Kiedy należy zabrać głos?

Wiele w ostatnich dniach padło słów, mądrych i niemądrych. Tragiczna śmierć prezydenta Gdańska wywołała dyskusję o mowie nienawiści. Niech ta dyskusja trwa, niech przyniesie dobre owoce. Ja chciałabym zwrócić uwagę na sprawę znacznie niższej rangi, ale też ważną.

Obecność przedstawicieli rządzącej partii na pogrzebie prezydenta Pawła Adamowicza nie była pewna. W końcu stanęło na tym, że prezydent Andrzej Duda i premier Mateusz Morawiecki przyjadą do Gdańska. Rzecznik prasowy Andrzeja Dudy, Błażej Spychalski,  powiedział dziennikarzom w sejmie: „Szanujemy wolę rodziny. Jeśli jej wolą byłoby, żeby prezydent zabrał głos, to myślę, że tak [się stanie]. Jeżeli takiej woli nie będzie, to z całą pewnością uszanujemy wolę rodziny”. Sekretarz stanu w kancelarii prezydenta, Andrzej Dera, obwieścił wkrótce, że „pan prezydent nie zabierze głosu”.

Zabrać głos, panowie ministrowie, można na przykład na jakimś zebraniu – oficjalnym lub towarzyskim. Podczas uroczystości pogrzebowych zabierać głosu nie wypada, powinno się wygłosić mowę. Zabrać głos to tyle, co wypowiedzieć się publicznie, dołączyć do dyskusji. Prezydent Duda zabrał głos później, komentując swoją gdańską wizytę.

Ciągle i uparcie oczekuję, że politycy i dziennikarze będą zastanawiali się nad znaczeniem słów. I dobierali je stosownie do sytuacji. Przykładów beztroski, z jaką traktują oni język ojczysty, można by podać wiele, ale nie miejsce i czas, by to czynić.

Oficjalna część koncertu

Od lat 1 stycznia słucham koncertu noworocznego Filharmoników Wiedeńskich. Koncert w tym roku jak zawsze wspaniały, gorzej z komentarzem. Niestety, przyszło nowe.

Zastanawiam się od dawna, czemu telewizja uparcie zatrudnia spikerów przy transmisji tego i wielu innych koncertów. Słuchacze i widzowie „sami” mogą słuchać wiedeńskich wirtuozów, oglądać ich i czytać tytuły kolejnych wykonywanych utworów. Do czego potrzebni im są komentatorzy, zwłaszcza popełniający błędy i niedoinformowani?

Tegoroczny koncert ze studia w Warszawie komentowali państwo: Monika Zamachowska – prezenterka telewizyjna, Alicja Węgorzewska – śpiewaczka operowa i Artur o Niezrozumiale Brzmiącym Nazwisku. Pan ów dwa razy przedstawiał się, ale nie udało mi się usłyszeć, jak się nazywa. Może i lepiej. Udało mi się natomiast usłyszeć, jak zdaniem pana Artura brzmi nazwisko dyrygenta. Otóż dowiedziałam się, że orkiestrę prowadził Christian Teleman. Znany dyrygent, Christian Thielemann, zapewne zdziwiłby się, słysząc to.

Wpadek było wiele więcej, mnie najbardziej zainteresowało zgodne twierdzenie wszystkich trojga komentatorów, że koncert składał się z części oficjalnej i bisów. Jak długo żyję o oficjalnej części koncertu nie słyszałam. Natychmiast zaczęłam zastanawiać się, kiedy i gdzie odbyła się bądź odbędzie część nieoficjalna. W garderobie? Dla ścisłego grona gości? Z szampanem? Wydawać by się mogło, że komentatorzy wiedzą coś więcej, ale nie mogą powiedzieć o tym słuchaczom.

Przypuszczam, że rozwiązanie tej fascynującej zagadki jest proste: państwo prowadzący ulegli przemożnej modzie, dla podkreślenia rangi, nazywania czego tylko się da oficjalnym. Winna zapewne znowu jest angielszczyzna i jej official, przymiotnik, który można tłumaczyć na wiele sposobów, ale po co zadawać sobie trud? Do niedawna oficjalny znaczył zatwierdzony (przez urząd, instytucję itp.), odpowiadający ustalonym formom, teraz oficjalny to także tyle, co główny, obowiązujący, właściwy, autentyczny. Są oficjalni sponsorzy (złośliwie zapytam, czy nieoficjalni przekazują koperty?) i partnerzy, oficjalne sklepy, zwiastuny filmowe, strony internetowe, serwisy, nawet słowniki, podręczniki oraz blogi bywają oficjalne. Nic więc dziwnego, że i koncert może mieć część oficjalną.

Chciałabym oficjalnie zaprotestować przeciwko tego rodzaju praktykom, ale kogo to obejdzie?