Tłumaczenie przysięgłe

www.ksiegarniabeck.pl

Czy tłumaczenie może złożyć przysięgę? Oczywiście nie. Ale większość biur tłumaczy chyba tego nie wie, oferując usługi tłumaczy przysięgłych, efektem pracy których są, co przecież oczywiste, tłumaczenia przysięgłe. Gdy przychodzi chwila, gdy muszę, w ramach obowiązków służbowych, nawiązać kontakt z takim biurem, cierpnie mi skóra. Jestem bombardowana informacjami o cenie tłumaczenia przysięgłego, terminie wykonania tłumaczenia przysięgłego, liczbie znaków w tłumaczeniu przysięgłym… Cierpię, nie zawsze w milczeniu. Starożytne słowo przysięgły, oznaczające kogoś, kto złożył przysięgę (sędzia przysięgły, ława przysięgłych) nie jest zrozumiałe. Słowo przekład też jakieś dziwne, niedzisiejsze.

Na stronach internetowych biur zrzeszających tłumaczy można znaleźć takie mądrości: „Tłumaczenie zwykłe, czyli nieprzysięgłe, od tłumaczenia przysięgłego, przynajmniej merytorycznie, nie różni się absolutnie niczym. Zarówno w tłumaczeniu przysięgłym, jak i tłumaczeniu zwykłym chodzi o jak najdokładniejsze przełożenie dokumentów z jednego języka na drugi. Różnice między rodzajami tłumaczeń napotkamy dopiero w momencie, gdy mówimy o odpowiedzialności za wykonaną pracę”.

Szkoda, że piszący to nie biorą odpowiedzialności za słowo. Ja z usług tych biur na pewno nie skorzystam. Także dlatego, że oferują wykonywanie, przeprowadzanie i dostarczanie tłumaczenia. Nie skorzystam także z usług pewnej pani, która tak opisuje swoją internetową działalność: „[…] na blogu piszę o tłumaczeniach przysięgłych. Dlaczego? Bo tak mówią moi klienci i ludzie nie związani profesjonalnie z branżą tłumaczeń – i nie zamierzam ich poprawiać”. Czyli argument „bo tak się mówi” jest decydujący. A że mówi się bzdury? Jakie to ma znaczenie. Wolność słowa niejedno ma imię.

Osobną sprawą jest jakość przekładów. Lektura podnosi mi z miejsca poziom adrenaliny, jako że wielu tłumaczy nie odróżnia przekładu dosłownego od dokładnego. Jak przetłumaczyć „the production of the play”? „Produkcja sztuki”. „ Ticket speculators”? „Spekulanci biletowi”,  przecież to proste. A ja jestem trudnym klientem i się czepiam. Ale – o zgrozo – nie zamierzam przestać.

 

„Tak naprawdę” naprawdę nie jest piękne

Drażni mnie owo tak naprawdę niepomiernie. Po trzecie dlatego, że jest nadużywane. Zdarza mi się usłyszeć jedno zdanie, w którym ktoś trzy razy coś tak naprawdę przeżył, zobaczył, zrozumiał… Wielu dziennikarzy popełnia ów grzech nadużycia, na przykład Justyna Pochanke swego czasu (teraz nieco rzadziej) tak często wplatała w wypowiedź tak naprawdę, nierzadko z emfazą, że pod koniec przeprowadzanego przez nią wywiadu podskakiwałam.

Po drugie – ponieważ wyrażenie to wyrugowało w istocie, w rzeczywistości, w gruncie rzeczy, istotnie, naprawdę, faktycznie, właściwie, bez wątpienia, rzeczywiście, prawdę powiedziawszy, a więc język zubożał.

Kilka przykładów:
„Tak naprawdę klucz do rozwiązania kryzysu leży w rękach […]”.
(Agata Adamek, dziennikarka)

„Co tak naprawdę prezydent chce osiągnąć tymi spotkaniami?”.
(Bogdan Rymanowski, dziennikarz)

„Tak naprawdę większość jest po stronie opozycji”.
(Rafał Trzaskowski, poseł)

„Nasza uchwała jest apelem tak naprawdę”.
(Rafał Dębowski, sekretarz Naczelnej Rady Adwokackiej)

„Przez cały weekend tak naprawdę nieobecności prezydenta […].
(Michał Tracz, dziennikarz)

Aż klawiatura świerzbi, by owo nieszczęsne tak naprawdę zastąpić właściwie, w gruncie rzeczy lub rzeczywiście.

