Konstytucja – brzydkie słowo na „k”

Stała się rzecz niesłychana: najstarsze i najbardziej popularne polskie przekleństwo i jednocześnie wulgarne słowo określające kobietę zyskało silną konkurencję. Słowo „konstytucja” stało się drugim po znanym wszystkim słowie na „k”, którego używanie w miejscach publicznych może być penalizowane.

konstytucja
fot. Krzysztof Mystkowski/KFP
www.gdansk.pl

Jeżeli sprawy posuną się dalej, niedługo zaczną zapadać w sądach wyroki, na mocy których trzeba będzie składać publiczne przeprosiny za używanie słowa konstytucja. Niektórzy już postanowili na własną rękę wymierzać karę za skandowanie tego słowa, co uczyniła pełnomocniczka wojewody dolnośląskiego ds. obchodów stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości w trakcie warszawskich obchodów Dnia Weterana, policzkując działaczkę Komitetu Obrony Demokracji. W ocenie niektórych publicystów urzędniczka „zachowała się tak, jak wymagała sytuacja”, gdy „wyjąca tłuszcza krzyczała ordynarne słowa”. Według innych komentatorów – „zachowała się jak trzeba”, co jest oczywistym nawiązaniem do Inki, ofiary stalinowskiego terroru. Wychodzi więc na to, że spoliczkowanie za użycie „ordynarnego słowa” konstytucja jest czynem bohaterskim. A skoro tak, wymiar sprawiedliwości powinien mieć możliwość szybko osądzić wulgarną obywatelkę. Tę i innych równie ordynarnych obywateli.

Osoby używające słowa konstytucja w miejscach publicznych są spisywane przez policję, legitymowani są także ci, którzy nakładają na pomniki koszulki z tym nowym brzydkim słowem. Według policjantów znieważają oni pomniki, według co bardziej krewkich bliźnich  – wręcz bezczeszczą, i dokonujący tych czynów mają sprawy w sądzie. Liczba postępowań prokuratorskich i procesów za używanie słowa konstytucja zdecydowanie przeważa nad tymi, które ostatnio dotyczyły starszego nieprzyzwoitego słowa wygłoszonego w przestrzeni publicznej – wyroki sądowe usłyszały dwie osoby. A nikt nie spisuje milionów rodaków za codzienne używanie słowa k…a we wszystkich możliwych sytuacjach.

Chyba czas sporządzić stosowną ustawę, by móc karać za wypowiadanie słowa konstytucja w miejscach publicznych, a co za tym idzie – wykropkowywać w materiałach drukowanych, wypikiwać w telewizji i oznaczać kwalifikatorem wulg. w słownikach.

Gratis i rabat – czarodziejskie słowa

Od dawna wiem, że wiedza szkodzi. Mnie bardzo przeszkadza w życiu znajomość łaciny. Choć jest to relacja niezbyt zażyła, wystarczy, by doznawać dyskomfortu.

gratis
www.przystan.eu

Ładnych parę lat temu w polszczyźnie na dobre zadomowiły się gratisy. Sklepy przyciągały klientów, oferując coś gratis do zakupu. Gratis, czyli darmo, bezpłatnie, nieodpłatnie. Można to także „przetłumaczyć” na bardziej swojskie: za Bóg zapłać, na ładne oczy, za darmochę, za frajer, za friko. Handlowcy wiedzą, że odczuwamy niezwykłą chęć wejścia w posiadanie darmowego produktu, choć wcale go nie potrzebujemy, słowo gratis zrobiło więc niezwykłą karierę. Wyzwala wręcz nieracjonalne podniecenie.

Ponieważ znajomość łaciny jest wśród rodaków deficytowa, szybko darmowy dodatek do zakupu stał się gratisem. Gratisy to breloczki, promocyjne koszulki, długopisy, płyty, książki i setki innych przedmiotów, które zwykle wkrótce po ich zdobyciu lądują w szufladach lub koszach. Ale wcześniej działają: kupujemy coś, bez czego moglibyśmy się śmiało obejść, by dostać gratis.

