Biało-czerwoni – oni czy my?

biało-czerwoni
fot. PAP/Grzegorz Jakubowski, onet.pl

Biało-czerwoni nie budzą moich emocji. Nie wywołuje we mnie gorączki obserwowanie jedenastu milionerów biegających za jedną piłką. Na robią wrażenia doniesienia o przelotach, zgrupowaniach, kontuzjach, rozgrzewkach, treningach, planach ustawieniach na boisku, a także żonach, narzeczonych i partnerkach futbolowych bohaterów, wypełniające rubryki sportowe i towarzyskie licznych polskich mediów. Nie mam w sobie kibicowskiego genu i już.

Oglądając w telewizji serwisy informacyjne, czuję się często wyalienowana, ponieważ nie podzielam uczuć kibicom towarzyszących: euforii, gniewu, żalu, rozczarowania, i nie śpiewam razem z nimi (choćby dlatego, że drażni mnie przesunięty akcent w słowie biało-CZERwoni – ot, taka filologiczna przypadłość). Doniesień o przedmundialowych przygotowaniach i mundialowych potyczkach przede wszystkim słucham. I znowu czuję się osamotniona, bo nie potrafię zrozumieć, czemu niemal wszyscy komentatorzy usiłują mnie przekonać, że gra Polska, a nie Polacy lub polscy piłkarze. Wiem, wiem, to metonimia, figura stylistyczna, ale nic nie poradzę na to, że w przypadku futbolu nieco irytująca. Ale nad tym łatwo przejść do porządku dziennego, jako że to stare i powszechne zjawisko: dziennikarze donoszą o stanowisku pałacu prezydenckiego, a nie prezydenta, stanowiska Polski, a nie polskiego rządu, lub twierdzą, że cała Warszawa, a nie jej mieszkańcy robią to czy tamto. Także ja sama czasem oznajmiam, że czytam Pilcha, a nie jego powieść. Historia literatury (i nie tylko literatury) zna wiele takich metonimicznych przypadków i nie ma o co kopii kruszyć.

O wiele bardziej irytują mnie stwierdzenia komentatorów, że oto MY gramy, MY przegrywamy/przegraliśmy, wygrywamy/wygraliśmy, zremisowaliśmy, przeszliśmy/nie przeszliśmy do drugiej rundy rozgrywek, odpadliśmy z tychże lub awansowaliśmy, wyszliśmy/nie wyszliśmy z grupy. Przepraszam, JA nie gram/nie wygrywam/nie remisuję/nie awansuję. Podobnie nie czyni rzesza nawet najzagorzalszych kibiców. A więc to nie MY, a ONI. Choć pewnie MY też chcielibyśmy zarabiać kolosalne pieniądze. Niczego IM nie zazdroszcząc oczywiście.

Pomarzyć zawsze można.

 

Odmieniać czy nie odmieniać?

Michał Rusinek w swojej znakomitej książce Pypcie na języku przytacza anegdotę (z własnego życia wziętą). Otóż dzwoni do niego przedstawicielka jakiegoś banku i pyta, czy rozmawia z panem Michałem Rusinek. Znany literaturoznawca potwierdza, ale oznajmia też, że jego się deklinuje. „A, to przepraszam, zadzwonię później” – słyszy w słuchawce.

Moje przygody nie są tak zabawne, ale też warte uwagi. Gdy w podobnej sytuacji proszę, by odmienić moje nazwisko, napotykam dwie reakcje: pierwsza –„Ale ja mam tak napisane” i druga – cisza. Zakładam, że mój nieznany rozmówca (lub rozmówczyni) gorączkowo w tym czasie myśli, jak zrozumieć prośbę dziwnej klientki, pewnie też zastanawia się, co to takiego ta odmiana. Niektórzy próbują sprostać wyzwaniu, ale nie zawsze wychodzą z tej potyczki zwycięsko. Słowa deklinacja nie używam w tego typu kontaktach, zbyt trudne.

Nieodmienianie nazwisk i nazw to plaga. Ze smutkiem czytam „tyłówki” filmów (zwanych żartobliwie listami płac), z których dowiaduję się, że realizatorzy dziękują prezydent miasta Józef Kołodziejczyk, mieszkańcy miejscowości Ujazdów, Urząd Miasta Kraków, pani Anna Kowalska, pan Jan Kowalski i tak dalej. Oczywiście to efekt powielania wzorów języków zachodnich, w których odmiana nie występuje, ale czy naprawdę musimy wszystko, co obce, ślepo naśladować? Czy dzięki temu staniemy się lepsi, bardziej europejscy, światowi?

