Jeszcze raz? Proszę powtórzyć

O ile przyjemniej by się żyło, gdybyśmy zamiast prostego „Jeszcze raz?” powiedzieli na przykład „Proszę powtórzyć”.

Kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, gdy czegoś nie zrozumieliśmy lub nie usłyszeliśmy, zwracaliśmy się do rozmówcy słowami: Proszę? Słucham?

Kochamy angielszczyznę, ale – jak się okazuje – wybiórczo. Znajdujący się w podobnej sytuacji Anglik mówi: Excuse me? My ostatnio coraz częściej używamy równie eleganckiego i – podobnie – przybierającego formę pytania Jeszcze raz.

Jeszcze raz? – słyszę, gdy niewyraźnie poproszę o coś w sklepie, jeszcze raz? – gdy telefon zniekształca głos, jeszcze raz? – gdy wyrażam się zbyt zawile.

Przypomina mi się anegdota: Tonący w Tamizie człowiek woła do spacerującego brzegiem dżentelmena w meloniku i z laseczką: „Ratunku!”. Dżentelmen nie reaguje. Gdy z wody dobiega: „Przepraszam, bardzo mi przykro, że pana fatyguję, ale czy zechciałby pan mi pomóc, o ile oczywiście nie sprawi to panu kłopotu” – pan w meloniku rzuca biedakowi koło ratunkowe.

Uprzejmość Anglików znana jest na całym świecie. Czy – skoro tak bardzo kochamy ich język, że angielskie słowa i wyrażenia wplatamy gdzie się da i co się da nazywamy z angielska – nie moglibyśmy przejąć choć części tej uprzejmości? O ile przyjemniej by się żyło, gdybyśmy zamiast prostego (żeby wyrazić się eufemistycznie) Jeszcze raz? powiedzieli na przykład: Proszę powtórzyć. Ale to chyba zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe.

 

Paragonik czy fakturka?

W czasach, gdy peerelowskie hasło „Klient nasz pan” przestało mieć wydźwięk humorystyczny, sprzedawcy i usługodawcy szukają sposobów, by przekonać tegoż klienta, od którego zależy ich los, że tak jest naprawdę. Jednym z najbardziej (mnie i wielu innych) irytujących jest używanie zdrobnień. „Paragonik czy fakturka?”, „Taksóweczka zaraz podjedzie”, „Kierowca zadzwoni domofonikiem”, „Życzy pani sobie chlebek czy bułeczki?”. Stosowanie zdrobnień ma stanowić przejaw uprzejmości, a nawet elegancji (niestety – kiczowej). W sklepach mięsnych od lat oferuje się wątróbkę, płucka i móżdżki, ale to po to, by „oswoić” towar, czyli części ciał zwierząt, które zjadamy.

My, klienci, też nie jesteśmy bez winy. Z lubością kupujemy ogóreczki, kalafiorki, ziemniaczki, śliweczki, pomidorki i jabłuszka. Po zakupach pijemy kawusię, jemy obiadki, zupki, kotleciki i deserki. Ostatnimi czasy, chcąc się czegoś dowiedzieć, mamy pytanko. Infantylizacja języka nie jest współczesnym zjawiskiem, infantylizował już Mikołaj Rej, ale czynił to z wdziękiem, czego o nam współczesnych powiedzieć nie można.

Zastanawiam się czasem, dlaczego stosowanie zdrobnień w rozmowie z klientem jest wybiórcze. Czemu mamy płacić pieniążkami, gotóweczką, ale już nie karteczką? Czemu nie jesteśmy kierowani do kaseczki, żeby zapłacić kasjereczce? Albo nie proponuje nam się wózeczka na zakupki?

Ja na pytanie: „Paragonik czy fakturka?” odpowiadam, starając się, by nie powiało chłodkiem: Paragon poproszę.

