Samochód przyjacielem człowieka

Czytanie tekstów reklamowych to fascynujące zajęcie. Przedmioty martwe w nich opisywane wcale nie są martwe.

samochód
www.kredytok.pl

Kupno samochodu to prawdziwe wyzwanie. Lektura opisów modeli różnych marek przyśpiesza bicie serca i wyzwala rozterki. Na co się zdecydować? Czy po prostu na „idealnego towarzysza codziennych podróży po mieście i poza nim” czy może na takie auto, „które wzbudza zachwyt i pożądanie”, a wcześniej „rozgrzało  swoimi umiejętnościami oraz wyjątkowym designem” tych szczęśliwców, „którzy mieli okazję spotkać je podczas jazd demonstracyjnych”? A może zdecydować się na model „modny, sportowy, spektakularny i ostry”? To dobry wybór dla „żądnych przygód kierowców, którzy lubią jazdę z otwartym dachem”. Tacy kierowcy z pewnością docenią to, że wybranek „nienagannie łączy energię i moc ze zdecydowaną reakcją na ich działania”, ponadto „dzięki wyrazistej stylistyce nie kryje swojego wyjątkowego charakteru”.

Wiele samochodów ma „zjawiskową stylizację”, a ich „uroda idzie w parze z walorami dynamicznym”. Potrafią „zagrać na emocjach od pierwszego wejrzenia”, do czego często przyczyniają się „agresywne ospojlerowanie i sportowa atmosfera w kabinie”, składające się na „estetykę będącą tylko ubocznym efektem”. Ci, którzy trzymają się jednej marki, mogą cieszyć się, że kolejny model „ma teraz jeszcze bardziej dynamiczne rysy”, „zachowuje charyzmatyczną naturę poprzednika [o której decyduje „charyzmatyczne DNA”], oferując dodatkowo nowe technologie, nowe elementy wyposażenia oraz większe możliwości” – te zagwarantują niezwykłe, bo „wyczynowe fotele”. Z pewnością jest to też „samochód wszechstronny i inteligentny, z jednej strony wzorzec ergonomii, wyznacznik komfortu, z drugiej pewna siebie, dynamiczna limuzyna”, która „szanuje ponadczasowe wartości i przybliża przyszłość”. Co ważne: chyba każdy nowy model, „najnowsze dziecko producenta”,  jest „stworzony z miłości”, a jako taki „staje się kolejnym członkiem rodziny” i producenta, i nabywcy.

Samochody są jak dzieła sztuki teatralnej i aktorzy: mają premiery, debiutują, ukazują się w kolejnych odsłonach. Szkoda tylko, że bilety takie drogie. Ale co tam: dostać się na premierę charyzmatycznej, dynamicznej, wszechstronnej i inteligentnej maszyny o zjawiskowej stylizacji i wyjątkowym charakterze, maszyny, która szanuje ponadczasowe wartości – bezcenne!

„Póki co” premiera Morawieckiego

O tym, że szef rządu, Mateusz Morawiecki, nie przygotowuje wcześniej swoich wystąpień, a mówi to, co mu w duszy zagra, szumią już chyba wszystkie polskie wierzby.

póki co
TV Trwam

Podczas toruńskich uroczystości z okazji dwudziestej siódmej rocznicy powstania Radia Maryja pan premier powiedział między innymi: „Matko Boska Nieustającej Pomocy, to jest moja wielka prośba, wielkie zawołanie: Miej w opiece naród cały. Również tych, którzy nie kochają Polski aż tak mocno jeszcze, póki co, tak jak my tutaj, tak jak cała Rodzina Radia Maryja”.

Litościwie nie wypomnę panu premierowi, że ‘jeszcze’ i ‘póki co’ niosą tę samą treść. Niefortunne sformułowania mogą przydarzyć się każdemu, choć wolałabym, by wysokim urzędnikom państwowym się nie przydarzały. Bardziej uderzyło mnie użycie rusycyzmu ‘póki co’ (пока что), od lat obecnemu w języku potocznym, i od lat, mimo starań rodaków,  niezyskującym uznania językoznawców.

‘Póki co’ występuje w gazetach, mediach elektronicznych i ulotkach reklamowych, używają tego wyrażenia (niestety) dziennikarze i tak zwani zwykli ludzie. Ale w literaturze naprawdę pięknej próżno go szukać, swoją obecność zaznacza  jedynie w dialogach stylizowanych na potoczne. Brzmi  sztucznie, a przecież bardzo łatwo znaleźć jego polskie odpowiedniki: ‘aż do dziś’, ‘do tej chwili’, ‘jeszcze’, ‘do dziś’, ‘do tego czasu’, ‘do tej pory’, ‘dotychczas’, ‘dotąd’. Dlaczego więc tak bardzo podoba się panu premierowi i milionom rodaków? Trudno dociec.

