W tym momencie

Rafał Bochenek, w tym momencie
fot. KPRM/flickr.com/domena publiczna

„W tym momencie nie ma żadnego stanowiska rządu w sprawie reparacji” – powiedział rzecznik rządu Rafał Bochenek.

Moment ma to do siebie, że trwa krótko, można by więc było liczyć, że w następnym momencie rząd zajmie jednak jakieś stanowisko w tej bolesnej kwestii. Sądzę, że liczyłoby na to wielu z nas, którym sprawy stosunków polsko-niemieckich leżą na sercu. Niestety, nadzieja jest płonna.

Rzecznik rządu nie stara się posługiwać staranną polszczyzną, pełno w jego wypowiedziach potocznych wyrażeń i zwrotów, takich jak w tym momencie właśnie. Niestety, nie jest sam. Mówi tak premier Beata Szydło, mówią tak ministrowie, mówią dziennikarze. Jakiś czas temu w tym momencie zaczęło zastępować aktualnie, obecnie lub teraz i – niestety – pan Bochenek wpisał się w panującą modę. Najprawdopodobniej to kalka angielskiego at the moment. Urzędnicy uwielbiają także nieco starsze na chwilę obecną, na ten moment, na dzień dzisiejszy, jakby uznawali, że proste słowa ujmą ich wypowiedziom rangi. A uszy i rozum cierpią.

Nie trwaj, momencie, nie jesteś piękny!

Wszystko jest mobilne

kawa mobilnaGdy na ekranie mojego pierwszego smartfonu wyświetlił się komunikat: Włącz dane mobilne, długo wpatrywałam się w niego jak przysłowiowa sroka w przysłowiowy gnat.

Dane – rozumiem, mobilne – rozumiem, dane mobilne – nie rozumiem. Co to za dane, co mogą się przemieszczać? – myślałam gorączkowo. Po wielkim wysiłku umysłowym, w którym pomógł mi słownik angielsko-polski, doszłam do wniosku, że chodzi o połączenie z Siecią. Mobile data przecież najprościej przetłumaczyć dane mobilne, po co się wysilać. Ktoś jednak postanowił się wysilić i teraz, choć nie zawsze, w podobnych komunikatach widnieje transfer danych, co również jest mało precyzyjne, bo dane to słowo nie przypisane tylko do Internetu (lub internetu – dyskusja trwa), lecz i tak jest postęp. Skoro dane mogą być mobilne, to i Internet może być mobilny. Wrodzone czepialstwo każe mi zastanowić się, w jaki sposób Internet (lub internet) może się przemieszczać, ale to przecież skrót myślowy, będący nawiązaniem do mobile phone, więc niech tak będzie, choć dusza filologa cierpi. Wraz z mobilnym Internetem (lub internetem) pojawiły się aplikacje mobilne, mobilne routery, usługi mobilne (płatności za owe usługi też są mobilne), bankowość mobilna, mobilne karty pokładowe, mobilna telewizja, mobilne rozwiązania, mobilne strony internetowe, a nawet mobilny druk. Przymiotnik mobilny, do niedawna trochę przykurzony, bardzo spodobał się rodakom. Przypomnieli sobie jego pierwotne znaczenie i nastąpił wysyp: pojawili się mobilni fryzjerzy i mobilne pielęgniarki, mobilne paczkomaty, mobilne usługi kosmetyczne, mobilne serwisy samochodowe, mobilne punkty gastronomiczne, a nawet mobilne pokoje zagadek. W tym szaleństwie niestety nie ma metody, bo – mimo licznych prób – nie jestem w stanie pojąć, co oznacza mobilny leasing (autorzy tego wyrażenia wyjaśniają to tak: „100% mobilności, szybka decyzja, niski miesięczny koszt użytkowania oraz brak trosk o serwis, ubezpieczenie czy kwestię odsprzedaży samochodu po zakończeniu umowy – oto leasing mobilny w skrócie”). Odkryłam także kamuflaż mobilny, oznaczający „pokrowce” na wojskowe samochody i czołgi. Ostatnio urzekła mnie kawa mobilna…

W krainie delikatności

Bardzo świat nam ostatnio wydelikatniał.