Łaciński przysłówek stał się polskim rzeczownikiem i doczekał potomków: pojawił się przysłówek gratisowo, przymiotnik gratisowy,  a nawet kolejny rzeczownik – pieszczotliwy gratisik. Tylko ja ciągle cierpię, pamiętając zajęcia z łaciny.

rabat
www.prokreacja.com

Gdy uznałam, że nie mam wyjścia i muszę pogodzić się z gratisem, zaatakował mnie rabat. Pochodzenie ma włoskie (rabatto), może dlatego podlega dziwnym zabiegom. Dzięki licznym, zalewającym moją skrzynkę mejlową reklamom, dowiedziałam się, że rabat można odebrać. Skorzystaj z promocji i odbierz rabat na płytki ceramiczne/ulotki/parownicę/żelazko – czytam. Mogę także odebrać rabat w prezencie i to w trzydzieści sekund. Pewien sklep internetowy zapewnia mnie, że gdy założę w nim konto, będę mogła odebrać rabat na zawsze, inny oferuje mi odebranie rabatu na muzykę.

W jaki sposób zniżka oznaczona procentowo lub kwotowo od ceny danego towaru, czyli upust, może zostać odebrana? Ja nie wiem, ale wiedzą to handlowcy. Nikomu rabatu nie pożyczyłam, nie podarowałam ani nie zabrałam też wcześniej przekazanego, nikomu też nie zleciłam go do wykonania, żeby móc odebrać. Ciągle zastanawiam się też, gdzie tenże rabat jest przechowywany.

Po namyśle uznałam, że mogę go przyjąć, skoro ktoś chce mi go udzielić.

Pewne wątpliwości

Z pewną nieśmiałością zauważam, że do mody na „jakby”, partykuły doklejanej do czego się da (i do czego się nie da), dołącza zataczająca coraz większe kręgi moda na kolejną. Sporo rodaków ciągle ma pewne wątpliwości, czy wyrażony sąd odpowiada faktycznemu stanowi rzeczy.

pewne wątpliwości
Telewizja Republika

Sędzia Wiesław Johann, wiceprzewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa, na pytanie, czy jest przekonany, że wszystkie wskazania kandydatów do Sądu Najwyższego są odpowiednie, powiedział: „Miałbym pewne wątpliwości, bo okazuje się, że wychodzą pewne […] niedoskonałości”. I dalej: „Biję się we własne piersi. Ale myślę, że to wynika z pewnego charakteru pracy. Niestety, pracowaliśmy w pewnym pośpiechu. […] Nie nazwę tego „kompromitacją”, nazwę to „wpadką”, która wynikała z pewnego pośpiechu i braku materiałów”.

Jak zdefiniować pewne wątpliwości? Czym różni się pewien pośpiech od pośpiechu? Czym jest pewien charakter pracy? Pewne niedoskonałości? Są czy nie są niedoskonałościami?

Miałam nadzieję, że bracia Polacy i siostry Polki przestaną wreszcie, po latach, jakby wątpić w to, co jakby mówią. Nadzieja okazuje się płonna, ciągle robimy jakby zakupy, czytamy jakby artykuły i bywamy jakby roztrzęsieni lub jakby zdenerwowani. Kochamy jakby. Od jakiegoś czasu pałamy także miłością do pewien/pewna/pewne.

Zmienia się rzeczywistość, zmienia się język, to oczywiste. Powinien być on różnicowany, wzbogacany, by „odpowiednie rzeczy dać słowo”. Nieustanne podważanie rzeczywistości trudno nazwać wzbogacaniem. Trudno też pokochać kolejne natręty językowe. Modne i nadużywane są przede wszystkim słowa nowe, obce, „mądre”, atrakcyjnie brzmiące, takie jak opcja, konsensus, kultowy, oszołom, totalny, mega, spolegliwy, generalnie. Co jest atrakcyjnego w jakby lub pewnym? Jakie potrzeby informacyjne zaspokajają? Leksykalne fascynacje rodaków to zagadka.

Ustalenie, kto zaczął, jest trudne, wiadomo natomiast, że ogromną rolę w upowszechnianiu mód językowych odgrywają gadające głowy w telewizji, głównie politycy. Wszak pewien prezes partii powiedział o nowo mianowanym ministrze spraw zagranicznych, że to „pewien eksperyment”…

W którymś artykule przeczytałam takie zdanie: „Moda to pewna potrzeba naśladowania innych, podążania za wytyczonymi trendami, identyfikacji z tymi, którzy wyznaczają obecny styl”.

Niczego dziś nie można być pewnym.

Rzecznik rządu powiedział

W Jakbylandii

Sekretarka i specjalista

Dostałam mejl od pewnej instytucji. Organizacja szacowna, wiadomość ważna, nie mogła zatem zostać podpisana przez zwykłą sekretarkę. Powiadomienie wysłała pani X, specjalista ds. obsługi sekretariatu.

