwość, ale słowo opcja robi szaloną karierę i zaczyna oznaczać także samą możliwość. Mnie oczywiście to nowe znaczenie uwiera, ponieważ ciągle pamiętam, że optio po łacinie to ‘wolna wola’, ‘wolny wybór’. W tym przypadku nie ma między czym wybierać, ale na językowe wybory rodaków wpływu nie mam. Mogę jedynie się dziwić.

Zapewne twórcy reklamy słowem szacowny chcieli zastąpić oklepane już przymiotniki zacny i świetny, które od biedy można uznać za synonimy, a przyświecała im myśl, by się wyróżnić i przyciągnąć uwagę, bo to wydaje się być głównym celem rzesz marketingowców. Do niedawna szacowne bywały osoby, które zasłużyły na szacunek ze względu na swój wiek, status społeczny lub zasługi. Szacowne bywały matrony, pewne gremia, szacowni bywali obywatele jakiegoś miasta, jubilaci, laureaci poważnych nagród – ludzie wzbudzający respekt, poważani. Za szacowne uznawane bywało także coś mające duże znaczenie, wartość lub bogatą tradycję: instytucje, zabytki, uniwersytety. A tu proszę: przesyłki też mogą być szacowne.

Dodatkowym smaczkiem reklamy Allegro jest to, że za darmowe przesyłki trzeba zapłacić 49 złotych.

https://nowymarketing.pl/a/19552,szacowna-opcja-allegro-wprowadza-usluge-allegro-smart-czyli-darmowe-przesylki-przez-caly-rok-za-49-zl

Okazuje się, że portal Allegro nie jest pierwszy. Dzięki innym reklamom dowiedziałam się, że szacowne mogą być także samochody i motocykle. Z uwagą czekam na kolejne propozycje.

Konstytucja – brzydkie słowo na „k”

Stała się rzecz niesłychana: najstarsze i najbardziej popularne polskie przekleństwo i jednocześnie wulgarne słowo określające kobietę zyskało silną konkurencję. Słowo „konstytucja” stało się drugim po znanym wszystkim słowie na „k”, którego używanie w miejscach publicznych może być penalizowane.

konstytucja
fot. Krzysztof Mystkowski/KFP
www.gdansk.pl

Jeżeli sprawy posuną się dalej, niedługo zaczną zapadać w sądach wyroki, na mocy których trzeba będzie składać publiczne przeprosiny za używanie słowa konstytucja. Niektórzy już postanowili na własną rękę wymierzać karę za skandowanie tego słowa, co uczyniła pełnomocniczka wojewody dolnośląskiego ds. obchodów stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości w trakcie warszawskich obchodów Dnia Weterana, policzkując działaczkę Komitetu Obrony Demokracji. W ocenie niektórych publicystów urzędniczka „zachowała się tak, jak wymagała sytuacja”, gdy „wyjąca tłuszcza krzyczała ordynarne słowa”. Według innych komentatorów – „zachowała się jak trzeba”, co jest oczywistym nawiązaniem do Inki, ofiary stalinowskiego terroru. Wychodzi więc na to, że spoliczkowanie za użycie „ordynarnego słowa” konstytucja jest czynem bohaterskim. A skoro tak, wymiar sprawiedliwości powinien mieć możliwość szybko osądzić wulgarną obywatelkę. Tę i innych równie ordynarnych obywateli.

Osoby używające słowa konstytucja w miejscach publicznych są spisywane przez policję, legitymowani są także ci, którzy nakładają na pomniki koszulki z tym nowym brzydkim słowem. Według policjantów znieważają oni pomniki, według co bardziej krewkich bliźnich  – wręcz bezczeszczą, i dokonujący tych czynów mają sprawy w sądzie. Liczba postępowań prokuratorskich i procesów za używanie słowa konstytucja zdecydowanie przeważa nad tymi, które ostatnio dotyczyły starszego nieprzyzwoitego słowa wygłoszonego w przestrzeni publicznej – wyroki sądowe usłyszały dwie osoby. A nikt nie spisuje milionów rodaków za codzienne używanie słowa k…a we wszystkich możliwych sytuacjach.

Chyba czas sporządzić stosowną ustawę, by móc karać za wypowiadanie słowa konstytucja w miejscach publicznych, a co za tym idzie – wykropkowywać w materiałach drukowanych, wypikiwać w telewizji i oznaczać kwalifikatorem wulg. w słownikach.

Gratis i rabat – czarodziejskie słowa

Od dawna wiem, że wiedza szkodzi. Mnie bardzo przeszkadza w życiu znajomość łaciny. Choć jest to relacja niezbyt zażyła, wystarczy, by doznawać dyskomfortu.

gratis
www.przystan.eu

Ładnych parę lat temu w polszczyźnie na dobre zadomowiły się gratisy. Sklepy przyciągały klientów, oferując coś gratis do zakupu. Gratis, czyli darmo, bezpłatnie, nieodpłatnie. Można to także „przetłumaczyć” na bardziej swojskie: za Bóg zapłać, na ładne oczy, za darmochę, za frajer, za friko. Handlowcy wiedzą, że odczuwamy niezwykłą chęć wejścia w posiadanie darmowego produktu, choć wcale go nie potrzebujemy, słowo gratis zrobiło więc niezwykłą karierę. Wyzwala wręcz nieracjonalne podniecenie.

Ponieważ znajomość łaciny jest wśród rodaków deficytowa, szybko darmowy dodatek do zakupu stał się gratisem. Gratisy to breloczki, promocyjne koszulki, długopisy, płyty, książki i setki innych przedmiotów, które zwykle wkrótce po ich zdobyciu lądują w szufladach lub koszach. Ale wcześniej działają: kupujemy coś, bez czego moglibyśmy się śmiało obejść, by dostać gratis.

Łaciński przysłówek stał się polskim rzeczownikiem i doczekał potomków: pojawił się przysłówek gratisowo, przymiotnik gratisowy,  a nawet kolejny rzeczownik – pieszczotliwy gratisik. Tylko ja ciągle cierpię, pamiętając zajęcia z łaciny.

rabat
www.prokreacja.com

Gdy uznałam, że nie mam wyjścia i muszę pogodzić się z gratisem, zaatakował mnie rabat. Pochodzenie ma włoskie (rabatto), może dlatego podlega dziwnym zabiegom. Dzięki licznym, zalewającym moją skrzynkę mejlową reklamom, dowiedziałam się, że rabat można odebrać. Skorzystaj z promocji i odbierz rabat na płytki ceramiczne/ulotki/parownicę/żelazko – czytam. Mogę także odebrać rabat w prezencie i to w trzydzieści sekund. Pewien sklep internetowy zapewnia mnie, że gdy założę w nim konto, będę mogła odebrać rabat na zawsze, inny oferuje mi odebranie rabatu na muzykę.

W jaki sposób zniżka oznaczona procentowo lub kwotowo od ceny danego towaru, czyli upust, może zostać odebrana? Ja nie wiem, ale wiedzą to handlowcy. Nikomu rabatu nie pożyczyłam, nie podarowałam ani nie zabrałam też wcześniej przekazanego, nikomu też nie zleciłam go do wykonania, żeby móc odebrać. Ciągle zastanawiam się też, gdzie tenże rabat jest przechowywany.

Po namyśle uznałam, że mogę go przyjąć, skoro ktoś chce mi go udzielić.