Mogę zgadywać, że spontaniczność widoczna w przemówieniach Mateusza Morawieckiego wynika z chęci nawiązania więzi z wyborcami, posługiwania się ich językiem, by łatwiej uzyskać zrozumienie i przychylność. Mnie postępująca kolokwializacja języka publicznego razi.

Marzy mi się, by wystąpienia premiera i innych polityków były starannie przygotowane, by każde słowo zostało wcześniej dobrze wyważone. Najlepiej by było, gdyby zostały spisane i odczytane. Z niewiadomych powodów czytanie przez polskich polityków przemówień z kartki jest źle odbierane. Co innego goście – prezydent Donald Trump, odczytujący z promptera przygotowany przez rodzimego specjalistę wywód na temat polskiej historii, spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem. Obcym wybaczamy, swoim nie darujemy. Ot, taka nasza słabość.

Zbankrutować bank

Życie polityczne pędzi jak szalone, a temu pędowi towarzyszą rozwijające się zdolności językowe jego uczestników. Dzięki tak zwanej aferze KNF dowiedzieliśmy się o istnieniu szumideł, niewiele później usłyszeliśmy o istnieniu nowego zjawiska.

zbankrutować
fot. PAP/L. Szymański

Jak donoszą media, w aferze KNF, zwanej także aferą Czarnecki–KNF lub aferą Getin Noble Banku, spore znaczenie miał „plan Zdzisława”.  W skrócie polegał on na tym, że pewne osoby nie czekają na kryzys, a wykorzystują sytuację i odpowiednie narzędzia, przeznaczone dla sytuacji nadzwyczajnych, by zmusić właściciela do sprzedaży banku „za złotówkę”.

Do tej pory słyszeliśmy o bankrutowaniu banków, o tym, że bankom grozi bankructwo lub że stają się bankrutami. Sądownie ogłoszona upadłość lub niewypłacalność były skutkiem wydarzeń, które poniekąd działy się „same”. Choć sytuacja nowa, „plan Zdzisława” uświadomił nam starą prawdę, że nic samo się nie dzieje. Dzięki Andrzejowi Derze, sekretarzowi stanu w kancelarii prezydenta Dudy, dowiedzieliśmy się, że można bank zbankrutować. Jestem pod wielkim wrażeniem zdolności językowych pana Dery i podziwiam go za to, że odpowiednie rzeczy dał słowo. Przypuszczam, że niewielu z nas, tkwiących w koleinach przyzwyczajeń słownikowych i ograniczeń gramatycznych, wymyśliłoby tak adekwatne określenie. Lekkość, z jaką politycy wszelkich ugrupowań i partii podchodzą do reguł języka ojczystego, tym razem przyniosła znakomity efekt.

Zastanawiam się teraz, jak równie treściwie nazwać podpalanie domu przez strażaków.

Szumidło i zły fenomen

Od kilku dni cała Polska żyje sprawami natury korupcyjno-politycznej, a przy okazji słowotwórczej. Marek Chrzanowski, główny protagonista sztuki przez jedne media zatytułowanej „Afera KNF”, przez inne „Afera Getin Banku”, wprowadził do obiegu „szumidło” – słowo utworzone według staropolskiego wzorca.

szumidło
fot. PAP

Drugi protagonista, Adam Glapiński, prezes Narodowego Banku Polskiego, nazwał Marka Chrzanowskiego patriotą. Chwała byłemu szefowi Komisji Nadzoru Finansowego, że swoją miłość do ojczyzny objawia między innymi poprzez sięganie do skarbnicy staropolszczyzny. Przyrostek -dło  rzadko dziś służy do tworzenia nowych słów, a i te zachowane są nieliczne. W coraz mniej powszechnym obiegu są zaledwie: poidło – naczynie służące do pojenia zwierząt, porzekadło – utarte powiedzenie, straszydło – potwór, maszkara, liczydło – przyrząd do obliczeń, pachnidło – pachnący kosmetyk, kropidło – miotełka służąca do kropienia wodą święconą, nosidło – przyrząd do noszenia wiader z wodą. Ostatnio prezydent Duda spopularyzował także ruchadło. Wbrew temu, co myślą niektórzy, rzeczownik ten oznaczał kiedyś… pług z odkładnicą. W starych gazetach można też wyczytać, że w XIX wieku perpetuum mobile nazywano wieczystym ruchadłem.

