Odpiek – co to takiego?

odpiek

Do niedawna byłam przekonana, że bułki i chleb się piecze i że piekarz z pieca wyjmuje wypieki

Niemal każda wizyta w sklepie dostarcza mi ciekawych przeżyć. Z półek atakują mnie Pieprz Czarny, Twarożek Delikatny lub Fasolka Po Bretońsku, kiedy chcę zapłacić za zakupy, dowiaduję się, że znajduję się w strefie kas, a gdy mam jakiś problem, rozwiązać go pomaga mi asystentka sprzedaży. Po latach ekspansji dosłownych przekładów z angielskiego i nagminnie stosowanych zasad ortograficznych rodem z Wysp zaczynam przyzwyczajać się do tego dziwnego sklepowego języka, a właściwie marketowego, bo rzadko kto chodzi jeszcze do sklepu, większość z nas robi zakupy w markecie. Sądziłam, że nic już mnie nie zaskoczy, przywykłam do niemądrych napisów na metkach i półek pełnych towarów, których nazwy przestały być pospolite, a stały się nazwami własnymi. Zwykła mąka nie jest już mąką, a Mąką Pszenną lub Mąką Żytnią, kasza – Kaszą Gryczaną lub Kaszą Jęczmienną, a budyń – Budyniem Wiśniowym lub Budyniem Czekoladowym. O ileż przyjemniej kupuje się towary o tak szlachetnych nazwach!

Ostatnio jednak przeżyłam zaskoczenie, zobaczywszy na półce z pieczywem napis: ŚWIEŻY ODPIEK. Do niedawna byłam przekonana, że bułki i chleb się piecze i że piekarz z pieca wyjmuje wypieki, a tu proszę – okazuje się, że to nieprawda. Po namyśle doszłam do wniosku, że odpiekaniu zostało poddane ciasto już częściowo upieczone. Aby więc odróżnić zwykłe pieczenie od nadzwyczajnego pieczenia, trzeba było wymyślić nowe słowo.

Całe lata lubiłam dobrze wypieczone bułki. Teraz pewnie będę musiała polubić dobrze odpieczone.

Manifestacje, protesty i miesięcznice

manifestacje, protesty i miesięcznice
fot. Maciej Kulczyski/PAP

Młodzi dziennikarze, a i politycy, bardzo ostatnio polubili personifikację.

Przypisywanie cech ludzkich pojęciom abstrakcyjnym i zjawiskom byłoby godne pochwały, wszak historia literatury zna wiele pięknych przykładów, gdyby nie szczegół: zastosowanie.

W naszym życiu politycznym zaznaczają się ostatnio manifestacje, protesty i miesięcznice. Z relacji dziennikarskich dowiaduję się, że manifestacje nie tylko są organizowane, ale także – nabrawszy życia – ruszają przed siebie. Dziennikarze informują widzów, że manifestacje i protesty idą pod sejm, Sąd Najwyższy lub dom Jarosława Kaczyńskiego (kiedyś „chodziły” pod dom Wojciecha Jaruzelskiego). Każdego dziesiątego dnia miesiąca dociera do mnie informacja, że Krakowskim Przedmieściem przechodzi miesięcznica smoleńska lub że odbywa się pochód miesięcznicy. W jaki sposób manifestacje, demonstracje i protesty mogą się przemieszczać – nie wiem, ale wiedzą to relacjonujący owo przemieszczanie.

Cech ludzkich nabiera także monitoring, rozumiany jako stały nadzór nad jakimś obiektem. To angielskie słowo zadomowiło się w polszczyźnie (kiedyś obserwowano, nadzorowano, kontrolowano, teraz się monitoruje) i choć mnie razi, milknę, bo językoznawcy zaakceptowali jego istnienie.

Życie monitoringu jest nawet ciekawsze niż życie protestów, manifestacji i miesięcznic. Z telewizyjnego okienka płyną informacje, że policja nie może wpaść na ślad przestępców, bo monitoring był uszkodzony, znikł albo go w ogóle nie było. W monitoring wyposaża się pociągi, budynki, szkoły czy sklepy. I gdy coś złego się stanie, a rzeczony monitoring jest z jakichś powodów nieobecny, trudno sobie poradzić z ustaleniem przebiegu wydarzeń.

Także transport zaczyna żyć własnym życiem. Z telewizji dowiedziałam się, że pewien „transport sprzętu wojskowego zahaczył o wiatę dworca kolejowego”.

Kiedyś personifikowano cnoty, grzechy, pory roku, żywioły… Komu to przeszkadzało?