Wartości, które zaczynają lec w gruzach

Beata Szydło, lec w gruzach
fot. Jacek Bednarczyk/PAP

Wystąpienie pani premier Beaty Szydło w Oświęcimiu było szeroko komentowane z powodu zdania „Auschwitz to w dzisiejszych niespokojnych czasach wielka lekcja tego, że trzeba czynić wszystko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli”. Ale ja nie o tym. Mnie zafrapowało inne zdanie – o tym, że „wartości europejskie zaczynają lec w gruzach”. Lec, legnąć – trudne słowa. Zwłaszcza gdy są czasownikami dokonanymi, a chce się ich użyć w formie niedokonanej. Jak to właściwie powiedzieć: zaczynają legać w gruzach? No bo jeszcze nie legły. Autor przemówienia jest chyba młodym człowiekiem i ma problem ze staropolszczyzną.

Z podobną gimnastyką w odmianie mieliśmy do czynienia wtedy, gdy prezydent Andrzej Duda nie zaprzysiągł wybranych przez poprzedni sejm sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Czegóż to wtedy nie dało się z ust młodych dziennikarzy usłyszeć! Dlaczego prezydent nie zaprzysiężył sędziów? I kiedy ich zaprzysięże/zaprzysięży? Czy powinien zaprzysiężyć?

Moja wiara w znajomość ojczystego języka u młodych obywateli naszego pięknego kraju zaczyna lec w gruzach.

Praktycznie czy właściwie?

Od lat zastanawia mnie kariera słów, które w użyciu nie znaczą tego, co znaczą. W pewnym artykule rzuciło mi się w oczy zdanie:

„Trybunał [Konstytucyjny] praktycznie nie orzeka, wstrząsany wewnętrznymi sporami”.

Praktycznie w znaczeniu właściwie, prawie, zupełnie, w zasadzie drażni mnie od dawna. Praktycznie to w zgodzie z praktyką, ktoś opanowuje teorię, by zastosować ją potem w praktyce, praktycznym nazywamy coś, co jest przydatne do czegoś, praktyczny to osobnik dbający o sprawy życiowe. Kariera praktycznie w znaczeniu właściwie, prawie, zupełnie, w zasadzie prawdopodobnie ma źródło w angielszczyźnie (czemu mnie to nie dziwi?), bo practically to właśnie znaczy. No i znowu mamy do czynienia z prostym przełożeniem. Słowniki chyba bodą, więc omijając je szerokim łukiem, „tłumaczymy”: actually (rzeczywiście, faktycznie, właściwie) – aktualnie, eventually (ostatecznie) – ewentualnie, novel (powieść) – nowela, to combine (łączyć) – kombinować, co w polszczyźnie ma szczególny wydźwięk, to consume (zużytkować, trawić, ale w odniesieniu do uczuć) – konsumować. Fałszywych przyjaciół jest więcej, a beztroska w używaniu podobnie w polszczyźnie i w języku angielskim brzmiących słów, a mających różne znaczenia, jest przygnębiająca. Ostatni przykład to robiąca piorunującą karierę kwota uchodźców, będąca „przełożeniem” wyrażenia quota refugees. Rodacy błyskawicznie zapomnieli, że kwota po polsku ma już ugruntowane znaczenie. Wcześniej z etykiety pewnego kosmetyku dowiedziałam się, że ochrona włosów to protekcja, a na fotelu biurowym zobaczyłam napis chef. A że słowo to oznacza szefa, ale kuchni? Kto by się tym przejmował. I tak dalej, i tak dalej.

Wiem, język żyje, rozszerzają się znaczenia słów, nad opisywaniem tych zjawisk biedzą się językoznawcy. Stwierdzili więc między innymi, że użycie słowa praktycznie to rodzaj asekuracji mówiącego, który nie chce powiedzieć czegoś „do końca”, lub że to ozdobnik stylistyczny i wzmocnienie przekazu, albo że „wyrażony w zdaniu [z użyciem praktycznie] sąd jest w znacznym stopniu bliski stanowi rzeczywistemu”. Oraz że praktycznie jest synonimem, poza wyżej wymienionymi, także określeń w gruncie rzeczy, na dobrą sprawę, tak naprawdę (moje ukochane!). Czy nie byłoby lepiej, gdyby używać słów zgodnie z ich znaczeniem? Ale to chyba jednak zbyt proste.