Marek Chrzanowski mówiąc szumidło, miał na myśli generator szumu. Ten nowy rzeczownik wpisuje się idealnie w reguły słowotwórcze, jasno oddaje sens. Żyje już swoim życiem w Internecie i sądzę, że zostanie słowem roku. Kunszt autora został doceniony.

Niemal w tym samym czasie, gdy poznaliśmy uznanie Marka Chrzanowskiego dla staropolszczyzny, premier Mateusz Morawiecki bawiący w Hamburgu na konferencji dotyczącej relacji transatlantyckich, dał się poznać jako wielbiciel bardziej popularnej obecnie tendencji – tworzenia bezmyślnych kalek z języka angielskiego. Oceniając pogorszenie się stosunków między Stanami Zjednoczonymi i Chinami po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta, szef rządu powiedział: „Z polskiego punktu widzenia to bardzo zły fenomen. My jesteśmy przekonani, że powinniśmy mieć aktywny wkład w naprawę tych relacji”.

Bardzo bym chciała, by premier polskiego rządu i inni politycy mieli aktywny wkład w kontrolę tego, co mówią, bo język, jakim się posługują, to naprawdę rzadkie, niezwykłe zjawisko, rzecz wyjątkowa. Istny fenomen.

Brak powitania i brak rozsądku

Wielką karierę robi ostatnio brak. I nie chodzi o brak cukru, chleba czy soli.

Kiedyś mawiało się o braku apetytu, braku potasu w organizmie, braku podstaw czy możliwości do podjęcia jakichś czynności, bo brak to ‘fakt nieistnienia czegoś’, niedobór, niedomiar, niedosyt. Brakowało nam rozsądku, czasu, tchu, taktu, pieniędzy, pewności siebie, chęci do działania, odczuwaliśmy brak pomysłów, woli walki o coś lub bliskich z kimś relacji, zarzucaliśmy komuś brak szacunku lub kultury, byliśmy karani za brak dokumentów podczas kontroli policji czy tablicy rejestracyjnej na samochodzie. Gdy następowała awaria wodociągu czy gazociągu, odczuwaliśmy brak wody w kranach i gazu w kuchenkach, gdy nie mogliśmy korzystać z telefonu komórkowego, często przyczyną był brak zasięgu. Źle czujemy się, gdy brak nam snu lub odpowiedniej ilości pożywienia. Brak jest słowem-wytrychem, tak uniwersalnym, że rozmiłowani w polszczyźnie rodacy postanowili rozszerzyć jego panowanie.

Na uroczystości z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości przyleciał Donald Tusk. Z relacji prasowych dowiedziałam się, że „nastąpił brak powitania byłego premiera”. W innej relacji czytam: „W obliczu braku znaczących zagranicznych gości znamienne jest to, jak potraktowano przewodniczącego Rady Europejskiej”. A więc obok braku szacunku może wystąpić brak powitania, oprócz braku chleba można odczuć też brak gości.

Przed niedawnymi wyborami samorządowymi gazety przyglądały się wielu kandydatom na radnych, burmistrzów i prezydentów miast, zwłaszcza ich osiągnięciom zawodowym. W artykule o jednej z kandydatek zacytowano fragment opinii kuratorium oświaty (!): „W opiniowanym arkuszu organizacji szkoły stwierdzono brak posiadania wymaganych kwalifikacji do przydzielonych zajęć na rok szkolny w przypadku pani […] jako pedagoga”.

Ostatnie lektury odkryły przede mną szeroki świat braków. Któryś dziennikarz poinformował spragnionych wyjaśnień dotyczących bieżącej polityki, że Polsce grożą wysokie kary dzienne za brak wdrożenia decyzji TSUE, a policjant w trakcie niebezpiecznej akcji wezwał do braku użycia przemocy. Dowiedziałam się także, że można zaobserwować brak ładowania baterii w trakcie pracy jakiegoś urządzenia.

Te i wcześniejsze odkrycia powodują, że coraz częściej brak mi słów.