Niektórych chyba brzydzą nawet nazwy ulic, w których pojawia się odmienione nazwisko. Podsłuchałam niedawno kilkoro mieszkańców ulicy Jadwigi Andrzejewskiej i ulicy Andrzeja Struga. Otóż doszli oni do wniosku, że ich miejsce na Ziemi to ulice Andrzejewska (gdzieś jest Kaliska, gdzieś Warszawska, Toruńska, oni mają swoją Andrzejewską) i Struga (czyli mała rzeczka, strumień). Przyjemniej mieszka się przy strudze niż na przykład w śródmieściu.

Zapewne jednym z powodów lekceważenia deklinacji jest wygodnictwo przy komputerowym składaniu tekstów. Stały element można kopiować do newsletterów, tworzyć nagłówki, słowa kluczowe, ułatwiające wyszukiwanie w sieci. Ale zanim dojdziemy do tego, że będziemy bywać na premiera filmu Patryk Vega, czytać lub oglądać wywiad ze Zbigniew Boniek, dyskutować o nowa książka Katarzyna Bonda lub nagroda dla Olga Tokarczuk, nacieszmy się jeszcze jakiś czas fleksją, szczególną cechą naszego języka.

W związku z powyższym

Wielu z nas w rozmowach powołuje się na coś powyższego. W związku z powyższym to, w związku z powyższym tamto… A ja, słuchając tego, staram się zobaczyć to coś powyżej. I nijak zobaczyć nie mogę.

Zastanawiająca jest kariera wyrażeń czy zwrotów kiedyś przynależnych tylko tekstom urzędowym. ‘W związku z powyższym’ to coś w związku z czymś wyżej opisanym. Nie da się mówić o czymś, co powyżej, bo gdzie znaleźć to wyżej powiedziane? Można coś powiedzieć w związku z tym, o czym mówiło się wcześniej. Ale logika powyższego wywodu z pewnością nie spędza snu z powiek milionom rodaków, dla których ‘w związku z powyższym’ brzmi poważniej, dostojniej niż zwykłe ‘w związku z tym’.

Gdy ktoś, opisując mi swoje kłopoty, kończy wyliczanie problemów zdaniem „W związku z powyższym proszę cię o pożyczenie pieniędzy”, odmawiam. Wobec powyższego nie potrafię obudzić w sobie pozytywnych uczuć.

Tajemnicza formuła

Od jakiegoś czasu na metkach różnorakich produktów służących higienie i zachowaniu czystości oraz leków  króluje FORMUŁA.

nowa formuła
fot. www.topestetic.pl

Wrodzona filologiczna ciekawość i męcząca wada objawiająca się słyszeniem słów nakazała mi spróbować wyjaśnić, co zacz. Do niedawna formułą nazywaliśmy prawo ogólne, wzorzec, regułę, ustalony sposób postępowania lub działania czegoś, wzór matematyczny lub chemiczny, a także formę organizacyjną jakiegoś spotkania czy też stały tekst wypowiadany w pewnych okolicznościach. No bo formułować to tyle, co krótko i zwięźle wyrażać jakąś myśl, precyzować, określać coś. Teraz okazuje się, że (koniecznie nową!) formułę mają szampony, toniki, mleczka kosmetyczne, proszki do prania i medykamenty.

Świat idzie z postępem, słowa zmieniają znaczenie i nic w tym dziwnego. Kiedyś złodziej czynił zło, przy czym nie zawsze owym złem była kradzież, szewc zajmował się szyciem nie tylko butów, a krawcowa to była żona krawca, który krajał to, co następnie szewc zszywał.

Nietrudno zgadnąć, żyjąc w kraju, w którym na drzwiach zakładu rzemieślniczego widnieje dumne Open, a w sklepach, które stały się outletami lub shopami, reklamy krzyczą o Sale, że to pożyczka z angielskiego. Formula w języku Wyspiarzy to receptura, skład lub przepis. Słowo przepis zagarnęły kulinaria, nic dziwnego więc, że przy chemikaliach zaczął być pomijany, ale dlaczego poczciwa receptura zaczęła uwierać producentów i marketingowców, czym też zawinił im zacny skład? Ano pewnie tylko tym, że oba te słowa są uznawane za zbyt swojskie, nieświatowe. O ileż przyjemniej kupić ten sam co przed laty szampon, ale o nowej formule!

Ps. Firma Lafarge poinformowała niedawno klientów, że wprowadziła nową formułę cementu. Nową formułę ma także gips szpachlowy, produkowany przez Dolinę Nidy, a na stacjach paliw Shell Polska wprowadzono nową formułę oleju napędowego Shell Diesel Extra…