Wakat, czyli etat

Marek Jakubiak, poseł Kukiz`15, w wywiadzie dla Radia Plus martwił się o stan polskiej armii. Odnosząc się do postawy zwierzchnika sił zbrojnych i jego zainteresowania sprawami wakatów w Elblągu, wykrzyknął z dramatyzmem w głosie: „Wakaty są, tylko puste!”. Coraz częściej wystąpienia polityków sprawiają, że zamieniam się w żonę Lota. W ich wypowiedziach słowa albo nie znaczą tego, co znaczą, albo nabierają ciekawych barw. I tak Michał Kamiński z Unii Europejskich Demokratów, mówiąc w Radiu Zet o tym, że politycy PiS odcięli się od słów ministra Waszczykowskiego o sfałszowanych wyborach prezydenta Rady Europy, powiedział: „Jest to jednak rzecz dość bezprecedensowa w tej ekipie rządowej”. Z tego wynika, że jakaś sprawa może być bezprecedensowa, mniej bezprecedensowa i bardziej bezprecedensowa. Przypominają mi się słynne słowa księdza Tischnera…

 

Zdjęcie M. Jakubiaka: polskieradio.pl, M. Kamińskiego: fakt.pl

Dedykowane, czyli…

W reklamach roi się od informacji o lekach dedykowanych seniorom, kosmetykach dedykowanych kobietom w jakimś tam wieku, często też słyszę o dedykowanych serwerach, instalacjach, aplikacjach… W telewizyjnym programie Czarno na białym w reportażu Jacka Smaruja o smogu usłyszałam o biopaliwach dedykowanych do pieców piątej generacji, a w  artykule w którejś gazecie o kłopotach ze ściągalnością abonamentu RTV przeczytałam wypowiedź rzecznika prasowego Poczty Polskiej Zbigniewa Baranowskiego: „Mamy ponad 400 wyspecjalizowanych pracowników dedykowanych tylko do realizacji tej usługi”.

Ten koszmarek jest oczywiście skutkiem wpływu języka angielskiego. Po polsku dedykować to przecież poświęcić komuś utwór literacki, muzyczny lub dzieło sztuki, umieszczając w nim lub na nim dedykację. Angielskie to dedicate jest brzmieniowym i semantycznym odpowiednikiem naszego dedykować, ale czasownik ten może być także użyty w znaczeniu przeznaczać, zarezerwować, na temat, być oddanym czemuś. Jednak w naszej mowie potocznej zwycięża angielskie znaczenie. Dlaczego? Nie potrafię pojąć. Proponuję pójść dalej i zamiast kościół pod wezwaniem św. Pawła mówić kościół dedykowany św. Pawłowi (church dedicated to St Paul) lub dedykowałam się tej sprawie (I dedicated myself to that cause). Pole do popisu jest ogromne.

Spadanie w dół

fot. Michał Rozbicki

Eurodeputowana Róża Thun, zapytana (podczas manifestacji w obronie niezawisłości sądów) o pozycję Polski w Europie, powiedziała, że zaufanie do naszego kraju spada w dół. Przy czym z mimiki jej twarzy nie dało się wyczytać, czy spostrzegła swoją niezgrabność. Gdybym chciała być uszczypliwa, zapytałabym, w jakim okresie czasu odnotowano ten spadek i czy pani poseł zamierza kontynuować dalej swoją pracę nad poprawą wizerunku kraju. A także, czy zamierza w swej pracy iść do przodu, by pracować nad opinią o Polsce zagranicznych obcokrajowców. Plus dodatkowo: czy uważa, że są szanse, by ta opinia mogła poprawić się na lepsze. Ale nie chcę.

O konsultowanej kandydaturze i nie tylko

Rafał Bochenek stanie się chyba moim ulubieńcem. Mówiąc o Jacku Saryuszu-Wolskim (tak, Saryuszu, to nie herb, a przydomek, podlega więc odmianie) oznajmił, że jego „kandydatura [na przewodniczącego Rady Europejskiej] była konsultowana”. Przykre to, że rzecznik polskiego rządu nie dba o polszczyznę. Ale nie tylko on. Poseł PiS, Dominik Tarczyński, zadał w jakimś wywiadzie dramatyczne pytanie: „Dlaczego nie był głosowany kandydat Polski?”. Także zgłoszona właśnie kandydatura Grzegorza Schetyny na stanowisko premiera, zdaniem Ryszarda Petru, nie była konsultowana z partiami opozycyjnymi. Wcześniej Sławomir Neumann zapewniał bałamutnie, że przewodniczący PO „nie będzie głosowany na premiera”. A złotousty Tadeusz Cymański któregoś dnia stwierdził: „Nie mówmy o tym, co nie zostało zaprzeczone”. Bezmyślne odwzorowywanie form języków zachodnich, w których strony biernej używa się znacznie częściej niż w języku ojczystym, staje się powszechne.

