Sekretarka i specjalista

Dostałam mejl od pewnej instytucji. Organizacja szacowna, wiadomość ważna, nie mogła zatem zostać podpisana przez zwykłą sekretarkę. Powiadomienie wysłała pani X, specjalista ds. obsługi sekretariatu.

To, że jesteśmy społeczeństwem sfrustrowanym, cierpiącym na kompleks niższości wobec mitycznego Zachodu wiadomo od lat. I bardzo lubimy być lepszymi niż jesteśmy. Za czasów słusznie minionych przejawiało się to kolejkami w Peweksie, wystawkami puszek po coca-coli lub piwa na koszmarnych meblościankach i rewią opakowań, często pustych, po zagranicznych kosmetykach w łazienkach. Siermiężna rzeczywistość domagała się kolorów i blasku. Dziś nasze frustracje najczęściej objawiają się w nadawaniu obcojęzycznych nazw czemu tylko się da (często bez sprawdzania pisowni, jako że dumny Polak nie musi zaglądać do słowników, czego najnowszym dowodem jest nazwa nowo otwartej warszawskiej kawiarni Jakicaffe, w której coffee zlała się z café).

Ważne miejsce w szerzeniu narodowej dumy zajmują także niektóre nazwy stanowisk, służące ukryciu ich często nie najwyższej rangi. Tu nierzadko górę bierze nasza miłość do języków obcych, zwłaszcza angielskiego. W sklepach pojawili się sejl menedżerowie i asystenci sprzedaży (widocznie sprzedaż może mieć asystenta, wszystko dziś jest możliwe), sprawami personalnymi w zakładach pracy przestali kierować kadrowi – ich dzieło kontynuują haerowcy, księgowość prowadzą akont menedżerowie, a życie towarzyskie firmy organizują iwent menedżerowie, dawniej zwani kaowcami.

W wielu nazwach stanowisk widnieje słowo specjalista. Z doświadczenia wiem, że dziś ten rzeczownik nie zawsze oznacza człowieka odznaczającego się gruntowną znajomością jakiejś dziedziny. Czasy się zmieniły i specjalistą można zostać do dwóch latach pracy na jakimś stanowisku. Niektórzy twierdzą, że specjalista „na państwowym” to osoba mająca szerokie koneksje pozwalające jej na rozwijanie kariery. Potrafi wysłać mejl, kserować dokumenty, często rozmawia przez telefon i pije dużo kawy.

A teraz pytanie: w jaki sposób obsługuje się sekretariat? Ja nie wiem, ale pewnie wie to pani, która zajmuje się pracami biurowymi związanymi z działalnością jakiejś osoby lub instytucji, a nie chce być nazywana sekretarką.

„K…a” – zadziwiająca kariera

Sławomir Mrożek w czasie, gdy dyskutowano nad zapisami konstytucji, powiedział: „To nie jest konstytucja Polaków, tam nie ma słowa „k…a”.

Wielki dramatopisarz miał rację. Sadzę, że gdyby „k…a” zanikła, większość Polaków przestałaby z sobą rozmawiać. „O, k…a!, ja p…ę!” wystarczy, by się porozumieć. Można w ten sposób wyrazić wszystko: strach, złość, irytację, a nawet podziw. Te słowa tak spowszedniały, że stały się potocznym przerywnikiem, bo nawet nie można powiedzieć, że przecinkiem. Przecinek służy do logicznego dzielenia wypowiedzi, a w przypadku stosowania „k…y” logiki za grosz.

Jeszcze niedawno przeklinano, by łagodnie określić to zjawisko, tylko w tak zwanym swoim, męskim gronie, a ktoś przyłapany na publicznym przeklinaniu czuł się co najmniej niezręcznie. Teraz słowo zaczynające się na „k” słychać wszędzie: na ulicy, w kinie i teatrze, płynie z ust ludzi obojga płci, w każdym wieku i we wszystkich sytuacjach. Kobiety i dziewczęta już nie płoną rumieńcem, słysząc je, i nie oddalają demonstracyjnie, jak to kiedyś bywało. Wręcz przeciwnie, gorliwie współzawodniczą z przedstawicielami brzydszej płci. Wygląda na to, że używanie tego bardzo starego słowa należy wręcz do dobrego (!) tonu.

Scenarzyści współczesnych polskich filmów i autorzy sztuk wkładają „k…ę” w usta bohaterom bez względu na epokę. W czasach młodości profesora Religi nie przeklinano tak jak teraz, co nie przeszkodziło autorowi scenariusza Bogów ozdobić „k…ą” bardzo wielu dialogów. W przejmującym węgierskim filmie Syn Szawła, niemal niemym, którego akcja rozgrywa się w niemieckim obozie koncentracyjnym, Polacy mówią zaledwie kilka słów, które trudno zrozumieć, ale ze zrozumieniem jednego z nich nie ma żadnego problemu. Strach oglądać teraz nawet stare filmy w telewizji – uwspółcześnione listy dialogowe rozbłysły poezją pełną „k”, a także bratnich „p” i „ch”.

„K…a” stała się naszym towarem eksportowym. Profesor Miodek opowiadał kiedyś, że gdy był w Paryżu, uliczny sprzedawca usłyszawszy polską mowę, zaczął przyzywać potencjalnych klientów wiadomym słowem…

W zdumienie wprowadzają mnie informacje o sprawach sądowych, wytoczonych osobom używającym wulgaryzmów w miejscach publicznych. Przecież wystarczy przejść się kilka minut ulicą, by usłyszeć ich setki. „K…a” podkreśla sens zdania, zastępuje dowolną część mowy i wszystkie znaki interpunkcyjne. Bez niej rodacy nie byliby w stanie porozumiewać się, wojsko i policja byłyby bezbronne, stanąłby przemysł, transport, budownictwo, nawet sejm i senat nie mogłyby obradować.