To, że jesteśmy społeczeństwem sfrustrowanym, cierpiącym na kompleks niższości wobec mitycznego Zachodu wiadomo od lat. I bardzo lubimy być lepszymi niż jesteśmy. Za czasów słusznie minionych przejawiało się to kolejkami w Peweksie, wystawkami puszek po coca-coli lub piwa na koszmarnych meblościankach i rewią opakowań, często pustych, po zagranicznych kosmetykach w łazienkach. Siermiężna rzeczywistość domagała się kolorów i blasku. Dziś nasze frustracje najczęściej objawiają się w nadawaniu obcojęzycznych nazw czemu tylko się da (często bez sprawdzania pisowni, jako że dumny Polak nie musi zaglądać do słowników, czego najnowszym dowodem jest nazwa nowo otwartej warszawskiej kawiarni Jakicaffe, w której coffee zlała się z café).

Ważne miejsce w szerzeniu narodowej dumy zajmują także niektóre nazwy stanowisk, służące ukryciu ich często nie najwyższej rangi. Tu nierzadko górę bierze nasza miłość do języków obcych, zwłaszcza angielskiego. W sklepach pojawili się sejl menedżerowie i asystenci sprzedaży (widocznie sprzedaż może mieć asystenta, wszystko dziś jest możliwe), sprawami personalnymi w zakładach pracy przestali kierować kadrowi – ich dzieło kontynuują haerowcy, księgowość prowadzą akont menedżerowie, a życie towarzyskie firmy organizują iwent menedżerowie, dawniej zwani kaowcami.

W wielu nazwach stanowisk widnieje słowo specjalista. Z doświadczenia wiem, że dziś ten rzeczownik nie zawsze oznacza człowieka odznaczającego się gruntowną znajomością jakiejś dziedziny. Czasy się zmieniły i specjalistą można zostać do dwóch latach pracy na jakimś stanowisku. Niektórzy twierdzą, że specjalista „na państwowym” to osoba mająca szerokie koneksje pozwalające jej na rozwijanie kariery. Potrafi wysłać mejl, kserować dokumenty, często rozmawia przez telefon i pije dużo kawy.

A teraz pytanie: w jaki sposób obsługuje się sekretariat? Ja nie wiem, ale pewnie wie to pani, która zajmuje się pracami biurowymi związanymi z działalnością jakiejś osoby lub instytucji, a nie chce być nazywana sekretarką.

„K…a” – zadziwiająca kariera

Sławomir Mrożek w czasie, gdy dyskutowano nad zapisami konstytucji, powiedział: „To nie jest konstytucja Polaków, tam nie ma słowa „k…a”.

Wielki dramatopisarz miał rację. Sadzę, że gdyby „k…a” zanikła, większość Polaków przestałaby z sobą rozmawiać. „O, k…a!, ja p…ę!” wystarczy, by się porozumieć. Można w ten sposób wyrazić wszystko: strach, złość, irytację, a nawet podziw. Te słowa tak spowszedniały, że stały się potocznym przerywnikiem, bo nawet nie można powiedzieć, że przecinkiem. Przecinek służy do logicznego dzielenia wypowiedzi, a w przypadku stosowania „k…y” logiki za grosz.

Jeszcze niedawno przeklinano, by łagodnie określić to zjawisko, tylko w tak zwanym swoim, męskim gronie, a ktoś przyłapany na publicznym przeklinaniu czuł się co najmniej niezręcznie. Teraz słowo zaczynające się na „k” słychać wszędzie: na ulicy, w kinie i teatrze, płynie z ust ludzi obojga płci, w każdym wieku i we wszystkich sytuacjach. Kobiety i dziewczęta już nie płoną rumieńcem, słysząc je, i nie oddalają demonstracyjnie, jak to kiedyś bywało. Wręcz przeciwnie, gorliwie współzawodniczą z przedstawicielami brzydszej płci. Wygląda na to, że używanie tego bardzo starego słowa należy wręcz do dobrego (!) tonu.