A aktualnie Trybunał Konstytucyjny nie tylko właściwie, ale i w praktyce (niemal) nie orzeka…

Rekomendacje – co to takiego?

Katarzyna Kolenda-Zaleska, rekomendacje
fot. natemat.pl

Znana dziennikarka Katarzyna Kolenda-Zaleska w którymś z programów telewizyjnych wygłosiła takie zdanie: „Komisja Europejska wysłała kolejne rekomendacje dla Polski”. Rekomendacje wysyła członkom rządu premier Szydło, wcześniej czynił to premier Tusk, o rekomendacjach mówi też rzecznik rządu Rafał Bochenek i dziesiątki innych polityków.

Rekomendacje, które zastępują zalecenia, stają się (niestety) chlebem powszednim. Rekomendować po polsku to wydawać pozytywną opinię o kimś/o czymś, polecać kogoś/coś, to recommend – polecać, zalecać. No właśnie: polskie polecać kogoś/coś i angielskie polecać coś zlało się w jedno. Mnie razi. I przeszkadza, bo muszę zastanawiać się, o co chodzi. W którejś gazecie przeczytałam: „Obecni podczas prezentacji przedstawiciele krajów ONZ dali rządowi PiS szereg rekomendacji. Problem w tym, że różne rekomendacje wydało Polsce łącznie kilkadziesiąt krajów […]. Rekomendacje nie są wiążące, choć trudno je odrzucić […].

Wygląda na to, że należę do coraz mniejszej grupy czytelników i słuchaczy, którym dobrze było z pierwotnym znaczeniem tego słowa. I niechby tak zostało. Ale obawiam się, że nie zostanie.

Ps. 1 Ostatnio pani Kolenda-Zaleska mówiła już o zaleceniach Komisji Europejskiej. Brawo!

Ps. 2 Smutnym akcentem była wypowiedź żegnającego się ze służbą generała Mirosława Różańskiego, dowódcy Generalnych Rodzajów Sił Zbrojnych, który rekomendował, a nie zalecał żołnierzom czytanie konstytucji Rzeczypospolitej.

 

Kwoty uchodźców

Beata Szydło, kwoty uchodźców
fot: Kancelaria Premiera

To, że słowa mają wielką siłę rażenia, wiadomo nie od dziś. Mnie ostatnio poraziły słowa pani premier Beaty Szydło:
„Mówimy bardzo jasno: nie ma zgody polskiego rządu na to, aby przymusowo były narzucone jakiekolwiek kwoty uchodźców”.

I nie chodzi mi o polityczną deklarację. Liczenie ludzi w kwotach to coś niezwykłego. W pierwszej chwili sądziłam, że się przesłyszałam. Ale nie, sprawdziłam, a Internet prawdę powie. Internet też rozprzestrzenia wszystko błyskawicznie. Czytamy, słuchamy i przejmujemy, coraz częściej bez refleksji. Kolejnymi politykami z pierwszych stron gazet, którzy liczą ludzi w kwotach, okazali się Paweł Kukiz i Michał Boni.  Ale nie tylko oni. „W tej chwili tylko Budapeszt i Warszawa aktywnie zwalczają kwoty uchodźców” – powiedział unijny dyplomata, o czym doniosła „Rzeczpospolita”, o kwotach uchodźców słyszę też od dziennikarzy.

To prawda, że dawniej słowem kwota określało się ilość lub liczbę, ale śmiem twierdzić, że staropolszczyzna mało jest znana współczesnym, zwłaszcza politykom. W ekonomii stosuje się słowo kwota dla określenia ilościowego lub wartościowego ograniczenia w imporcie towarów. Przypuszczam (chyba powinnam podejrzewać, by iść z duchem czasu), a właściwie jestem pewna, że znowu winna jest angielszczyzna i jej quota, czyli kontyngent, przydział i kwota właśnie, a konkretnie quota refugees, widniejąca w dokumentach Unii Europejskiej. Ale przełożenie miar towarów lub pieniędzy na ludzi nie wydaje mi się stosowne.