A po pierwsze – mimo że uznane przez językoznawców i zapisane w słownikach – wydaje mi się być tworem co najmniej dziwnym. Tak dobrze, tak pięknie, tak źle, tak wspaniale, tak uroczo, tak brzydko, tak przyjemnie, tak ładnie – te konstrukcje są jasne, ale tak NAPRAWDĘ? Czemu nie: tak PRAWDZIWIE? Naprawdę nie rozumiem.

 

 

 

 

fot. A. Adamek: tvn24.pl, B. Rymanowskiego: tvn24/x-news, R. Trzaskowskiego: se.pl, R. Dębowskiego: tvrzeczpospolita, youtube, M. Tracza: tvn24.pl

Nie każdy event jest wydarzeniem

fot. hiltonhotels.com

Jakiś czas temu cała Polska zachorowała na event. Imprezy firmowe, konferencje, pikniki, a nawet śluby czy chrzciny zaczęto nazywać eventami, z czasem doszły też imprezy związane z szeroko rozumianą rozrywką i kulturą. Pojawili się event managerowie, branża eventowa, a także powierzchnia eventowa, posiadaniem której chwalił się w telewizyjnych reklamach warszawski hotel Double Tree by Hilton (ostatnio „poprawił się” i teraz w reklamach mowa jest o powierzchni konferencyjnej). Event to po angielsku wydarzenie (na przykład uliczne), ale także impreza kulturalna, u nas wydarzeniem w życiu kulturalnym nazywało się do niedawna spektakl teatralny czy koncert o wielkim znaczeniu. No i stało się – event, wydarzenie (czyli coś, co się wydarzyło lub wydarzy) i impreza kulturalna zlały się w jedno. Nie każdy event jest wydarzeniem i nie każde wydarzenie jest eventem, ale rodakom wszystko jedno. Gdy słyszę o organizowaniu wydarzeń, gdy teatry zapraszają na wydarzenia własne i wydarzenia gościnne, gdy Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza na nadchodzące wydarzenia, spektakularne wydarzenia sezonu i wydarzenia specjalne, gdy w formularzach wniosków o granty ministerstwa kultury (!) i dziedzictwa narodowego (!) czytam o wydarzeniach, które planują instytucje kultury, robi mi się słabo. W Łodzi powstała nawet instytucja o kuriozalnej, moim zdaniem, nazwie Łódzkie Centrum Wydarzeń, „która odpowiada za organizację i wsparcie festiwali, koncertów, widowisk oraz wydarzeń kulturalno-artystycznych”. Na Facebooku tworzy się wydarzenia… Ratunku!

Witam Serdecznie!

Gdyby za kryterium oceny stosunku Polaków do siebie uznać zwroty z mejli, okazałoby się, że darzymy się niezwykłą wprost serdecznością. Moja skrzynka czasem pęka od listów przysłanych przez zupełnie nieznane mi osoby, które serdecznie się ze mną witają, a żegnając – serdecznie mnie pozdrawiają. Nie bardzo wiem, czemu oferujący mi zakup tego lub owego albo dokonujący za pośrednictwem poczty elektronicznej zwykłych formalności mają do mnie kordialny stosunek. By ciepłe uczucia podkreślić, zapisują te miłe słowa dużymi literami, wszak uprzejmość nakazuje, by w korespondencji, z szacunku dla adresata, duże litery stosować. A że w zasadach pisowni trudno się rozeznać, to – idąc za ciosem – nadawcy okazują szacunek także samym sobie. Tak więc nie dość, że w nagłówku czytam Witam Serdecznie lub Dzień Dobry, nie dość, że na końcu widnieje Serdecznie Pozdrawiam, to jeszcze dowiaduję się, że Nam (czyli nadawcom) na czymś zależy, a ja powinnam skorzystać z Ich (Jego, Jej) usług. Często też czytam refleksje nawiązujące do Naszej wcześniejszej rozmowy telefonicznej. Nie wiem także, czemu pozdrawianie się, w starożytności oznaczające przekazywanie komuś wyrazów sympatii za czyimś pośrednictwem lub będące wyrazem urlopowej pamięci, teraz oznacza pożegnanie. Pozdrawiam zamiast  Do widzenia/usłyszenia coraz częściej słyszę w zakończeniu rozmowy telefonicznej – mejlowa moda obejmuje także komórkową dziedzinę życia.

