Jej wysokość Strefa

strefaJesteśmy narodem niezłomnym – niezłomnie uważamy za zaletę kaleczenie ojczystego języka i niezłomnie poddajemy się kolejnym modom językowym.

Roi się u nas od przestrzeni i projektów rozmaitego autoramentu, rozum boli też od nadmiaru stref. Kiedyś słowo strefa oznaczało obszar wydzielony z większego obszaru ze względu na charakterystyczne cechy. Nazwy różnych stref brzmiały poważnie: były strefy klimatyczne i czasowe, przygraniczne i językowe, walutowe i wolnocłowe, wojenne i krajobrazowe, miejskie i podmiejskie, istniało też pojęcie szarej strefy, a od czasu naszego wejścia do Unii Europejskiej zadomowiła się u nas strefa Schengen i strefa euro.

Strefa brzmi „mądrze”, atrakcyjnie, a powszechny wysyp stref chyba sygnalizuje potrzebę przynależności do jakiejś grupy wtajemniczenia. Przed centrami handlowymi, budynkami użyteczności publicznej i na osiedlach mieszkaniowych pojawiły się strefy ruchu, nasze domy znajdują się w strefie zamieszkania, samochody zostawiamy w strefie parkowania, za zakupy płacimy w strefie kas, a sprawy reklamacji załatwiamy w strefie klienta. Gdy chcemy obserwować jakieś pokazy (oczywiście odbywające się w strefie pokazu), zajmujemy miejsce w strefie publiczności, pikniki organizujemy w strefie piknikowej, w której można wyróżnić na przykład strefę pizzy. W szkołach, będących strefą wiedzy, istnieją strefy rodzica i strefy ucznia, a gdy chcemy skorzystać z pomocy specjalisty, udajemy się do strefy logopedy. W kinach i teatrach pojawiły się strefy biletów, na uczelniach – strefy intensywnej nauki studenta, a w firmach kurierskich obowiązkowe jest istnienie strefy paczki. Drukarnie świadczą usługi w strefie poligrafii, meble kuchenne kupujemy w strefie kuchni, akcesoria łazienkowe – w strefie kąpieli, wykładziny i panele podłogowe w strefie podłóg, a kosmetyki i proszki do prania w strefie higieny. Obiad możemy zjeść w strefie smaku.  Gdy chcemy skorzystać z usług fryzjerki, udajemy się do strefy cięcia, a kosmetyczka swoje usługi oferuje w strefie piękna lub urody (usytuowanej w strefie kobiet). Ruchu na świeżym powietrzu zażywamy w strefie rekreacji, a piwa w pubie możemy napić się w strefie piwa, często wydzielonej w strefie kibica. Istnieją również strefy fitness i kreatywności, haftu i grafiki, jogi i medytacji, a także strefy poetyckie i strefy próżności (cokolwiek to znaczy). Strefowa pomysłowość nie zna granic (rozsądku). A wszystkie te strefy tworzą jedną wielką strefę… beki.

Jego wysokość Projekt

Kiedyś projekt oznaczał coś, co dopiero będzie, dziś jest czymś, co trwa lub już się odbyło.