Wcześniej co i rusz słyszałam o ilości uchodźców (imigrantów/migrantów/terrorystów – dla doraźnej potrzeby politycy udają, że te słowa to synonimy). Na przykład wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki oznajmił któregoś dnia:
„Odchodzimy od polityki Platformy Obywatelskiej, która twierdziła, że przyjmie każdą ilość imigrantów”.

Rozróżnienie między liczbą (dla rzeczowników policzalnych) a ilością (dla niepoliczalnych) nie zawsze jest przestrzegane i jest tak częste, że pomyłka mniej boli. Ale kwoty? Niezbadany jest język polityków.

Podejrzewam, że przypuszczam

Naród ostatnimi laty stał się bardzo podejrzliwy. A to ktoś podejrzewa, że sąsiadka jest w ciąży, a to pani w sklepie podejrzewa, że ceny truskawek nie spadną, ktoś inny podejrzewa, że nadciąga burza. Robert Makłowicz w którymś wywiadzie też okazał podejrzliwość:

„Podejrzewam, że 500 plus w takiej formie miało na celu przede wszystkim zdobycie elektoratu, pomoc ludziom rzecz jasna też, ale głosy były najważniejsze”.

Podobnie wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik, mówiąc o spodziewanych reakcjach na planowaną reformę wymiaru sprawiedliwości:
„Podejrzewam, że znowu będzie krzyk, znowu będzie awantura”.

A także Rafał Bochenek, rzecznik rządu, pytany o informacje zawarte w oświadczeniu majątkowym ministra środowiska Jana Szyszki:
„Nie znam sprawy, natomiast podejrzewam, że to pomyłka”.

Zastanawiam się od dawna, czemu podejrzewamy, a nie przypuszczamy, sądzimy, domyślamy się, przeczuwamy. Możemy także domniemywać, ale rozumiem opór przed używaniem tego słowa, bo odmiana przysparza trudności (regularna forma domniemywam wydaje się niektórym podejrzana…).

Podejrzewać źle się kojarzy, rzucić podejrzenie oznacza posądzać kogoś o coś złego, w postępowaniu karnym podejrzany to osoba, wobec której wydano postanowienie o przedstawieniu zarzutów, podejrzanego się przesłuchuje, mówimy, że coś jest podejrzane, a więc pokrętne, pochodzące z kradzieży, nielegalne, dwulicowe, niewłaściwe, nieautentyczne, czyli wątpimy w tego czegoś jakość, prawdziwość, uczciwość.

Językoznawcy co prawda mają łagodny stosunek do podejrzenia jako przypuszczenia, skoro w słowniku języka polskiego PWN widnieje taki zapis: podejrzewać: 1. posądzać kogoś o coś 2. przypuszczać coś, mnie jednak połączenie tych dwóch znaczeń przeszkadza. Rodakom zaś zupełnie nie. Stojąc na przystanku, pewnie będą podejrzewać, że tramwaj nie przyjedzie na czas, w pracy – że szef ma zły humor, a wieczorem będzie ich męczyć  podejrzenie, że wpadną niezapowiedziani i nielubiani goście.

I ja też podejrzewam – że żadne wywody tego nie zmienią.

 

 

 

Zdjęcie R. Makłowicza: wars-stars.pl, M. Wójcika: michalwojcik.pl, R. Bochenka: parlamentarny.pl

Pan prezydent powiedział

Andrzej Duda, trudne tematy
fot. tvn24/x-news

Podczas szczytu NATO w Brukseli, który odbył się w zeszłym tygodniu, prezydent Andrzej Duda rozmawiał z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Relacjonując to spotkanie, oznajmił na konferencji prasowej:

„Są tematy trudne i pan prezydent Macron powiedział, że są tematy trudne, co mnie bardzo ucieszyło, bo przecież ja też mam świadomość, że są tematy trudne. Jak to powiedział kiedyś poeta: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd…”.