Brak uroczystości

Epickie wakacje i inne epickości

Nie jest wspaniale, nie jest fajnie, świetnie, fantastycznie, rewelacyjnie, pysznie, nadzwyczajnie, przepięknie, cudownie – jest epicko. Epickie są imprezy, epickie są filmy, przedstawienia, gry komputerowe, ostatnio nawet buty i sedesy bywają epickie. To kolejna bezmyślna kalka z angielskiego, do której podobno można się przyzwyczaić. Podobno.

epickie wakacjeZ telewizora natarła na mnie reklama biura podróży, zapewniającego epickie wakacje i mającego inne epickie propozycje. Na stronie internetowej mojego banku odkryłam ofertę dla młodych klientów pod nazwą Bankowo epickie wakacje – w podzięce za założenie konta bank ofiarowuje dmuchane gadżety plażowe. Trwa szturm epickości.

Zaczęło się chyba od epic fail, wyrażenia w internetowym slangu oznaczającego dotkliwą porażkę. Później doszły jeszcze między innymi epic movie i epic win, czyli ‘wspaniały film’ i ‘wspaniałe zwycięstwo’. A ponieważ najprościej jest tłumaczyć dosłownie, porażka, film i zwycięstwo szybko stały się epickie.

Przymiotnik epicki ma w polszczyźnie utrwalone – wydawać by się mogło –  znaczenie, ale rodakom, i nie jest to pierwszy przypadek, zupełnie to nie przeszkadza. Nie przeszkadza im także to, że angielski przymiotnik epic ma szersze znaczenie, jego odpowiednikiem w języku polskim może być przymiotnik epicki, lecz także inne: imponujący, robiący wrażenie, ważny, wspaniały, fajny, epokowy, spektakularny, heroiczny, a także – sięgając do slangu – superowy, odlotowy, wdechowy, bombowy, młodzież mawia też, że ‚coś wymiata’.

Kiedyś epicki bywał rozmach, epiccy byli pisarze, powieści i filmy miewały epicki charakter. Te określenia nawiązywały do epiki, jednego z trzech rodzajów literackich. Teraz słyszę, że na wyciecze było epicko, epickie bywają tapety, zabawy, koszulki, a nawet chipsy, coś jest epicko lub nawet megaepicko drogie.

Terminy literaturoznawcze pojawiają się w języku potocznym od dawna. Słyszymy dramatyczne apele, przeżywamy tragedie, miewamy liryczne nastroje. Pewnie więc i ‘epickie wakacje’ i ‘epickie imprezy’ zyskają wkrótce prawo bytu. Ale jakoś mnie to nie cieszy. Jedyny pozytyw, jaki dostrzegam, to to, że częściej teraz coś jest epickie niż zaj…ste. To drugie słowo wzbudza we mnie od dawna zdecydowanie nieepickie uczucia.

Wypchnięci sędziowie

U wielu dziennikarzy myśl płynie swobodnie i nie zawadza o słownikowe ograniczenia. Ważenie słów przestaje być potrzebne. 

Dawno temu istniał podział na język literacki i potoczny. Ogólnie rzecz ujmując, był to podział na język pisany, staranny, i mówiony – odznaczający się mniejszą dbałością o piękno i dokładność wypowiedzi. Z przykrością zauważam, że potoczne określenia coraz częściej wkradają się do tekstów dziennikarskich i autorom oraz wydawcom zupełnie to nie przeszkadza. Pal sześć, gdy dotyczy to felietonów, tam swoboda jest znacznie większa i dobór słów decyduje o stylu piszącego, często ciekawego. Mam na myśli typowe materiały dziennikarskie, których głównym celem jest informowanie odbiorców.

wypchnięci sędziowie
fot. PAP/Tomasz Gzell

W pewnej Bardzo Ważnej Gazecie przeczytałam: „W ubiegłym tygodniu TSUE nakazał Polsce zawieszenie przepisów o wysyłaniu sędziów Sądu Najwyższego na emeryturę w wieku 65 lat (zamiast 70 lat). Polska ma też przywrócić sędziów wypchniętych na emerytury do pracy w SN na warunkach sprzed  kwestionowanej ustawy”. Podobne komunikaty ukazał się na wielu portalach i w innych gazetach.

Długo wydawało mi się, że sędziowie przechodzą w stan spoczynku, a nie na emeryturę, jako że służba sędziowska trwa do śmierci. Wydawało mi się także, że opisując tę konkretną sytuację, ważną i rozpalającą opinię publiczną, należałoby starannie dobrać słowa. Jak się okazuje – byłam naiwna. Otóż wionął duch nowości i nakazał piszącemu odrzucić zmurszałe słowa określające ten stan rzeczy, na przykład „ustawodawca chce zmusić sędziów Sądu Najwyższego do wcześniejszego odejścia z zawodu”, a stwierdzić, że tenże ustawodawca chce owych sędziów WYPCHNĄĆ. Pewnie w kolejnych relacjach duch nowości podsunie żurnalistom następne barwne sformułowania. Dowiemy się na przykład, że sędziowie zostali wysłani na zieloną trawkę albo zostali wykopani, wywaleni lub wysiudani.