Komu przeszkadzało „Z wyrazami szacunku” lub „Z poważaniem” w listach? Uznano widocznie, że to staroświeckie i (oczywiście) sięgnięto do anglojęzycznych wzorów. „Kind regards” często kończy korespondencję Anglików i Amerykanów, a więc – bez głębszej refleksji i przekładając wprost – rodacy postanowili nie być gorsi.

Oj, strasznie marudzę. A więc kończę i Miłych Czytelników Serdecznie Pozdrawiam.

Tak?anie

Mam żal do Olgi Lipińskiej, bo – chcąc wyśmiać takanie – przyczyniła się do jego rozpowszechnienia. Gdy jedna z postaci jej kabaretu po każdym niemal zdaniu stawiała pretensjonalne i bezsensowne tak?, pękałam ze śmiechu. Ale to było kilka lat temu. Teraz gdy słyszę: Idę do pracy, tak?, Kupiłam sobie nową sukienkę, tak? Mam problem, tak?, to do śmiechu mi nie jest. Olga Lipińska nie wzięła pod uwagę, że „czytanie” satyry stanie się umiejętnością deficytową i że rodacy, słysząc coś w telewizji, powtórzą to bez namysłu. Podobnie zadziałało „Mam pomysła” Ferdynanda Kiepskiego. Miało być śmiesznie, a wyszło jak wyżej.

Nie jest mi do śmiechu, gdy w audycji w TVP Kultura poświęconej Annie Seniuk słyszę jej byłą studentkę, Ewę Konstancję Bułhak, mówiącą ze wzruszeniem: „Poznałam panią profesor jako człowieka, tak?”, gdy Mateusz Kijowski twierdzi, że „nie zamierza szukać winnych, tak?” i że go „nie interesuje, jakie ktoś życie prowadzi, tak?”, a ten ktoś „jest normalnym człowiekiem, tak?”, gdy Kazimierz Michał Ujazdowski mówi: „Polska potrzebuje nowej konstytucji, ale na gruncie jej poszanowania, tak?”, a Michał Laskowski, sędzia i rzecznik prasowy Sądu Najwyższego, wyjaśnia: „Zwracam uwagę na błędy moim zdaniem, tak?”.

To manieryczne, pozbawione sensu tak? (bo przecież autorzy zacytowanych słów nie podają niczego w wątpliwość ani nie oczekują potwierdzenia) przetoczyło się przez liczne publiczne wypowiedzi. Ostatnio straciło na sile, ale ciągle daje o sobie znać. Przez niektórych jest chyba uznawane za przejaw przynależności do elit. Często słyszę osoby pobieżnie wykształcone, które – jak mi się wydaje – uważają, że tak? na końcu zdania przydaje wypowiedzi wagi. A ja – podobnie jak w przypadku jakby, o czym pisałam w kwietniu – reaguję histerycznie i rozmawiając z takającą osobą, z trudem resztkami (bo zasoby mi się wyczerpują) dobrych manier powstrzymuję złośliwą reakcję. Czekam w napięciu na kolejne tak? (lub taak?) i przestaję słyszeć wszystko inne.

 

 

fot: E.K. Bułhak – print screen, TVP2, M. Kijowskiego: AP, se.pl, K.M. Ujazdowskiego: Andrzej Owczarek, radiowroclaw.pl, M. Laskowskiego: Bartłomiej Zborowski/PAP

O konsumowaniu

fot. Viking/tvpolsat.info

Czy można konsumować nastroje?

Wojciech Maziarski w artykule Histeria to najlepsze paliwo napisał: „We Francji urósł w siłę Front Narodowy, w Grecji – faszystowski Złoty Świt, na Węgrzech nastroje antyuchodźcze umiejętnie skonsumował Viktor Orbán, który przybrał pozę zbawcy narodu broniącego ojczyzny przed cudzoziemskim zalewem”.

