Zasługi i „zasługi” Jarosława Kaczyńskiego

fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

Mimo okazywanej gromko wzajemnej niechęci, coś połączyło ostatnio Jarosława Kaczyńskiego i Lecha Wałęsę.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości od dawna krytykuje obowiązującą konstytucję. Nie mam zamiaru wdawać się w dyskusję polityczną, w tej krytyce przeszkadza mi zgoła inny wzgląd – fonetyczny. Nie od dziś wiadomo, że panowie Kaczyński i Wałęsa nie są przyjaciółmi, tymczasem niespodziewanie połączyła ich niechęć do samogłosek nosowych. Wałęsowskie „Nie chcem, ale muszem” zapisane zostało w historii, teraz historia zapisze „Obowiązującą konstytucję można śmiało nazwać postkomunistycznom”.

Jarosław Kaczyński ma także inne grzechy językowe na sumieniu. Ostatnio sporo się mówiło o jego wygłoszonym podczas debaty sejmowej nad konstruktywnym wotum nieufności dla rządu stwierdzeniu, że „mechanizmów kontrolnych nie wyłancza się dla zabawy”, co wywołało chóralne (w jednej części sali plenarnej) potępienie. Wcześniej twierdził, że „każde normalne państwo chce mieć oszczy i uszy”, frankowicze „powinni wziąść sprawy w swoje ręce”, za poprzednich rządów „chciano zabić pamięć”, łączył marihuanę z konopią, a rozbawiony powiedział któregoś razu: „z tym [z kieliszkiem] mnie żeście jeszcze nie widzieli”. Zmianę nazwy naszego państwa na Wolskę dyskretnie przemilczę.

A przecież zasługi dla języka ojczystego ma ogromne: wsławił się wprowadzeniem do powszechnego obiegu niekonwencjonalnego kondominium, ostrzegał przed sprostytuowanymi prawnikami i przypomniał, że istnieje zwarty ordynek, jest autorem neologizmów łże-elita, hiperoportunizm, lumpenliberalizm, zapateryzm i centymetria, twierdził, że coś dezaprobuje, używał rzadkich, zwłaszcza u polityków, a pięknych słów: ubóstwienie, eschatologiczny, empiryczny, wehikuł, eugenika, łgać, zastrachany, warcholstwo, unitarny, dezawuować, tworzył ciekawe związki frazeologiczne: skundlenie polityczno-kulturowego establishmentu, małpiarskie elity, hybrydalny system władzy, konfederacja zdrady narodowej, obsceniczne manifestacje, starszo-średnie pokolenie, mentorsko-rezonerski styl i – oczywiście – oczywista oczywistość.

Te dwa światy językowe pana prezesa najwyraźniej świadczą o tym, że nie zawsze białe jest białe, a czarne – czarne.