Pogodynki i pogodynkowie informują nas, że będzie padał delikatny deszcz lub delikatny śnieg, że ciśnienie delikatnie spada albo że wróci delikatna zima, dziennikarze, omawiając sondaże, twierdzą, że Platforma Obywatelska i Nowoczesna delikatnie zyskują, krótka pauza staje się delikatną pauzą, niektórzy mówią delikatnym szeptem, jakieś sprawy odznaczają się delikatnym kontrastem, robimy delikatne bilanse, dostrzegamy delikatne minusy jakiejś sytuacji, coś jest delikatnie zmienione, kobiety robią sobie delikatny manicure, ktoś nawet obwieścił światu, że przeżywa delikatną traumę. W sklepach roi się od delikatnych serów, delikatnych kremów i delikatnych szamponów (z metki jednego z nich dowiedziałam się, że jest “extremalnie delikatny”), czytam przepisy na delikatne omlety, proponuje mi się jedzenie delikatnych bananów, na wielkie wyjście mogę kupić delikatny naszyjnik. A przebojem jest delikatnie inaczej. W sieci bez większego trudu znalazłam takie oto przykłady:

“W zależności od koloru obudowy telefony mogą się delikatnie inaczej prezentować”.

„Nie ograniczam się do jednego zestawu ćwiczeń, uważam, że każdy wpływa delikatnie inaczej na nasze mięśnie”.

„Zdjęcie jest sprzed dwóch lat, teraz wyglądam delikatnie inaczej”.

„Bukmacherzy delikatnie inaczej typują jednak w tej kwestii”.

Skąd ta moda na delikatność? Nie wiem. Zapewne ktoś kiedyś w telewizji zamiast słaby, nieznaczny, subtelny, lekki, lekkostrawny, wrażliwy, łagodny, taktowny, nieznaczny, nieostry, blady, słabo/mało widoczny, czuły, kruchy, łamliwy powiedział delikatny, co oczywiście nie jest błędem, i pooooszło, nie zawsze we właściwym kierunku. Ale nadmiar delikatności może skutkować czkawką. Delikatną oczywiście.

Bardzo lubimy „bardzo”

Czy pozytywne może być coś mniej lub bardziej?

Nie wiem, co spowodowało, że wielu z nas przestało rozumieć, co znaczą pewne słowa będące w powszechnym użyciu i o utrwalonym sensie. Dawno, oj, dawno temu podśmiewaliśmy się z kogoś, kto przekonywał, że jakieś rozwiązanie jest bardzo lub najbardziej optymalne. Dzisiaj to, co kiedyś nadawałoby się do humoru zeszytów, przechodzi bez echa, powiem więcej, jest namaszczane, także dzięki niektórym profesorskim ustom. Pewnie odczuwamy jakieś braki, skoro słowo występujące w pojedynkę budzi niepokój, czy na pewno wyrażamy właściwe emocje. Skutkiem jest nasza ogromna sympatia dla bardzo, dodajemy ten przysłówek do czego się da i – coraz częściej – do czego się nie da. Przemożne pragnienie wzmacniania przekazu opanowało nie tylko polityków, co poniekąd zrozumiałe, bo w tej szczególnej grupie, zwłaszcza ostatnimi czasy, w cenie jest to, co na języku, ale także dziennikarzy, wypowiadających się na tematy polityczne naukowców oraz często goszczące w mediach osoby znane z tego, że są znane. Z wywiadów telewizyjnych, radiowych, gazetowych dowiadujemy się, że:

Polacy są bardzo euroentuzjastyczni,

czyjaś postawa jest bardzo jednoznaczna

sytuacje bywają bardzo patowe, bardzo wyjątkowe albo bardzo dynamiczne (nawiasem mówiąc: kiedyś dynamiczne były przemiany, teraz sytuacje…),

czyjaś wypowiedź była bardzo chaotyczna albo bardzo naganna,

ktoś został bardzo zainspirowany albo jest bardzo zdeterminowany,

jakieś postawy i zjawiska są bardzo eklektyczne, bardzo klasyczne, bardzo autentyczne, bardzo wysublimowane, bardzo elitarne,

wypowiedzi są bardzo precyzyjne, bardzo merytoryczne i bardzo kuriozalne

kogoś z kimś łączy bardzo długoletnia współpraca (lub ktoś z kimś bardzo ściśle współpracuje),

jakaś sprawa budzi bardzo skrajne emocje,

ktoś jest bardzo wszechstronnie wykształcony,

a przed wyborami we Francji pewien dziennikarz telewizyjny ogłosił, że Francuzi traktują wszystkich kandydatów bardzo równo.

Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. W moim rankingu wyrażeń z nadmiarowym bardzo pierwsze miejsce zajmują ex aequo bardzo pozytywne i bardzo negatywne. Ale podsłuchując rodaków, dowiaduję się, że coś może być także dosyć pozytywne, trochę pozytywne lub nieco negatywne. I trudno mi wykrzesać dla tych nowinek frazeologicznych pozytywne uczucia.

Brak uroczystości

Zastanawiam się, o czym dowiem się jeszcze z mediów.

„15 sierpnia nie odbędzie się uroczystość wręczenia nominacji generalskich i admiralskich. Decyzję o braku uroczystości podjął prezydent Andrzej Duda” – przeczytałam na pasku w telewizorze.

Widocznie tkwię w koleinach, bo zdumiał mnie ten komunikat. Brak to tyle co nieistnienie, niedostatek, niedobór, deficyt, nieobecność czegoś. Szybko przebiegłam w myślach niektóre znane mi braki: możliwości, gotówki, środków, czasu, perspektyw, miejsca, umiejętności, odwagi, nadzoru, zainteresowania, snu, reakcji, nadziei, postępu, wiary, cierpliwości, pomocy, pracy, pieniędzy, apetytu, kontaktu… Można mówić także o braku chleba, wody, śledzi i wielu innych produktów oraz rzeczy, ale nigdy nie wpadłabym na to, że da się stwierdzić brak uroczystości. No cóż, człowiek całe życie się uczy. Gdy już ochłonęłam i z pokorą przyjęłam do wiadomości swoje braki, przeczytałam w gazecie tytuł:

„Gdzie jest Beata Szydło? Brak premier rzuca się w oczy”

A więc może także wystąpić brak premiera.  Zastanawiam się, o czym dowiem się jeszcze z mediów. Lekcje są coraz ciekawsze.

 

Dwójka osób, piątka synów

Słuchając młodych ludzi, którzy karierę dziennikarską zaczynają od ulicznych sprawozdań, dochodzę do smutnego wniosku, że podczas zawodowej edukacji nacisk kładzie się na mówienie na różne sposoby o tym samym, a nie na precyzję i staranność wypowiedzi.

Od dawna nie mówimy dziesięcioro przykazań, tylko dziesięć przykazań, bo tak łatwiej. Odmiana liczebników zbiorowych sprawia nam tak wiele kłopotów, że już lata temu postanowiliśmy z niej zrezygnować lub przynajmniej ograniczyć. Dwoje, dwojgu, dwojgiem, pięciorgiem, dziesięciorgiem, dwanaścioro, osiemdziesięcioro, sto pięćdziesięcioro dwoje to tak trudne formy, że lepiej je omijać. Gdy jakaś kobieta twierdzi, że jest matką trójki dzieci, gdy policjant mówi o dwójce pieszych, nie denerwuję się przesadnie, ułatwianie sobie życia jest jak najbardziej zrozumiałe, choć lepiej by było, gdyby mówiono o pięciorgu dzieciach albo dwojgu pieszych, jeżeli to kobieta i mężczyzna, lub dwóch, jeżeli pieszymi byli panowie. Nie tylko z liczebnikami zbiorowymi mamy kłopot. Pięć kobiet – proste, ale pięciu mężczyzn, pięcioma mężczyznami – odmiana w rodzaju męskoosobowym stanowi problem. Ale radzimy sobie, piątka nam pomaga.

Gdy na pasku w telewizorze lub w artykule w gazecie czytam o rodzicach piątki synów, gdy dziennikarz opowiada o wypadku, w którym kierowca samochodu rozjechał (!) trójkę dzieci, a świadkami wypadku była dwójka osób lub czwórka przechodniów, trudno mi sięgać do pokładów tolerancji. Wydawać by się mogło, że zwłaszcza dziennikarze, których wypowiedzi stają się wzorem do naśladowania, powinni posługiwać się starannym językiem i omijać potoczne wyrażenia. Słuchając młodych ludzi, którzy karierę dziennikarską zaczynają od ulicznych sprawozdań, dochodzę do smutnego wniosku, że podczas zawodowej edukacji nacisk kładzie się na mówienie na różne sposoby o tym samym, by wypełnić czas antenowy, a nie na precyzję i staranność wypowiedzi. Bo słów mnóstwo, treści mało, a forma kuleje.

