Samochód przyjacielem człowieka

Czytanie tekstów reklamowych to fascynujące zajęcie. Przedmioty martwe w nich opisywane wcale nie są martwe.

samochód
www.kredytok.pl

Kupno samochodu to prawdziwe wyzwanie. Lektura opisów modeli różnych marek przyśpiesza bicie serca i wyzwala rozterki. Na co się zdecydować? Czy po prostu na „idealnego towarzysza codziennych podróży po mieście i poza nim” czy może na takie auto, „które wzbudza zachwyt i pożądanie”, a wcześniej „rozgrzało  swoimi umiejętnościami oraz wyjątkowym designem” tych szczęśliwców, „którzy mieli okazję spotkać je podczas jazd demonstracyjnych”? A może zdecydować się na model „modny, sportowy, spektakularny i ostry”? To dobry wybór dla „żądnych przygód kierowców, którzy lubią jazdę z otwartym dachem”. Tacy kierowcy z pewnością docenią to, że wybranek „nienagannie łączy energię i moc ze zdecydowaną reakcją na ich działania”, ponadto „dzięki wyrazistej stylistyce nie kryje swojego wyjątkowego charakteru”.

Wiele samochodów ma „zjawiskową stylizację”, a ich „uroda idzie w parze z walorami dynamicznym”. Potrafią „zagrać na emocjach od pierwszego wejrzenia”, do czego często przyczyniają się „agresywne ospojlerowanie i sportowa atmosfera w kabinie”, składające się na „estetykę będącą tylko ubocznym efektem”. Ci, którzy trzymają się jednej marki, mogą cieszyć się, że kolejny model „ma teraz jeszcze bardziej dynamiczne rysy”, „zachowuje charyzmatyczną naturę poprzednika [o której decyduje „charyzmatyczne DNA”], oferując dodatkowo nowe technologie, nowe elementy wyposażenia oraz większe możliwości” – te zagwarantują niezwykłe, bo „wyczynowe fotele”. Z pewnością jest to też „samochód wszechstronny i inteligentny, z jednej strony wzorzec ergonomii, wyznacznik komfortu, z drugiej pewna siebie, dynamiczna limuzyna”, która „szanuje ponadczasowe wartości i przybliża przyszłość”. Co ważne: chyba każdy nowy model, „najnowsze dziecko producenta”,  jest „stworzony z miłości”, a jako taki „staje się kolejnym członkiem rodziny” i producenta, i nabywcy.

Samochody są jak dzieła sztuki teatralnej i aktorzy: mają premiery, debiutują, ukazują się w kolejnych odsłonach. Szkoda tylko, że bilety takie drogie. Ale co tam: dostać się na premierę charyzmatycznej, dynamicznej, wszechstronnej i inteligentnej maszyny o zjawiskowej stylizacji i wyjątkowym charakterze, maszyny, która szanuje ponadczasowe wartości – bezcenne!

„Póki co” premiera Morawieckiego

O tym, że szef rządu, Mateusz Morawiecki, nie przygotowuje wcześniej swoich wystąpień, a mówi to, co mu w duszy zagra, szumią już chyba wszystkie polskie wierzby.

póki co
TV Trwam

Podczas toruńskich uroczystości z okazji dwudziestej siódmej rocznicy powstania Radia Maryja pan premier powiedział między innymi: „Matko Boska Nieustającej Pomocy, to jest moja wielka prośba, wielkie zawołanie: Miej w opiece naród cały. Również tych, którzy nie kochają Polski aż tak mocno jeszcze, póki co, tak jak my tutaj, tak jak cała Rodzina Radia Maryja”.

Litościwie nie wypomnę panu premierowi, że ‘jeszcze’ i ‘póki co’ niosą tę samą treść. Niefortunne sformułowania mogą przydarzyć się każdemu, choć wolałabym, by wysokim urzędnikom państwowym się nie przydarzały. Bardziej uderzyło mnie użycie rusycyzmu ‘póki co’ (пока что), od lat obecnemu w języku potocznym, i od lat, mimo starań rodaków,  niezyskującym uznania językoznawców.

‘Póki co’ występuje w gazetach, mediach elektronicznych i ulotkach reklamowych, używają tego wyrażenia (niestety) dziennikarze i tak zwani zwykli ludzie. Ale w literaturze naprawdę pięknej próżno go szukać, swoją obecność zaznacza  jedynie w dialogach stylizowanych na potoczne. Brzmi  sztucznie, a przecież bardzo łatwo znaleźć jego polskie odpowiedniki: ‘aż do dziś’, ‘do tej chwili’, ‘jeszcze’, ‘do dziś’, ‘do tego czasu’, ‘do tej pory’, ‘dotychczas’, ‘dotąd’. Dlaczego więc tak bardzo podoba się panu premierowi i milionom rodaków? Trudno dociec.

Mogę zgadywać, że spontaniczność widoczna w przemówieniach Mateusza Morawieckiego wynika z chęci nawiązania więzi z wyborcami, posługiwania się ich językiem, by łatwiej uzyskać zrozumienie i przychylność. Mnie postępująca kolokwializacja języka publicznego razi.

Marzy mi się, by wystąpienia premiera i innych polityków były starannie przygotowane, by każde słowo zostało wcześniej dobrze wyważone. Najlepiej by było, gdyby zostały spisane i odczytane. Z niewiadomych powodów czytanie przez polskich polityków przemówień z kartki jest źle odbierane. Co innego goście – prezydent Donald Trump, odczytujący z promptera przygotowany przez rodzimego specjalistę wywód na temat polskiej historii, spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem. Obcym wybaczamy, swoim nie darujemy. Ot, taka nasza słabość.