Scenarzyści współczesnych polskich filmów i autorzy sztuk wkładają „k…ę” w usta bohaterom bez względu na epokę. W czasach młodości profesora Religi nie przeklinano tak jak teraz, co nie przeszkodziło autorowi scenariusza Bogów ozdobić „k…ą” bardzo wielu dialogów. W przejmującym węgierskim filmie Syn Szawła, niemal niemym, którego akcja rozgrywa się w niemieckim obozie koncentracyjnym, Polacy mówią zaledwie kilka słów, które trudno zrozumieć, ale ze zrozumieniem jednego z nich nie ma żadnego problemu. Strach oglądać teraz nawet stare filmy w telewizji – uwspółcześnione listy dialogowe rozbłysły poezją pełną „k”, a także bratnich „p” i „ch”.

„K…a” stała się naszym towarem eksportowym. Profesor Miodek opowiadał kiedyś, że gdy był w Paryżu, uliczny sprzedawca usłyszawszy polską mowę, zaczął przyzywać potencjalnych klientów wiadomym słowem…

W zdumienie wprowadzają mnie informacje o sprawach sądowych, wytoczonych osobom używającym wulgaryzmów w miejscach publicznych. Przecież wystarczy przejść się kilka minut ulicą, by usłyszeć ich setki. „K…a” podkreśla sens zdania, zastępuje dowolną część mowy i wszystkie znaki interpunkcyjne. Bez niej rodacy nie byliby w stanie porozumiewać się, wojsko i policja byłyby bezbronne, stanąłby przemysł, transport, budownictwo, nawet sejm i senat nie mogłyby obradować.

-latka, -latek…

Niemal codziennie prasa i telewizja informują o dramatycznych przypadkach: ktoś kogoś pobił, zabił, ranił, ktoś zaginął, utonął. Ale dlaczego przekazujący te smutne wieści mają przykry zwyczaj wypominania wieku ofiarom i sprawcom? Jakby to miało szczególne znaczenie.

  • W trakcie wyjaśniania szczegółowych okoliczności zdarzenia policjanci ustalili, że to obecni na miejscu 23-latka oraz jej 30-letni kolega są odpowiedzialni za pobicie mężczyzny. Jak się okazało, para umówiła się z 42-latkiem w celu wyjaśnienia nieporozumień między nimi.
  • Dwóch mężczyzn zaatakowało 60-latka na drodze. 60-latek trafił do szpitala, gdzie spędził trzy dni.
  • Jak ustalono w oparciu o zgromadzony materiał dowodowy, 42-latek miał świadomość niepełnosprawności intelektualnej pokrzywdzonej.
  • Nie żyją 18-latek i 42-latek.
  • 33-latek usłyszał zarzut zabójstwa, a 24-latek poplecznictwa.
  • Białostoccy policjanci zatrzymali 42-latka podejrzewanego o nielegalną uprawę narkotyków.
  • 52-latek zwyzywał ratowników medycznych, był agresywny i rzucił się na lekarza.

Na dodatek zapisywane jest to jak wyżej, jakby przedstawiciele służb mundurowych i dziennikarze hurtem zapomnieli, że można powiedzieć/napisać na przykład: czterdziestodwuletni mężczyzna, siedemdziesięcioletnia kobieta, trzynastoletnia dziewczynka, siedemnastoletni chłopiec, jeżeli uznać, że wiek ofiar lub złoczyńców jest istotny dla sprawy. A często nie jest.

Czy tak trudno powiedzieć/napisać: Zginęli dwaj młodzi mężczyźni? Okradziono starszą kobietę? Ofiarą wypadku był kilkunastoletni chłopiec? Napadnięto starszego mężczyznę?

Wiek obywatela nie należy do danych wrażliwych, mimo to za każdym razem, gdy słyszę podobną do przytoczonych relacji, wszystko się we mnie burzy.

Wasza poirytowana hm-hm-latka

Kontrfaktyczny, czyli niezgodny z faktami

Jarosław Kaczyński, kontrfaktyczny
fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

„Cała ta opowieść, która krąży po Europie i świecie, jest odwróceniem faktów, jest – jak mówią prawnicy – kontrfaktyczna” – powiedział Jarosław Kaczyński w odpowiedzi na krytykę reformy sądownictwa, dokonywaną przez partię rządzącą. A ja zastanawiam się, dlaczego tak bardzo lubimy trudne słowa, trudne także do wymówienia, zamiast proste sprawy nazywać w prosty sposób.