Autor uznał widocznie słowo wykorzystać za zbyt zużyte i sięgnął – jakżeby inaczej – do słownika języka angielskiego. To consume tłumaczy się na wiele sposobów, ale po co zawracać sobie głowę subtelnościami, skoro można przełożyć prosto i zwyczajnie?  Gdy natykam się w angielskim tekście na przykład na zdanie „He was consumed by his own remorse and guilt” zawsze pękam ze śmiechu, ale do głowy mi nie przyjdzie, by je przetłumaczyć „Konsumowały go wyrzuty sumienia i poczucie winy”.

Konsumować po polsku też ma kilka znaczeń, już od dawna tym słowem nie nazywa się tylko jedzenia i picia. A skoro można skonsumować małżeństwo, konsumuje się towary, klient to teraz też najczęściej konsument, konsumpcjonizm króluje w naszym życiu, to czemu nie konsumować nastrojów? Oj, czepiam się, jak zwykle. Pójdę z duchem czasu i wybiorę się na spacer, by skonsumować piękne okoliczności przyrody albo, konsumując umiejętność czytania, oddam się pasjonującej lekturze.

 

Skarbony i firany

fot. bomap.pl

Obejrzałam w telewizji krótki reportaż o dwóch mało pobożnych parafianach, którzy okradali kościelne skarbony. Jak długo żyję, zawsze słyszałam, że pieniądze wrzuca się do skarbonek, a tu takie dziwo. A właściwie nie dziwo, tylko wynik osobliwego zjawiska – uznawania przez braci Polaków (i siostry Polki) podstawowej formy rzeczownika za zdrobnienie tylko dlatego, że ma końcówkę -ka. Pewnego razu handlowcy, a i producenci, uznali, że firanka, choć zasiedziała w polszczyźnie, brzmi mało poważnie, przecież towarzyszy na oknach zasłonom. A skoro zasłona, to i firana. Kropka. Ale coś w głowie stukało, wprowadzono więc rozróżnienie: firaną nazywa się długi i najczęściej gęsty okienny woal, firanka jest krótsza, bardziej przejrzysta (obok firanek, rzecz jasna, muszą zawisnąć zasłonki). Firaneczka, czyli zdrobnienie od firanki, została zapomniana.

firanaWracając do skarbon: złodzieje je okradający zostali złapani na gorącym uczynie przez sprytnego proboszcza i oddani karzącej ręce sprawiedliwości. Reportażyście zaś, a także autorom firan, należy się antynagroda za zasługi w dziedzinie słowotwórstwa. „Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie, co by tu jeszcze?”. Mam w głowie kilka podpowiedzi, ale zachowam je dla siebie.

 

Ktoś kogoś olewa

fot. PAP/Tomasz Gzell

„Ktoś tu olewa prezesa Kaczyńskiego” – powiedział Jakub Stefaniak, rzecznik PSL, mając na myśli pewnego niesfornego ministra. Przeprosił za nieładne słowo, ale nie zmieniło to faktu, że je wygłosił publicznie. Nie on jeden. To paskudne (żeby nie powiedzieć gorzej) słowo (zastanówcie się, co znaczy!) od wielu lat funkcjonuje w „przestrzeni” publicznej (przestrzeń publiczna – jakie to piękne!) i niewiele osób je naprawdę słyszy. Tak spowszedniało, że nawet w słowniku języka polskiego oznaczone jest kwalifikatorem posp., a nie wulg. Bo funkcjonuje w znaczeniu lekceważyć, ignorować kogoś lub coś. Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z tym słowem w oficjalnym, nieslangowym wydaniu – w „Gazecie Telewizyjnej” został umieszczony mądry i ciekawy tekst pewnego bardzo mądrego pana na temat filmu dokumentalnego o carze Piotrze Romanowie. I tenże pan napisał o tymże carze (cytuję z pamięci), że „potrafił olać radę bojarów”. Autorowi przeszło to przez klawiaturę, redaktor i korektor nie zareagowali, zostało wydrukowane. A ja czytając, zamarłam. Potem przetoczyła się lawina i niewielu użytkowników języka uświadamia dziś sobie, jakie jest tego uroczego słowa pochodzenie. A mnie krew zalewa, gdy słyszę, że ktoś kogoś lub coś olewa.