projektJakiś czas temu z życia ekonomicznego zaczęły znikać programy, a kulturalnego – koncerty, widowiska, przedstawienia i spektakle. Słowo projekt, oznaczające zadanie, a nie jak dotychczas wstępną wersję czegoś lub plan działania, rozpoczęło królowanie w wielu dziedzinach naszego życia. Projektami się zarządza, bywają interdyscyplinarne i kompleksowe, projekty mają wielkość, datę rozpoczęcia, cele i limity, ustalone obowiązki realizatorów, budżet, rozkład czynności oraz datę ich ukończenia. Zamieszkały w polszczyźnie wraz z naszym wejściem do Unii Europejskiej. To oczywiście neosemantyzm, który upowszechnił się pod wpływem języka angielskiego. Przywykłam, nie razi mnie w tekstach urzędowych, ale cierpię, gdy dowiaduję się, że artyści „realizują projekty”. Dawniej choreografowie tworzyli balety, teraz, przygotowując „spektakularny wieczór tańca w formie sztuki, która nie potrzebuje słów”, tworzą choreografię do projektu tanecznego. Taneczne czy aktorskie warsztaty też zaczęły brzmieć nieświatowo i stały się projektami. Nawet satyrycy przestali tworzyć kabarety, a tworzą projekty kabaretowe. (Swoją rolę w tym światku zaczęły zaznaczać przedstawicielki pięknej płci, tworząc „całkowicie kobiece projekty kabaretowe”.) Kiedyś szkoły organizowały uczniom wizyty w teatrze, teraz realizuje się teatralne projekty edukacyjne. Projektami stały się różne inicjatywy artystyczne, tak nowatorskie, jak wystawy (obowiązkowo zorganizowane w przestrzeni galerii, a nie w galerii po prostu) i koncerty, a widzowie przybywający na spotkania z aktorami, reżyserami czy scenografami często nie wiedzą, że uczestniczą w projekcie teatralnym. Nic to, organizator ich o tym z pewnością poinformuje.

Powstają nawet projekty operowe. Niektórzy współcześni kompozytorzy postanowili odciąć się od tradycji, która nakłada im kaganiec przestarzałej terminologii. Dobrze, że są jeszcze autorzy, którzy piszą sztuki, powieści i wiersze. Ale gdy tempo zmian przybierze na sile, może zaczną tworzyć projekty dramatyczne, powieściowe i poetyckie. Kto wie?

 

Grafika pochodzi ze strony Zespołu Szkół Społecznych nr 1 w Tarnobrzegu.

O atencji bez atencji

atencja
fot. Magdalena Ubysz

Natalia Kukulska udzieliła wywiadu jakiemuś czasopismu. Na pytanie dziennikarki, czy nadal zakrywa się, wychodząc na ulicę, odpowiedziała: „Mniej się przejmuję. Są takie dni, że na kozaka wchodzę w tłum bez ciemnych okularów i nie przeszkadza mi atencja. Przecież żyję normalnie. Zakupy, urzędy, kino… Trudniej mi, kiedy mam gorszy dzień, gorszą cerę i najchętniej schowałabym się w kącie, a nie konfrontowała się z cudzymi spojrzeniami”.

Jako starożytna użytkowniczka języka przez chwilę miałam kłopot ze zrozumieniem tej informacji. Zastanawiałam się też gorączkowo, w jaki sposób okazuje się atencję na ulicy. Atencja przecież oznacza szacunek, uznanie, respekt, okazywanie komuś szczególnych względów, także czujność, baczność, gotowość. Ale szybko uświadomiłam sobie, że pani Natalia, zgodnie ze współczesnym trendem przyswajania polszczyźnie angielskich znaczeń podobnie brzmiących słów, ma na myśli uwagę, zainteresowanie, czyli attention. Także redaktor przygotowujący wywiad do druku uznał, że wszystko jest w porządku. Krótka wyprawa do Internetu (lub internetu – dyskusja trwa) uświadomiła mi, jak bardzo atencja w znaczeniu uwaga jest rozpowszechniona.
Dowiedziałam się więc, że:
pewien dog niemiecki zazdrości swojemu bratu atencji pana,
atencja musi się zgadzać,
jakaś Kasia nie szuka atencji w Internecie – nie wstawia swoich nagich fotek,
ktoś desperacko pragnie atencji,
troll niekarmiony atencją umrze śmiercią głodową,
ktoś podziela czyjąś atencję,
ktoś inny rozpaczliwie krzyczy o odrobinę atencji,
a także, że odrobina większej atencji piwowara, wyższe wysycenie i dłuższe leżakowanie spowodowałyby, że pewien gatunek piwa bardziej cieszyłby podniebienie.