Celibat i cela Cezarego Jurkiewicza

Cezary Jurkiewicz, celibat i cela
youtube.com, wpolsce.pl

„Ja cztery lata spędziłem w seminarium i stwierdziłem, że celibat nie jest miejscem dla mnie” – z filuternym uśmiechem powiedział Cezary Jurkiewicz, prezes Polskiej Fundacji Narodowej, o którym (i o której) ostatnio głośno za sprawą tak zwanej afery billboardowej. W telewizyjnym reportażu przytoczono wiele wypowiedzi pana prezesa, ta mnie urzekła. Pan Jurkiewicz zapewne skojarzył celibat z celą (zakonną), co nie jest pozbawione sensu, jednak nazwanie celibatu miejscem nie najlepiej o nim świadczy.

Kiedyś Władysław Gomułka pomylił Syjon z Syjamem, Przemysław Gosiewski filipiki z Filipinkami, Andrzej Duda rząd z żądzą, Andrzej Lepper break dance z tajemniczym bredgensem (Bredgensem?), a Ryszard Petru Rubikon z równie tajemniczym rubikoniem. Wpadki polityków, nie tylko językowe, to już codzienność. Coraz rzadziej śmieszą, a coraz częściej irytują. Polityk już od dawna nie brzmi dumnie.

 

Galerie, salony i premiery

galerie, salony i premieryKtóryś sprytny marketingowiec wpadł kiedyś na pomysł, by sięgnąć do języka świata sztuki.

Nasycenie rynku towarami zmusza marketingowców do szukania coraz to innych sposobów zajmowania uwagi klientów. Produkt, by został sprzedany, powinien się wyróżniać – to podstawowa zasada handlowców. Któryś sprytny marketingowiec wpadł kiedyś na pomysł, by sięgnąć do języka świata sztuki. I zadziałało.

Zapewne jestem przewrażliwiona, nieustannie też marzy mi się, by „odpowiednie rzeczy dać słowo”. Dla mnie galeria to ciągle salon wystawowy, w którym sprzedaje się dzieła sztuki albo też kolekcja dzieł sztuki. Trudno dziełami sztuki nazwać nawet najpiękniejsze, ale jednak garnki czy buty, tymczasem galerie handlowe mają się dobrze. Świetnie mają się też galerie wnętrz, galerie kominków, galerie fryzur czy galerie upominków. O ileż przyjemniej kupować w galerii niż zwykłym sklepie!

galerie, salony i premieryPodobnie rzecz ma się z salonami. Kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, dostanie się na salony było często niedościgłym marzeniem parweniuszy, w salonach spotykała się śmietanka towarzyska, uczeni i artyści. Teraz w salonach kupujemy samochody, telefony, odzież, w salonach poddajemy się zabiegom upiększającym albo masażom tajskim. Współczesne mieszkania też obowiązkowo „wyposażone” są w salon, jeszcze niedawno nazywany swojsko pokojem stołowym. Czujemy się dzięki temu lepsi, dowartościowani, choć na prawdziwy salon niewiele osób może sobie pozwolić, chociażby z racji niewielkiego metrażu tego pomieszczenia. Znakiem czasów stało się dla mnie pytanie skierowane do językoznawców z którejś poradni językowej: „Chcę zatytuować sklep i nie wiem, jak się pisze: SALON ODZIEŻY czy SALON ODZIEŻOWY?” [pisownia oryginalna]. Nadać sklepowi tytuł – to dopiero wyzwanie!

Najbardziej jednak mnie, człowieka teatru, drażni nowe zastosowanie słowa premiera. Premiera w teatrze to święto – pierwsze, po wielomiesięcznych przygotowaniach i wytężonej pracy całego zespołu, przedstawienie danego utworu. Premiera superbolidu Mercedesa, premiera najnowszej generacji iPhone’ów, premiera gry komputerowej czy premiera biografii wywołują u mnie nerwowy skurcz.

Właśnie rzucił mi się w oczy tytuł w gazecie: Malczewski w sklepie z butami, czyli muzealna przeprowadzka. Autorka pisze: „Muzeum Historyczne Krakowa przeprowadza się na trzy lata do… Galerii Krakowskiej. […] W nowym miejscu MHK zamierza też prowadzić działalność edukacyjną i częściowo wystawienniczą, co oznacza, że muzealnicy ze swoimi wystawami, miniekspozycjami czy konkursami pojawią się w przestrzeni sklepów”.

Nic dodać, nic ująć. A o panoszących się przestrzeniach napiszę niebawem.

 

Przenicować i oścież

Bronisław Komorowski, przenicować, oścież
fot. Jacek Turczyk/PAP

Staropolszczyzna to spory kłopot dla wielu z nas.