Zamarłam. W przysłowiowym ułamku sekundy (swoją drogą: czy ktoś kiedyś zmierzył ułamek sekundy?) przypomniałam sobie ciąg dalszy: „…kula w łeb, bagnet na broń!”, przypomniałam sobie także wspomniane w wierszu brzydkie słowo, którego ponoć użył generał Cambronne w bitwie pod Waterloo w odpowiedzi na wezwanie Brytyjczyków do poddania się, i które my, Polacy, mieliśmy powtórzyć nad Wisłą. Czyżby trudne tematy w stosunkach polsko-francuskich były tak trudne, że trzeba rozważać aż tak radykalne środki? Szczęśliwie pan prezydent roześmiał się głośno i dokończył: „Więc są tematy trudne i padały różne słowa”. A że śmiał się długo i serdecznie, uświadomiłam sobie, że to był żart. Odetchnęłam z ulgą. Ale ciągle zadaję sobie pytanie, jakie to mogły być te różne słowa, które padały. Bo tematy trudne można bez większego wysiłku spróbować określić. Niestety, padające słowa pozostały niewiadomą.

Zasługi i „zasługi” Jarosława Kaczyńskiego

fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

Mimo okazywanej gromko wzajemnej niechęci, coś połączyło ostatnio Jarosława Kaczyńskiego i Lecha Wałęsę.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości od dawna krytykuje obowiązującą konstytucję. Nie mam zamiaru wdawać się w dyskusję polityczną, w tej krytyce przeszkadza mi zgoła inny wzgląd – fonetyczny. Nie od dziś wiadomo, że panowie Kaczyński i Wałęsa nie są przyjaciółmi, tymczasem niespodziewanie połączyła ich niechęć do samogłosek nosowych. Wałęsowskie „Nie chcem, ale muszem” zapisane zostało w historii, teraz historia zapisze „Obowiązującą konstytucję można śmiało nazwać postkomunistycznom”.

Jarosław Kaczyński ma także inne grzechy językowe na sumieniu. Ostatnio sporo się mówiło o jego wygłoszonym podczas debaty sejmowej nad konstruktywnym wotum nieufności dla rządu stwierdzeniu, że „mechanizmów kontrolnych nie wyłancza się dla zabawy”, co wywołało chóralne (w jednej części sali plenarnej) potępienie. Wcześniej twierdził, że „każde normalne państwo chce mieć oszczy i uszy”, frankowicze „powinni wziąść sprawy w swoje ręce”, za poprzednich rządów „chciano zabić pamięć”, łączył marihuanę z konopią, a rozbawiony powiedział któregoś razu: „z tym [z kieliszkiem] mnie żeście jeszcze nie widzieli”. Zmianę nazwy naszego państwa na Wolskę dyskretnie przemilczę.

A przecież zasługi dla języka ojczystego ma ogromne: wsławił się wprowadzeniem do powszechnego obiegu niekonwencjonalnego kondominium, ostrzegał przed sprostytuowanymi prawnikami i przypomniał, że istnieje zwarty ordynek, jest autorem neologizmów łże-elita, hiperoportunizm, lumpenliberalizm, zapateryzm i centymetria, twierdził, że coś dezaprobuje, używał rzadkich, zwłaszcza u polityków, a pięknych słów: ubóstwienie, eschatologiczny, empiryczny, wehikuł, eugenika, łgać, zastrachany, warcholstwo, unitarny, dezawuować, tworzył ciekawe związki frazeologiczne: skundlenie polityczno-kulturowego establishmentu, małpiarskie elity, hybrydalny system władzy, konfederacja zdrady narodowej, obsceniczne manifestacje, starszo-średnie pokolenie, mentorsko-rezonerski styl i – oczywiście – oczywista oczywistość.

Te dwa światy językowe pana prezesa najwyraźniej świadczą o tym, że nie zawsze białe jest białe, a czarne – czarne.