I trudno mi wykrzesać z siebie atencję dla tych wszystkich atencjuszy.

Ps. Językoznawca z pewnością nie jest kontent, czytając te zdania. Content po angielsku to zawartość. Rodacy, do dzieła!

Optyka patrzenia

optyka patrzenia
fot. PAP/Paweł Supernak

Słowa pani premier już kilka razy wywołały u mnie nerwowy skurcz.

„Unia Europejska zmieniła swoją optykę patrzenia na kryzys migracyjny pod wpływem zdecydowanej i nieustępliwej postawy Polski, jeżeli chodzi o pokazywanie, w jaki sposób polityka migracyjna powinna być realizowana” – powiedziała premier Beata Szydło podczas wystąpienia podsumowującego dwa lata rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Słowa pani premier już kilka razy wywołały u mnie nerwowy skurcz. A to informowała naród, że „wartości europejskie zaczynają lec w gruzach”, a to postanowiła liczyć ludzi w kwotach („Mówimy bardzo jasno: nie ma zgody polskiego rządu na to, aby przymusowo były narzucone jakiekolwiek kwoty uchodźców”), a to podczas targów Hannover Messe 2017 w kwietniu tego roku zapewniała kanclerz Angelę Merkel o dobrych widokach na przyszłość polsko-niemieckiej wspólnej współpracy. Skoro pani premier podkreśliła wspólnotę, należy założyć, że w tym przypadku współpraca niewspólna nie wchodzi w grę.

Do grupy ciekawostek w języku pani premier, godnych szczególnej uwagi, dołączyła właśnie optyka patrzenia, zwłaszcza jeżeli chodzi o pokazywanie. Optyka, czyli «sposób widzenia czegoś» poprzez patrzenie oraz pokazywanie to wyjątkowo interesujące zjawisko. Pewnie pani premier chciała wyraźnie zaznaczyć, że nie chodzi jej o dział fizyki, a o optykę (przez wielu) rozumianą jako stanowisko, przekonanie. Można tę wizję rozwinąć i mówić także o optyce widzenia i spostrzegania. Może również dostrzegania, zauważania, poznawania i odnotowywania. Pole do rozwoju pleonazmów jest spore. A gdyby tak rozszerzyć pojęcie optyki na inne zmysły? Optyka słyszenia, smakowania, dotykania, czucia… Czy to nie brzmi ciekawie?

Środki, środki, środki…

środki
fot. cafekontynenty.pl

Od jakiegoś czasu mamy w Polsce nową walutę: środki.

W jej używaniu celują urzędnicy i politycy: środki się przeznacza, gromadzi, wydatkuje, środkami się finansuje, środki bywają niewystarczające, wyczerpują się lub się ich szuka. Istnieją także środki wewnętrzne, czyli własne, i zewnętrzne, czyli pozyskane. A także środki unijne, publiczne, dodatkowe, jednorazowe, pomocowe, dostępne, dostateczne i niedostateczne, do wypłaty, na dopłaty, do inwestowania, na wzrost wynagrodzeń…

Co i rusz można przeczytać takie oto komunikaty:
„Projekt dofinansowano ze środków ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego”.
„Pierwsze środki dla poszkodowanych przez nawałnicę wojewoda przekazał gminie”.
„Jeśli pojawią się informacje o niewłaściwym wydatkowaniu środków z 500 plus w naszym mieście, zapewniam, że podejmiemy wszelkie kroki przewidziane w ustawie, aby temu zapobiec”.

Także (a może zwłaszcza) banki operują środkami.
„Lokata na nowe środki z atrakcyjnym oprocentowaniem 2,00 % na 3 miesiące dla nowych środków”
„Lokata idealna dla nieoczekiwanych środków finansowych”
„Saldo a dostępne środki – czym się różnią?”

