Dekoncentracja mediów

fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

Media, które mają zostać „zdekoncentrowane”, ochoczo podchwyciły nowy termin.

„W krótkim czasie sprawa sądów zostanie załatwiona; to oznacza, że kolejne najważniejsze sprawy, które mamy jeszcze do załatwienia, jak dekoncentracja mediów, też będą załatwione, choć będzie wielki opór” – powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński.

Media, które mają zostać „zdekoncentrowane”, ochoczo podchwyciły nowy termin, co nie powinno dziwić, skoro wcześniej z równą ochotą rozpowszechniały wygaszanie – pomysł sprytnych PR-owców, słowo powtarzane do znudzenia przez polityków, zwłaszcza partii rządzącej, zastępujące likwidację lub zamykanie. W wielu poważnych gazetach i na poważnych portalach internetowych czytałam o „wygaszaniu” gimnazjów czy kopalń i irytował mnie brak refleksji piszących. To słowo zrobiło zawrotną karierę w 2016 roku i wygląda na to, że nie zamierza zakończyć żywota w roku 2017.

Teraz króluje dekoncentracja mediów (wcześniej mowa była o repolonizacji mediów, też „zgrabne” określenie, bo trudno mi wyobrazić sobie przywracanie polskości akurat mediom, ale zdaje się, że to względy prawne, a nie logiczna analiza, zdecydowały o konieczności sięgnięcia po inne).

„Resort kultury przygotowuje projekt ustawy o dekoncentracji mediów”.
„Dekoncentracja mediów oraz reforma służb specjalnych to duże reformy, które Prawo i Sprawiedliwość chce przeprowadzić w najbliższym czasie”.
„Dekoncentracja mediów nabiera kształtów”.
„Dekoncentracja mediów oznacza poprawę jakości polskiej demokracji”.

I tylko niektórzy wkładają to wyrażenie w cudzysłów. No bo przecież nie o „dekoncentrację” mediów chodzi, a o „dekoncentrację” obcego kapitału na polskim rynku medialnym. I nikogo nie zastanowiło, że pierwsze znaczenie słowa dekoncentracja to rozproszenie uwagi. Dobrze, że czuwają satyrycy. Jeden z nich narysował klauna przed kamerą. Z pewnością udało mu się (klaunowi) zdekoncentrować przynajmniej jedno medium.