-latka, -latek…

Niemal codziennie prasa i telewizja informują o dramatycznych przypadkach: ktoś kogoś pobił, zabił, ranił, ktoś zaginął, utonął. Ale dlaczego przekazujący te smutne wieści mają przykry zwyczaj wypominania wieku ofiarom i sprawcom? Jakby to miało szczególne znaczenie.

  • W trakcie wyjaśniania szczegółowych okoliczności zdarzenia policjanci ustalili, że to obecni na miejscu 23-latka oraz jej 30-letni kolega są odpowiedzialni za pobicie mężczyzny. Jak się okazało, para umówiła się z 42-latkiem w celu wyjaśnienia nieporozumień między nimi.
  • Dwóch mężczyzn zaatakowało 60-latka na drodze. 60-latek trafił do szpitala, gdzie spędził trzy dni.
  • Jak ustalono w oparciu o zgromadzony materiał dowodowy, 42-latek miał świadomość niepełnosprawności intelektualnej pokrzywdzonej.
  • Nie żyją 18-latek i 42-latek.
  • 33-latek usłyszał zarzut zabójstwa, a 24-latek poplecznictwa.
  • Białostoccy policjanci zatrzymali 42-latka podejrzewanego o nielegalną uprawę narkotyków.
  • 52-latek zwyzywał ratowników medycznych, był agresywny i rzucił się na lekarza.

Na dodatek zapisywane jest to jak wyżej, jakby przedstawiciele służb mundurowych i dziennikarze hurtem zapomnieli, że można powiedzieć/napisać na przykład: czterdziestodwuletni mężczyzna, siedemdziesięcioletnia kobieta, trzynastoletnia dziewczynka, siedemnastoletni chłopiec, jeżeli uznać, że wiek ofiar lub złoczyńców jest istotny dla sprawy. A często nie jest.

Czy tak trudno powiedzieć/napisać: Zginęli dwaj młodzi mężczyźni? Okradziono starszą kobietę? Ofiarą wypadku był kilkunastoletni chłopiec? Napadnięto starszego mężczyznę?

Wiek obywatela nie należy do danych wrażliwych, mimo to za każdym razem, gdy słyszę podobną do przytoczonych relacji, wszystko się we mnie burzy.

Wasza poirytowana hm-hm-latka

Kontrfaktyczny, czyli niezgodny z faktami

Jarosław Kaczyński, kontrfaktyczny
fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

„Cała ta opowieść, która krąży po Europie i świecie, jest odwróceniem faktów, jest – jak mówią prawnicy – kontrfaktyczna” – powiedział Jarosław Kaczyński w odpowiedzi na krytykę reformy sądownictwa, dokonywaną przez partię rządzącą. A ja zastanawiam się, dlaczego tak bardzo lubimy trudne słowa, trudne także do wymówienia, zamiast proste sprawy nazywać w prosty sposób.

Idę o zakład, że przymiotnik kontrfaktyczny natychmiast podchwycą dziennikarze, publicyści i tak zwani zwykli ludzie. Ten termin filozoficzny, oznaczający coś odnoszącego się do zdarzeń potencjalnych lub nierzeczywistych, stosowany do tej pory przez prawników i naukowców, wejdzie do języka potocznego. Prezes Kaczyński ma moc sprawczą. Wiele słów i wyrażeń z jego słownika budziło niekłamany podziw i pojawiało się w wypowiedziach innych, że wspomnę tylko hiperoportunizm, lumpenliberalizm, kondominium i imposybilizm. Pan prezes używał rzadkich, zwłaszcza u polityków, a pięknych słów: ubóstwienie, eschatologiczny, wehikuł, eugenika, łgać, zastrachany, warcholstwo, unitarny, dezawuować, tworzył ciekawe związki frazeologiczne: skundlenie polityczno-kulturowego establishmentu, łże-elity, hybrydalny system władzy, konfederacja zdrady narodowej, starszo-średnie pokolenie, mentorsko-rezonerski styl i – oczywiście – oczywista oczywistość. Teraz szansę na masową popularność ma przymiotnik kontrfaktyczny. A prosto i zwyczajnie brzmiące ‘niezgodne z faktami’ wyda się z pewnością niektórym passé.

Bardzo lubimy eskalować zamiast zwiększać, wśród wielu rodaków króluje defetyzm zamiast braku wiary w zwycięstwo, afirmujemy, a nie zgadzamy się na coś, konfabulujemy, a nie zmyślamy, eksplikacja wypiera objaśnianie znaczenia, abstrahujemy, a nie świadomie czegoś nie uwzględniamy, wiele spraw budzi naszą awersję, a nie niechęć, dokonujemy ewaluacji, a nie oceniamy czy szacujemy. Nic w tym złego, wyrazy obce zawsze stanowiły sporą część zasobu polszczyzny (pod warunkiem, że znaczą to, co znaczą, a nie to, co nam się wydaje). Ja jednak wobec narastającej liczby cudzoziemskich nabytków w naszej mowie nie tylko potocznej pozwolę sobie na ambiwalentne uczucia.