Słowo środki zrobiło niezwykłą karierę nie tylko w świecie urzędowo-politycznym.
„W związku z zaistniałą sytuacją, dotyczącą mojego samochodu, podjąłem decyzję o jego sprzedaży i przeznaczeniu uzyskanych w ten sposób środków na pomoc ubogim, do rozdysponowania przez Caritas Archidiecezji Krakowskiej” – napisał proboszcz z Kasiny Wielkiej, którego porsche wzbudziło tak wiele emocji wśród parafian. Tylko przyklasnąć. I aż chciałoby się powiedzieć, że cel uświęca środki.

Wielu z nas z przykrością czasem stwierdza, że nie ma środków na koncie bankowym, że środki ze sprzedaży działki na coś nie wystarczyły albo że z powodu braku środków nie może sobie na coś pozwolić.

A przecież chodzi po prostu o pieniądze.

 

Miłego dnia!

Miłego dnia!Nie ma dnia, by ktoś, często obcy, nie życzył mi miłego dnia.

Bardzo to byłoby miłe, gdyby nie było irytujące. Dni bywają różne, miłe mniej i bardziej, jak to w życiu, a i rodacy różni bywają. Uprzejmość, przejawiająca się chociażby w usilnym wpatrywaniu się w zaokienny pejzaż albo nagły przypływ senności w chwili, gdy do przedziału pociągu wchodzi kobieta z ciężką walizką, słowa (coraz mniej) powszechnie uważane za wulgarne w niemal każdej podsłuchanej – z braku innego wyjścia – ulicznej rozmowie, znikająca kindersztuba – w zderzeniu z masowym życzeniem sobie miłego dnia są ciekawym zjawiskiem psychologiczno-socjologicznym. Oczywiście „Miłego dnia” może sprawić przyjemność, bo to, że o kimś myślimy, jest ujmujące, ale trudno zakładać, że pani prowadząca stragan nieustannie żywi ciepłe uczucia do klientów, a motorniczy w tramwaju codziennie obdarza sympatią pasażerów. I nie jestem pewna, czy akceptuje to, że w jego imieniu lektor w nagranym komunikacie składa jadącym życzenia miłego dnia.

Rodacy przez lata życzyli sobie dobrej nocy, teraz przyszła dzienna moda. Znany z anglosaskich kontaktów handlowo-biznesowych zwrot Have a nice day, a więc z obszaru, w którym grzeczność jest wręcz obowiązkiem, ponieważ zakłada nadzieję na sprzedaż kolejnych dóbr, umościł się w naszym kraju i zaczął zastępować „Do widzenia”, „Do jutra”, „Do zobaczenia”.

Gdyby za kryterium stosunku rodaków do siebie brać zwroty z mejli (niemal każdy zaczyna się od „Witam serdecznie”, a kończy „Serdecznie pozdrawiam”) oraz powszechne życzenie sobie miłego dnia, można by dojść do wniosku, że jesteśmy bardzo przyjacielskim i życzliwym bliźniemu swemu narodem. A tymczasem…

Miłego dnia (wieczoru, poranka, południa, popołudnia) Czytelnikom życzę! I serdecznie pozdrawiam.

Uporczywe wnioskowanie

uporczywe
fot. PAP/EPA/Tomasz Gzell

Jakie kolejne zagadki językowe przygotują politycy?

„W przypadku, gdy wnioskodawca w sposób uporczywy składa wnioski, których realizacja ze względu na ilość lub zakres udostępnianej informacji znacząco utrudniałaby działalność podmiotu obowiązanego do udzielenia informacji publicznej, podmiot ten może odmówić udostępnienia informacji publicznej” – taki zapis znalazł się w projekcie ustawy o jawności życia publicznego. Usłyszawszy to, od razu ruszyłam po rozum do głowy, zastanawiając się, w jaki sposób można uporczywie wnioskować. Uporczywy to utrzymujący się długo lub ciągle powtarzający się. Uporczywe mogą być kaszel, ból głowy, terapia, szykanowanie, nękanie, a także… wzdęcia i biegunki. Wygląda na to, że projektodawcy ustawy przez uporczywy rozumieją coś innego, niż jest to przyjęte.

