Wszędzie coś rusza

Bardzo lubimy ruszać. Ale wcale nie chodzi o ruszanie głową.

Co rusz dowiadujemy się, że coś rusza. Nie rozpoczyna się, nie podejmuje działalność, nie inicjuje, a właśnie rusza. W całym kraju ruszają przetargi, zbiórki, przesłuchania, a także różne plebiscyty. Ruszają nowe kawiarnie, gabinety lekarskie, szkoły, bezobsługowe markety (przy okazji – dlaczego u nas angielski rynek oznacza sklep?), stacje benzynowe. Ruszają odbiory dróg, remonty, skupy jabłek, wykopki i wszelkie zbiory. Ruszają rozliczne procesy sądowe. Ruszają castingi i precastingi, ruszają zdjęcia do filmów i seriali. Powstają i ruszają portale internetowe.

Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa ruszyła swego czasu z wypłatą zaliczek na poczet dopłat bezpośrednich. W wielu miastach ruszyły budżety obywatelskie, które poprzedziły konsultacje społeczne – te rzecz jasna ruszyły odpowiednio wcześniej.  Aby móc uczestniczyć w jakimś miejskim lub rządowym programie, trzeba czekać, aż ruszą zapisy lub nabór wniosków do tychże, po jakimś czasie ruszają kolejne etapy rekrutacji. W wielu instytucjach i zakładach pracy pod koniec roku ruszy wypłata trzynastych pensji. Robi się chłodno, a więc wkrótce ruszy sezon grzewczy. W teatrach i kinach co jakiś czas rusza przedsprzedaż lub sprzedaż karnetów, ruszają także akcje promocyjne. Kandydaci na wójtów, sołtysów, radnych, burmistrzów i prezydentów miast w odpowiednim czasie ruszają z kampanią wyborczą. W wyższych uczelniach właśnie ruszył rok akademicki, ruszają również nowe kierunki i programy grantowe. W październiku ruszył także kolejny Tydzień Kultury Chrześcijańskiej. W Gdańsku co roku rusza Jarmark św. Dominika, swego czasu w wielu miastach ruszyły Inkubatory Przedsiębiorczości. W stolicy po usunięciu awarii wodociągu ruszyła Trasa Łazienkowska, w Katowicach ruszył jubileuszowy Europejski Kongres Gospodarczy, w Koluszkach ruszył montaż dachów na jakichś zbiornikach, a w Ryanairze ruszył kolejny strajk. Trener pewnego klubu piłkarskiego z dumą stwierdził, że gra jego zawodników ruszyła do przodu. Co jakiś czas rusza nabór do armii. W niektórych miejskich autobusach ruszyła możliwość zapłaty za przejazd kartą płatniczą.

Pytanie z ostatniej chwili: kiedy ruszy przekop Mierzei Wiślanej?

Piętnaście deczko paszteciku

W jednym z moich ulubionych sklepów spożywczych wszystko jest doskonałe: piękne wnętrze, pachnące, świetnie prezentujące się i bardzo smaczne produkty, miła obsługa. Zbyt miła.

zdrobnienia
fot. natemat.pl

Ponieważ sklep cieszy się sporym zainteresowaniem klientów, a nie jest placówką samoobsługową, czasem trzeba postać kilka minut w kolejce. Muszę wtedy okazać sporo cierpliwości i wcale nie dlatego, że czekam. Otóż przemiła obsługa okazuje swoją uprzejmość zdrabnianiem wszelkich nazw. Moją wytrzymałość nadweręża szyneczka z tłuszczykiem, biała kiełbaska, wołowinka, wieprzowinka, kotleciki schabowe, makaronik domowy, śmietanka, chlebek, masełko, pasztecik, a także kilogramik, paragonik, gotóweczka i pieniążki, którymi płacę za zakupki. Często też okazuje się, że – jeżeli nie używam karty (o dziwo, karta nie staje się karteczką) – powinnam mieć w portfeliku także grosiczki. A na koniec jestem pytana, czy potrzebuję torebeczki.

Trudno mi utrzymać powagę, gdy ekspedientka pyta, czy na pewno życzę sobie piętnaście deczko paszteciku. Ze wszystkich sił staram się nad sobą panować, bo stojąca po drugiej strony lady pani jest przekonana, że w ten sposób okazuje mi swoją uprzejmość i bardzo dba o to, bym była zadowolona. Nie opuszcza mnie jednak wtedy przekonanie, że zdrobnienia są dziś plagą, która toczy nasz język.