„Niezależnie od tego, co wyjdzie z kancelarii prezydenta, ważniejsze będzie to, co wyjdzie z sejmu. […] PiS, mając większość w sejmie, każdą z tych ustaw może przenicować na drugą stronę […]” – powiedział Bronisław Komorowski w telewizyjnym wywiadzie.

Przyznam, że zadziwił mnie pan prezydent. Co prawda w dobie bogatej oferty tak zwanych sieciówek i sklepów z używaną odzieżą (nazywanych zabawnie lumpeksami, ciuchlandami, szmateksami, szmatlandami i  bublowniami) chyba nikt już nie nicuje ubrań, ale nie sądziłam, że znaczenie tego – co prawda starego – słowa jest dla pana prezydenta niejasne. Przenicować to tyle, co przerabiać jakąś część garderoby, odwracając tkaninę na lewą stronę. Bronisław Komorowski, zapewne nieświadomie, poddał się zataczającej coraz szersze kręgi manierze dookreślania znaczenia słów, które tego wcale nie potrzebują.

Wpadek językowych (i nie tylko językowych) pan prezydent zaliczył sporo. Antagoniści wytykali mu „virtuti militarne”, „Jana Pawła III”, „Wisławę Czymborską”, „Uniwersytet Stefana Karola Wyszyńskiego”, inaugurację kolejnych „roków akademickich”, „tutej”, „dzisiej” czy – chyba najsłynniejsze – „w bulu i nadzieji”. Do bogatej kolekcji dołącza „nicowanie na drugą stronę”.

Staropolszczyzna to spory kłopot dla wielu z nas. Kiedyś usłyszałam bardzo młodą osobę, która mówiła, że gdy chce przewietrzyć pokój, otwiera okno na pełną oścież. Jak widać (a raczej jak było słychać) otworzyć na oścież nie oznaczało dla niej otwarcia na całą szerokość. Od tego czasu ja, starając się podążać za młodzieżą, otwieram okno na ćwierć lub pół ościeży, a i nierzadko na całą oścież.

O Polskę sprawiedliwom i suwerennom

Jarosław Kaczyński, Polskę sprawiedliwom, Polskę, suwerennom Polskę
fot. PAP/Marcin Obara

Pan prezes cierpi zapewne na schorzenie objawiające się niechęcią do samogłosek nosowych w wygłosie wyrazu.

„Cierpliwość, spokój, pewność, że mimo różnic zdań idziemy razem. To wszystko musi nam towarzyszyć, bo to zapewnia, że pewnego dnia będziemy mogli powiedzieć, że mamy IV Rzeczypospolitom, że Polska została naprawiona, że naprawa Rzeczypospolitej została zakończona, że mamy taką Polskę, której chcemy: Polskę sprawiedliwom, Polskę suwerennom, Polskę niepodległom, wolnom i silnom” – powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas uroczystości 89. tak zwanej miesięcznicy smoleńskiej.

I dalej: „Nawet jeżeli w pewnych sprawach pozostaniemy w Europie sami, to pozostaniemy i będziemy tom wyspom wolności, tolerancji, tego wszystkiego, co tak silnie było obecne w naszej historii”.

Nie chcem być nieuprzejma dla pana prezesa, ale pozwalam sobie przypomnieć mu, że walka powinna toczyć się o Polskę sprawiedliwą, suwerenną, niepodległą, wolną i silną. Pan prezes cierpi zapewne na schorzenie objawiające się niechęcią do samogłosek nosowych w wygłosie wyrazu. Dziwnym trafem jedna z jego głównych oponentek, Ewa Kopacz, zapadła na chorobę, która wywołuje odwrotny skutek: była pani premier często mawia, jak ważne jest dla niej, by Polaką i obywatelą  żyło się lepiej. Wszystkim.

Sprawa niechęci do nosówek u polityków jest o tyle ciekawa, że w przeszłości cierpieli na nią ci związani z lewicą. Nie chcem ukochał Grzegorz Napieralski, a od muszom i robiom Ryszarda Kalisza bolały uszy. Trudno też nie wspomnieć klasyka – Lech Wałęsa przeszedł do historii także dzięki „Nie chcem, ale muszem”. Braterstwo panów Kaczyńskiego i Wałęsy w tym zakresie jest zastanawiające.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości także uparcie Rzeczpospolitą nazywa Rzeczypospolitą. Ale chyba nie warto na to zwracać uwagie, podobnie jak na okrzyki kontrmanifestujących, do czego wzywał mówca.

Hatakumba i inne wpadki

Patryk Jaki, hatakumba
fot. Damian Burzykowski / newspix.pl

Niektórzy twierdzą, że językowe i wszystkie inne wpadki przydają politykom pierwiastka ludzkiego.