Ostatnimi czasy można zaobserwować wysyp polityków, którzy używają słów, nie przejmując się ich znaczeniem. Dobitnym przykładem jest nazwanie puczem zamieszek pod sejmem w grudniu ubiegłego roku, a ich uczestników puczystami. Jeżeli tak miałby wyglądać zbrojny zamach stanu, to jak nazwać prawdziwy pucz? Dementować to także trudne słowo, wielu parlamentarzystów dementuje, że coś się stało. Rzecznik rządu, Rafał Bochenek, któregoś razu stwierdził, że konsekwencje powinny zostać wyjaśnione, a Karol Karski stanowczo odmówił wchodzenia w retorykę liczbową.

Trudno zgadnąć, co przez uporczywe wnioskowanie rozumieją projektodawcy ustawy, czyli Mariusz Kamiński i jego zastępca Maciej Wąsik. (Smaczku sprawie dodaje to, że ustawę o jawności przygotowuje minister nadzorujący służby z założenia działające niejawnie). Logiczne wydaje mi się założenie, że uporczywe składanie wniosków byłoby skutkiem uporczywego odmawiania odpowiedzi. Chyba jednak nie to piszący ustawę mieli na myśli. Na szczęście po konsultacjach z prawnikami postanowiono ten dziwny zapis usunąć. Jakie kolejne zagadki językowe przygotują politycy? Sądzę, że nie będziemy na nie długo czekać.

Tobie Polsko

Tobie Polsko
twitter.com/Jacek Sasin

W wystąpieniach publicznych pada wiele szumnych słów, nad którymi dumnie powiewa biało-czerwona. A rzeczywistość skrzeczy.

Tak zwana opinia publiczna poznała wyróżniony projekt pomnika Lecha Kaczyńskiego. Na płycie, przed którą umieszczono sylwetkę nieżyjącego prezydenta, znajduje się napis TOBIE POLSKO. Ale dlaczego bez przecinka? Przecież aż się prosi. Trudno wymówić bez pauzy te dwa słowa. Ktoś ten projekt stworzył, niemało osób oglądało i nikt nie zauważył? Ano, jak widać, nikt.

Dużo teraz się dzieje pod tym hasłem: akademie, konkursy, wiele z nich odbywa się w szkołach na tle napisów przygotowanych z pewnością pod przewodnictwem polonistów. Oni też zapomnieli o roli przecinka? O tym, że przestankowanie zapewnia tekstowi przejrzystość i pozwala go właściwie zinterpretować? Za dawnych czasów ileś błędów interpunkcyjnych w wypracowaniu ucznia oznaczało ocenę niedostateczną. Jaką ocenę wystawić polonistom?

Nie wiem, czemu nie lubimy przecinków. Przecież nie zostały one wymyślone po to, by nas umęczyć, ale po to, by uwidocznić logiczno-składniową konstrukcję zdania. Omijamy je, jakby parzyły, podczas gdy ich obecność lub brak często decyduje o jasności wypowiedzi. Niedawno znęcałam się nad napisem na koszulkach piłkarzy z drużyny Adama Nawałki „Polska dawaj!”, a teraz życie podsunęło nowy temat.

Polska dawaj!

Słowo patriotyzm niektórzy odmieniają przez wszystkie przypadki, zapominając, że w tym pojęciu mieści się także dbałość o ojczysty język. W wystąpieniach bardziej i mniej publicznych pada wiele szumnych słów, nad którymi dumnie powiewa biało-czerwona, a tymczasem rzeczywistość skrzeczy. Głośno. Coraz głośniej.

Tobie PolskoTobie PolskoTobie PolskoTobie PolskoTobie PolskoTobie Polsko