Jedna z młodych dziennikarek, chcąc precyzyjnie się wysłowić, swoją wypowiedź poprzedziła wstępem: „Precyzując dokładnie…”. Ja też postanowiłam dokładnie sprecyzować swoją opinię: Dwójka, państwo dziennikarze!

Dekoncentracja mediów

fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

Media, które mają zostać „zdekoncentrowane”, ochoczo podchwyciły nowy termin.

„W krótkim czasie sprawa sądów zostanie załatwiona; to oznacza, że kolejne najważniejsze sprawy, które mamy jeszcze do załatwienia, jak dekoncentracja mediów, też będą załatwione, choć będzie wielki opór” – powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński.

Media, które mają zostać „zdekoncentrowane”, ochoczo podchwyciły nowy termin, co nie powinno dziwić, skoro wcześniej z równą ochotą rozpowszechniały wygaszanie – pomysł sprytnych PR-owców, słowo powtarzane do znudzenia przez polityków, zwłaszcza partii rządzącej, zastępujące likwidację lub zamykanie. W wielu poważnych gazetach i na poważnych portalach internetowych czytałam o „wygaszaniu” gimnazjów czy kopalń i irytował mnie brak refleksji piszących. To słowo zrobiło zawrotną karierę w 2016 roku i wygląda na to, że nie zamierza zakończyć żywota w roku 2017.

Teraz króluje dekoncentracja mediów (wcześniej mowa była o repolonizacji mediów, też „zgrabne” określenie, bo trudno mi wyobrazić sobie przywracanie polskości akurat mediom, ale zdaje się, że to względy prawne, a nie logiczna analiza, zdecydowały o konieczności sięgnięcia po inne).

„Resort kultury przygotowuje projekt ustawy o dekoncentracji mediów”.
„Dekoncentracja mediów oraz reforma służb specjalnych to duże reformy, które Prawo i Sprawiedliwość chce przeprowadzić w najbliższym czasie”.
„Dekoncentracja mediów nabiera kształtów”.
„Dekoncentracja mediów oznacza poprawę jakości polskiej demokracji”.

I tylko niektórzy wkładają to wyrażenie w cudzysłów. No bo przecież nie o „dekoncentrację” mediów chodzi, a o „dekoncentrację” obcego kapitału na polskim rynku medialnym. I nikogo nie zastanowiło, że pierwsze znaczenie słowa dekoncentracja to rozproszenie uwagi. Dobrze, że czuwają satyrycy. Jeden z nich narysował klauna przed kamerą. Z pewnością udało mu się (klaunowi) zdekoncentrować przynajmniej jedno medium.

Prezydenckie „zwrócę z powrotem”

Andrzej Duda, zwrócę z powrotem
fot. tvn24/x-news

Zakładam, że pan prezydent chciał wzmocnić przekaz, co mu się zresztą udało.

„Decyzja jest następująca: zwrócę z powrotem do rozpatrzenia Sejmowi, czyli zawetuję, ustawę o Sądzie Najwyższym, jak również ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa, albowiem Sejm doprowadził do tego, że są ze sobą powiązane” – powiedział prezydent Andrzej Duda w słynnym oświadczeniu, którego chyba wszyscy rodacy, którym leży na sercu los naszego kraju, słuchali w skupieniu. Niestety, mnie w pewnej chwili coś rozproszyło.

Zwracać z powrotem i wracać z powrotem to „klasyczne” pleonazmy, czyli wyrażenia składające się z wyrazów to samo lub prawie to samo znaczących. Niestety, są tak zadomowione w naszej mowie, że – mimo tysięcy wykładów językoznawców i porad językowych, od których aż się roi na najróżniejszych stronach i portalach internetowych – mało zwracamy na nie uwagi. Szkoda, bo ich użycie obniża jakość, a w przypadku oświadczenia prezydenta Dudy – także rangę wypowiedzi. Błędy językowe popełniają nawet najlepsi i nie mam zamiaru rozdzierać szat, a zakładam, że pan prezydent chciał wzmocnić przekaz, co mu się zresztą udało. Jednak byłoby lepiej, żeby ogłaszając kolejne weta, po prostu zwracał ustawę  do sejmu.