Swoją cegiełkę do rozwoju przepięknego języka polityków dołożył ostatnio Rafał Trzaskowski, który – mówiąc o zależnościach między braćmi Kaczyńskimi – oznajmił, że „Jarosław Kaczyński konsultował Lecha Kaczyńskiego”.

Często też słyszę o procedowaniu ustawy. Związek Nauczycielstwa Polskiego na swojej stronie internetowej poinformował społeczeństwo o „procedowaniu ustaw oświatowych w parlamencie”, a gazety co rusz donoszą „o procedowaniu ustawy o sieci szpitali”.

Jak można procedować ustawę? Dziennikarze i politycy niemal codziennie próbują przekonać mnie, że można. Przypuszczam, że rozumieją przez to dyskusję nad projektem ustawy. Ale procedować to przecież postępować zgodnie z określoną procedurą. Paskudne jest to słowo, dziecko polityki. Niebezpiecznie bliskie słowu proceder, które nie kojarzy się dobrze.

 

Zdjęcie R. Bochenka: Radek Pietruszka, PAP, D. Tarczyńskiego: PR24, Mateusz Rekłajtis, S. Neumanna: sejm.gov.pl/rynekaptek, R. Petru: wirtualnemedia.pl, T. Cymańskiego: Wojciech Barczyński, R. Trzaskowskiego: se.pl

Czy kobieta może się ożenić

Kilka lat temu w towarzyskiej rozmowie pewna pani nazwała swoje zamążpójście ożenkiem. Pomyślałam wtedy: ot, przejęzyczenie. Gdy jakiś czas później w „Gazecie Telewizyjnej” przeczytałam o Amerykance ożenionej z Irańczykiem (opis filmu Tylko razem z córką), zaniepokoiłam się. Jeszcze większy niepokój wzbudził we mnie kolejny opis, umieszczony również w „Gazecie Telewizyjnej” – bohaterka filmu uciekała przed ożenkiem ze wsi do miasta (Kogel mogel). Ale gdy pewien znany reżyser i literat użył słowa ożenek zamiast zamążpójście, zdenerwowałam się. Wygląda na to, że znaczenie słowa ożenek przestało być jasne. Czyżby jakąś winę ponosił przegłos polski, którego skutkiem jest między innymi oboczność samogłosek e : o, i żona nie jest łączona z ożenkiem? Czemu żona, (o)żenić się, żonaty, żeniaczka – rodzina wyrazów „związana” z mężczyzną od tegoż mężczyzny się oderwała? Dalibóg nie wiem. Wygląda na to, że być żoną i pojąć za żonę zlały się w jedno. Oby nie na zawsze! Pocieszyło mnie to, że gdy napisałam do korektorów „Gazety Telewizyjnej”, zwracając ich uwagę na ten błąd,  dostałam miłe podziękowanie i obietnicę  unikania go w przyszłości. W tej gazecie nie czytam już o ożenionych kobietach, ale w innych –  niestety – tak.

Wiem, że nie wiem

Wiele osób, w tym dziennikarze (a ich sposób mówienia staje się, niestety, wzorem naśladowanym i w życiu codziennym), gdy przez chwilę zastanawiają się nad czymś, mówią nie wiem.

„Wyobraźmy sobie, nie wiem, Piotra G.”,

„Być może w towarzystwie, nie wiem, innych osób […]”,

„To nie jest kierowca, który, nie wiem, był niedoświadczony”,

„Jest to coś, co przejawia się, nie wiem, w codziennych rozmowach”,

„Takie nowoczesne samochody mają, nie wiem, GPS”,

„Na dole w bazie gramy w karty, nie wiem, oglądamy telewizję”,

Być może będzie się wzywać sędziów, nie wiem, do WKU”,

„Chciałbym pracować, nie wiem, w administracji” – to zanotowałam jednego dnia.