Idę o zakład, że przymiotnik kontrfaktyczny natychmiast podchwycą dziennikarze, publicyści i tak zwani zwykli ludzie. Ten termin filozoficzny, oznaczający coś odnoszącego się do zdarzeń potencjalnych lub nierzeczywistych, stosowany do tej pory przez prawników i naukowców, wejdzie do języka potocznego. Prezes Kaczyński ma moc sprawczą. Wiele słów i wyrażeń z jego słownika budziło niekłamany podziw i pojawiało się w wypowiedziach innych, że wspomnę tylko hiperoportunizm, lumpenliberalizm, kondominium i imposybilizm. Pan prezes używał rzadkich, zwłaszcza u polityków, a pięknych słów: ubóstwienie, eschatologiczny, wehikuł, eugenika, łgać, zastrachany, warcholstwo, unitarny, dezawuować, tworzył ciekawe związki frazeologiczne: skundlenie polityczno-kulturowego establishmentu, łże-elity, hybrydalny system władzy, konfederacja zdrady narodowej, starszo-średnie pokolenie, mentorsko-rezonerski styl i – oczywiście – oczywista oczywistość. Teraz szansę na masową popularność ma przymiotnik kontrfaktyczny. A prosto i zwyczajnie brzmiące ‘niezgodne z faktami’ wyda się z pewnością niektórym passé.

Bardzo lubimy eskalować zamiast zwiększać, wśród wielu rodaków króluje defetyzm zamiast braku wiary w zwycięstwo, afirmujemy, a nie zgadzamy się na coś, konfabulujemy, a nie zmyślamy, eksplikacja wypiera objaśnianie znaczenia, abstrahujemy, a nie świadomie czegoś nie uwzględniamy, wiele spraw budzi naszą awersję, a nie niechęć, dokonujemy ewaluacji, a nie oceniamy czy szacujemy. Nic w tym złego, wyrazy obce zawsze stanowiły sporą część zasobu polszczyzny (pod warunkiem, że znaczą to, co znaczą, a nie to, co nam się wydaje). Ja jednak wobec narastającej liczby cudzoziemskich nabytków w naszej mowie nie tylko potocznej pozwolę sobie na ambiwalentne uczucia.

Półtorej kontra półtora roku

Co łączy prezydenta i premiera? Półtorej roku”!

półtorej roku
fot. onet.pl

Jakiś czas temu, ba, przez lata, sprawa wydawała się się prosta: półtorej godziny – forma żeńska, półtora roku – forma męska. Od jakiegoś czasu przekonuję się boleśnie, że to, co kiedyś było proste, dziś proste nie jest. Strach włączyć telewizor lub radio, bo zewsząd słychać półtorej miesiąca, półtorej tygodnia, półtorej miliona, półtorej tysiąca, półtorej dnia, półtorej litra. Do przekonanych o wyższości półtorej nad półtora dołączył swego czasu prezydent Andrzej Duda. Okazuje się, że przykład idzie z góry, co nie jest przecież niczym nowym. Również premier Mateusz Morawiecki uległ przemożnej sile przekazu prezydenta, a także milionów rodaków.

półtorej roku
fot. Kancelaria Premiera

Nasi przodkowie mawiali półwtora (jeden i pół), półtrzecia (dwa i pół), półczwarta (trzy i pół), półpiąta (cztery i pół) i tak dalej. Ocalało tylko półwtora, uproszczone do półtora. Oczywiście półtora mogło być czegoś rodzaju męskiego (półtora roku!), wszystko, co żeńskie miało formę półtorej (półtorej minuty, półtorej doby, półtorej godziny). Dlaczego rodacy mają z tym rozróżnieniem problemy, mieszając rodzaje gramatyczne? I czemu górą żeńska forma liczebnika półtora? Językoznawcy nie potrafią odpowiedzieć na to pytanie. Pozostaje mieć nadzieję, że rodacy opamiętają się. Tylko kiedy? Może dopiero za półtorej roku?

Gromić – modne słowo

Wiadomości TVP umieściły na pasku informację: Telewizja Polska gromi komercyjną konkurencję.

Patrzyłam na ten pasek w zadumie, zastanawiając się intensywnie, dlaczego stacja telewizyjna ostro upomina (albo też łaja, beszta, strofuje, gani) konkurencję i dlaczego tym się chwali. Dopiero po dłuższej chwili uświadomiłam sobie, że nie chodzi o upominanie, a o pokonywanie, zapewne w sondażach. Dziennikarze narodowej telewizji, zgodnie z misją nadawcy publicznego, postanowili sięgnąć do źródeł i przypomnieć pierwotne, dziś już z rzadka przywoływane, znaczenie słowa gromić. Owszem, ostatnio mówi się często o pogromach, zwłaszcza w obliczu kolejnych rocznic smutnych wydarzeń na Wołyniu i w Jedwabnem, ale niewiele osób łączy pogrom z gromieniem (na przykład najeźdźcy) lub miotaniem gromów (choć niektórzy politycy miotają gromy na innych polityków).