Kiedyś kupcy i przekupki, a dziś handlowcy doskonale wiedzą, że skuteczniej zyskują klientelę, zdrabniając nazwy produktów. Niestety zwyczaj ten przenosi się też na drugą stronę lady lub straganu. Dla wielu z nas jest to przyjemne, bo formy podstawowe brzmią twardo, a zdrobniałe są wesolutkie, przywodzą na myśl cukiereczki i ułatwiają kontakty międzyludzkie. Kupujemy więc namiętnie jabłuszka, gruszeczki, śliweczki, pomarańczki, cytrynki, ziemniaczki, miodzik, dżemik, mleczko, kefirek, chlebuś i bułeczki.

Deminutywa, czyli wyrazy o znaczeniu zdrobniałym, służyły kiedyś do określania czegoś niedużego (piesek, kotek, stoliczek), oznaczały też ciepły stosunek mówiącego do kogoś lub czegoś (mamusia, wujaszek, cioteczka, podusia). Dziś stały się przede wszystkim formami grzecznościowymi. Ja jednak ciągle reaguję alergicznie, uważając, że zdrobnienia nie wzbogacają języka, jak niektórzy twierdzą, a zaśmiecają go.  I nie urozmaicają, a infantylizują. Kontroler w tramwaju nie wydaje mi się uprzejmy, gdy prosi o bileciki do kontroli.

Premiera, pilotka i dramaturżka

Dawniej wszyscy byliśmy ludźmi, teraz wiele osób (i osobniczek) podkreśla, że jesteśmy kobietami i mężczyznami.

Feminizacja zawodów jest faktem, naturalna zatem wydaje się także postępująca feminizacja nazw. Przyznam, że przez długi czas byłam przeciwna „kobiecym” formom: pani redaktor, pani psycholog, pani dyrektor, pani profesor moim i nie tylko moim zdaniem brzmi dostojniej niż redaktorka, psycholożka, dyrektorka czy profesorka. Oswajam się jednak z nimi i coraz mniej bolą mnie uszy, choć nie pozbyłam się zastrzeżeń.

Spore zasługi w tym oswajaniu mają feministki, które nie dostrzegają niczego niepoważnego w tworzonych obecnie na potęgę żeńskich nazwach. Ale są też kobiety, które nie chcą być nazywane adwokatkami, adiunktkami (tu dodatkowym powodem jest możliwość złamania języka przy wymowie), inżynierkami czy doktorkami.

Istnieje wiele nazw zawodów, których żeńskie formy zagościły już dawno w języku: nauczycielka, sekretarka, sprzątaczka, pielęgniarka, przedszkolanka, księgowa, nikogo nie razi też pisarka, działaczka czy kandydatka. Ale dyplomowany to już nauczyciel, o Condoleezzie Rice nikt nie powiedziałby sekretarka stanu, a o Margaret Thatcher, Theresie May, Ewie Kopacz lub Beacie Szydło – premierka lub premiera rządu.

Kłopotów z tworzeniem żeńskich form jest sporo. Zgodnie z wzorcem językowym do męskich nazw dodaje się końcówkę -a, -ka lub -ini albo -yni. Powstały więc m.in: radna, prezydentka, burmistrzyni, wyborczyni, polityczka, ministra, radczyni, naukowczyni, marszałkini, dramaturżka, reżyserka, pilotka, literatka, a także przestępczyni. Niektóre z wymienionych nie budzą mojego oporu, ale… ‘Pani ministra’ wywołuje skojarzenia, że jakaś pani jest związana z jakimś ministrem, radczyni do niedawna oznaczała żonę radcy, reżyserka to w teatrze pomieszczenie dla reżysera, premiera to pierwszy pokaz przedstawienia teatralnego lub filmu, premierka brzmi zabawnie, literatka to szklaneczka, a pilotką zwykliśmy nazywać czapkę „z uszami”. W naszym języku istnieje wiele słów wieloznacznych i kwestią czasu jest przyjęcie nowych znaczeń, ale sądzę, że na to trzeba jeszcze poczekać. A ‘dramaturżka’ wywołuje u mnie skurcz języka i ból uszu. Z rozpaczą myślę też, że mogłabym być kupcą, ślusarką, tokarką, naprawiaczką, elektryczką, technolożką lub kierowczynią.

Mój sprzeciw budzi nie tyle samo zjawisko, jakim jest pojawianie się w języku nowych, żeńskich form nazw zawodów, stanowisk i tytułów, ile uparte dążenie feministek do jego upowszechniania i zalegalizowania. Jestem kobietą, nie odczuwam jednak potrzeby podkreślania na każdym kroku aspektów płci. Nie rażą mnie męskie nazwy zawodów używane w odniesieniu do kobiet i wcale nie uważam, że to skutek wpajania przez lata patriarchalnych przekonań. Pozwólmy, by język „sam” ewoluował. Nie chciałabym być nazywana człowieką, a gdy zajmę się domowymi naprawami – majstrą…