Dlaczego i po co nie wiem? Nie wiem.

To znaczy powiem tak

 

Swego czasu drżałam, gdy na ekranie telewizora pojawiała się Małgorzata Wassermann, ponieważ każdą odpowiedź na pytanie dziennikarza zaczynała słowami to znaczy powiem tak. O ile powiem tak, też królujące w wielu wypowiedziach, choć niezbyt mądre, ma jakiś sens, to cała kwestia już nie bardzo. Teraz najczęściej stawia się samo to znaczy albo znaczy przed konkretną odpowiedzią na pytanie.

Ostatnio usłyszałam u lidera KOD-u Mateusza Kijowskiego: „To znaczy to jest bardzo trudne pytanie” i „Znaczy, że są ludzie, którzy tak mówią”,
u Mariana Piłki, posła: „Znaczy ja myślę, że prokuratura ma na celu przestrzeganie prawa”,
u drugiego posła, Pawła Olszewskiego: „Znaczy dziwię się pana zdziwieniu”,
i profesora Pawła Śpiewaka: „ To znaczy to jest zmiana polskiego systemu politycznego” .

Niewolni od natręctwa są także dziennikarze. I tak Agnieszka Romaszewska-Guzy oznajmiła któregoś dnia: „Znaczy ja myślę, że, znaczy tak […]” i po chwili „Znaczy ja myślę, że to potwierdza moją tezę […]”, a Piotr Gabryel stwierdził dobitnie: „Znaczy jak się wydaje […]”. Niestety, przykłady można by mnożyć (w nieskończoność…).

Nie potrafię zgadnąć, skąd wzięło się przekonanie, że wypowiedź trzeba poprzedzić wtrętem-natrętem. Przecież to znaczy coś znaczy.

 

Zdjęcie M. Wassermann: print screen youtube.com, M. Piłki: parlamentarny.pl, M. Kijowskiego: AP, se.pl, P. Śpiewaka: Michał Dukaczewski/RMF FM, A. Romaszewskiej-Guzy: kresy.pl, P. Gabryela: dorzeczy.pl

Polaką i obywatelą poświęcam

Cenię dziennikarstwo Andrzeja Morozowskiego, ale męczą mnie przejawy jego sympatii dla samogłosek nosowych. Z upodobaniem zastępuje on końcówkę -om końcówką , a więc dowiadujemy się, że przygląda się dziennikarzą, polityką, warszawiaką, prokuratorąogólnie ludzią. To się udziela: koleżanka pana Andrzeja z anteny, Marta Kolbus, dołożyła niedawno swoją cegiełkę – z jej wypowiedzi dowiedziałam się, że alimenciarzą służby dobiorą się do skóry. Z kolei premier Ewa Kopacz wiele spraw uświadamia Polaką i obywatelą. Skąd to przekonanie o wyższości nad -om? Wydaje mi się, że wywodzi się ono z czasów słusznie minionych. Wówczas -om było odbierane jako „wsiowe” i triumfowało, ale dlaczego teraz, gdy przepaść między miastem i wsią została zasypana, dalej pokutuje? A może słynne „Nie chcem, ale muszem” Lecha Wałęsy wywołało taką reakcję?

 

Zdjęcie A. Morozowskiego: tvn24.pl, E. Kopacz: Radek Pietruszka/PAP

Walnąć – kolokwializm na salonach

fot. tvn24.pl

Po wypadku premier Szydło pod Oświęcimiem ciągle w relacjach telewizyjnych słyszę o samochodzie, który walnął w drzewo. Zdumiała mnie Justyna Pochanke, która w trakcie jednego wywiadu najpierw poinformowała widzów, że samochód, którym jechała premier, walnął, następnie, że przyładował w drzewo, a później wspomniała, że ktoś musi walnąć się w piersi. Także dbający o polszczyznę i często dający temu wyraz inny dziennikarz, Tomasz Sianecki, mówił tego samego dnia o waleniu w owo nieszczęsne drzewo. Lata temu zauważyłam, że walnąć zastępuje uderzyć. Mam męczącą wadę – słyszę słowa. I w walnąć słyszę potoczne określenia mocnego uderzenia, zrobienia czegoś zdecydowanie, trafienia czegoś w coś. Czy tylko ja?