Można się czymś pochwalić, jeśli jest czym, bez dwóch zdań, ale od razu gromić?

Słowo gromić bardzo lubi świat sportu („GKS Tychy gromi na wyjeździe Naprzód Janów!”). Wygląda na to, że przedstawiciele innych dziedzin pozazdrościli komentatorom sportowym tego pięknego starego słowa i postanowili jego pierwsze znaczenie przywrócić społeczeństwu, choć nie zawsze czynią to z głową. Czytam w prasie: „Mariusz Kamiński, szef CBA, gromi mafię”, ale także „PiS gromi w nowym sondażu” (dziennik.pl) i „Ruszył mundial, Rosja gromi w meczu otwarcia” (polskieradio.pl). Kogo lub co gromi PiS i którą drużynę zgromiła Rosja tego nie sposób się dowiedzieć z tych komunikatów. Gdzieś ktoś przeczytał, że gromić to tyle, co pokonywać, nie doczytał jednakowoż, że pokonuje się kogoś. Najważniejsze, że ładnie brzmi.

Suweren, czyli władca

W kraju dzieją się ważne rzeczy, dziś więc o słowie związanym z wydarzeniami politycznymi ostatnich blisko trzech lat. O „suwerenie”.

suweren
www.ceneo.pl

Partia rządząca, poza zmianami politycznymi, dokonuje także zmian na polu lingwistycznym. Efekty niektórych zabiegów są dyskusyjne, żeby nie powiedzieć: przedziwne. Słowa o utrwalonym – wydawałoby się – znaczeniu nabierają zgoła innego. Przykłady można by mnożyć, nie chcę jednak zapuszczać się zbyt daleko na polityczne podwórko, przypomnę kilka „obojętnych”. Wygaszaniem nazywa się likwidację, proponuje się też rewitalizację inteligencji, jakby był to obszar gospodarczy. Media i banki zdaniem rządzących należy zrepolonizować. Kiedyś repolonizowano ludność, teraz okazuje się, że można to czynić z instytucjami. Jak przyjmuje się kulturę polską lub język polski (bo to do niedawna oznaczało pojęcie polonizacji) w bankach i mediach – nie wiem. O tyle to zabawne, że w terminologii używanej przez pracowników tychże wyraźnie widać dominujący wpływ angielszczyzny.

„Suweren oczekuje”, „suweren wybrał”, „suweren zdecydował” – mówią politycy prawicy, niestety powtarzają też inni, powtarzają media. Słowo suweren jest od jakiegoś czasu synonimem słów naród, społeczeństwo. Słowniki, nawet te dostępne w Internecie, wyraźnie nie nadążają za zmianami (może nie chcą?), bo uparcie trzymają się tego, że suweren to ‘niezależny władca, zwykle średniowieczny, niepodlegający niczyjej zwierzchności’, ‘senior, zwierzchnik wasala w epoce feudalnej’, a także ‘dawna złota moneta mająca rozmaitą wartość w różnych krajach’. Historycznie zatem rzecz ujmując, (pomijając sprawę monety), suweren to władca. Idąc tropem myślenia polityków, władcą jest naród (ho, ho, nie byle jaki, bo Naród Polski!).

Politycy, by uwiarygodnić swoją działalność, stosują różne zabiegi retoryczne. Mnie nowe znaczenie słowa suweren uwiera od dawna. Trzeba przyznać, że sprytny PR-owiec odwołał się także do pojęcia suwerenności narodu, rozumianej jako zdolność do samodzielnego, niezależnego od innych podmiotów, sprawowania władzy nad określonym terytorium. A że w konstytucji RP widnieją zapisy: „1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. 2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio”, nic więc dziwnego, że wybrani do sejmu i senatu często na konstytucję się powołują. Gorzej, że sami uznali się za władców. Twór językowy i kryjące się za nim pojęcie fiknęły koziołka. Jednak od czasu do czasu naród-suweren daje znać, że on sam i jego sejmowi oraz senaccy przedstawiciele to jednak obce sobie ciała.