Przez Internet przeszedł właśnie huraganowy śmiech po fejsbukowym wpisie wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego: „Przecież, gdybyśmy te bilony złotych zamiast na odbudowę Polski po niemieckiej hatakumbie przeznaczyli na rozwój naszego państwa to Polska była by dziś 2 razy silniejsza ekonomicznie”.

I ja pękałam ze śmiechu. Ale przecież wpadki polityków, świadczące o ich, delikatnie rzecz ujmując, słabej znajomości obcych słów, pojęć, zasad pisowni i „niepełnej” wiedzy historycznej, to nic nowego. Swego czasu Przemysław Gosiewski, poseł PiS, pomylił filipiki z Filipinkami, Ryszard Petru, szef Nowoczesnej, protestował przeciwko ustanowieniu „święta sześciu króli”, a Arkadiusz Myrcha z PO stwierdził, że królów było czterech: Kacper, Belzebub, Melchior i Baltazar. Tenże Ryszard Petru stwierdził ponad wszelką wątpliwość, że były brytyjski premier nazywa się David Kamerun, sejm niemy nazwał sejmem głuchym, oznajmił też, że „Jarosław Kaczyński przejechał się na rubikoniu”, a rzymskie imperium upadło „w szczycie swojej największej chwały” (co jest niewielkim błędem, znany polityk pomylił się zaledwie o trzysta lat). Szef Nowoczesnej odkrył też, że przewrót majowy wcale nie nastąpił 12 maja 1926 roku, lecz dziewięć lat później, co oznacza, że Józef Piłsudski dokonał zamachu stanu w dniu swojej śmierci. Za sprawą Renaty Beger, posłanki Samoobrony,ciągle jest żywa pamięć o Ananie Kofanie.

Znajomość zasad ortograficznych to także mocna strona naszych polityków. Prezydent Bronisław Komorowski łączył się z Japończykami „w bulu i nadzieji”, Radosław Sikorski, były minister spraw zagranicznych, „nie mógł uwieżyć” w śmierć przyjaciela, Zbigniew Ziobro jako szef Solidarnej Polski namawiał na plakatach do podpisania się „za solidarną Europom”, Arkadiusz Mularczyk twierdził, że „chańbą jest pracować dla wyborczej”, Renata Beger nawoływała do „walki o Polskę wolnom, demokratycznom i sprawiedliwom”, a Krystyna Pawłowicz, posłanka PiS, przekonywała, że wziąść to poprawna forma.

Minister Jaki dołączył do doborowego towarzystwa. Niektórzy twierdzą, że językowe i wszystkie inne wpadki przydają politykom pierwiastka ludzkiego. A więc, panie ministrze, hakuna matata!

Automeritum brzmi dumnie

automeritum, automyjnie, autoserwisy
fot. automeritum.otomoto.pl

Cała Polska usiana jest dbającymi o swoją higienę myjniami samochodowymi i troszczącymi się o swój stan techniczny serwisami samochodowymi.

I myjnie, i serwisy świadczą także usługi dla ludności, ale z nazw wynika, że głównie dbają o własną czystość i sprawność oraz że dokonują tego samodzielnie. Kiedyś malowano autoportrety, kilka stało się wręcz ikonami, jak autoportret Rembrandta, Vincenta van Gogha, Witkacego, Stanisława Wyspiańskiego czy Fridy Kahlo. Kiedyś też sławni ludzie pisali autobiografie, na przykład Dalajlama, Sławomir Mrożek, Charlie Chaplin, Salvadore Dali, Roger Moore i Rod Stewart. Niedawno opisy własnego życia opublikowali między innymi Danuta Wałęsowa, Jarosław Kaczyński, Piotr Pustelnik i Kuba Błaszczykowski. Niestety, znacznie częściej powstają teraz automyjnie i autoserwisy. Nietrudno domyślić się, że to kalki angielskich nazw carwash i carservice. Myjnie samochodowe i serwisy samochodowe oczywiście także w naszej ojczyźnie funkcjonują, ale nazwy te pewnie wydają się przaśne, nieświatowe, jest więc ich znacznie mniej.

Niektórzy właściciele zakładów świadczących usługi dla zmotoryzowanych bardzo chcą wyróżnić się na tle otoczenia. Jeden z nich wymyślił dumną nazwę Automeritum. Konia z rzędem temu kto zgadnie, co się pod tym tworem kryje. Ja nie zgadłam. Auto – zrozumiałam, meritum – zrozumiałam, automeritum – nie zrozumiałam. A to komis samochodowy! O, przepraszam – autokomis.