Wypchnąć, proszę państwa dziennikarzy, można kogoś za drzwi lub z sali, nie ma też przeszkód, by wypchnąć towar ze sklepu, szybę z okna lub sworzeń z ogniwa łańcucha, może zdarzyć się też tak, że wypchnięta, czyli pozbawiona stanowiska żona, w przypływie złości wypchnie męża po zakupy. Można także wypchnąć spodnie na kolanach.

Pucz – słowo ciągle na czasie

Od kiedy władzę w kraju objęło Prawo i Sprawiedliwość, oprócz politycznej obserwujemy wzmożoną gimnastykę lingwistyczną. Dziś o puczu.

Wszyscy pewnie pamiętamy wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z grudnia 2016 roku, który okupowanie sali sejmowej przez posłów opozycji i protesty pod Sejmem nazwał puczem. Słuchałam wtedy jego przemowy w zdumieniu, pamiętałam bowiem, nie tylko dzięki lekcjom historii, że pucz to zbrojny zamach stanu. W głowie kotłowały mi się informacje o puczu monachijskim w 1923 roku oraz puczach w Chile w 1973 i Argentynie w 1976 roku, w wyniku których w tych krajach na lata wprowadzono dyktaturę wojskowych i które pochłonęły wiele ofiar. Świeżo miałam też wtedy w pamięci wieści o nieudanym puczu w Turcji i obrazy czołgów na ulicach. Przypomniałam sobie także wydarzenia po 13 grudnia 1981 roku w Polsce, a więc nie tak odległej naszej historii. Zdumienie nasilało się z biegiem czasu, gdy okazywało się, że wpływ prezesa PiS nie tylko w sprawach politycznych jest ogromny: słowo pucz na określenie grudniowych wydarzeń pod i w Sejmie królowało w wypowiedziach polityków związanych z partią rządzącą. Wpływ ten najdobitniej objawił się w filmie dokumentującym tamte wydarzenia, a zatytułowanym oczywiście Pucz, głośno komentowanym we wszystkich kręgach politycznych.

Szczęśliwie z czasem uznano, że słowo pucz oznaczające, zdaniem polityków, protesty przeciwko działaniom władz, jest jednak mało nośne, by wyrazić się eufemistycznie. Niektórzy zajrzeli nawet do słowników wyrazów obcych, publikując na Twitterze swoje odkrycia. Tak więc pół roku później, podczas akcji protestacyjnych w obronie niezależności sądów, odcięto się od puczu, a zaczęto mówić o rebelii i rokoszu. Przypuszczalnie określenia te wydały się łagodniejsze i bardziej obrazowe. Mnie jednak, i zapewne milionów rodaków, nie opuszczało przekonanie, że protest to jedno, a rebelia i rokosz – drugie. Szkoda, że tym razem politycy do słowników nie zajrzeli.

Wydawać by się mogło, że pucz został pogrzebany. Jak się wkrótce okazało, siła przekazu prezesa Kaczyńskiego jest ogromna: niektórzy, w tym dziennikarze, nie są  w stanie pogodzić się z racjonalnym wyjaśnieniem. Gdy ważyły się losy ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym, Akcja Demokracja rozesłała w Internecie ankietę, w której pytano o formy protestu, jeśli projekty tych ustaw proponowane przez prezydenta Dudę będą powielały rozwiązania forsowane we wcześniejszych projektach PiS-u. Jedna z gazet dokonała wówczas odkrycia, że szykuje się kolejny pucz. Miał on polegać na blokowaniu biur poselskich i linii telefonicznych Pałacu Prezydenckiego oraz roznoszeniu ulotek, rozklejaniu plakatów i wywieszaniu banerów…

Wygląda na to, że pucz wiecznie jest żywy. Jeden z prominentnych polityków z troską niedawno wyjawił, że udało się zatrzymać pucz Zbigniewa Ziobry wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości, inny – że trwa pucz sędziów Sądu Najwyższego.

Wiedza o tym, czym właściwie jest pucz, rozprzestrzenia się. Pewien dziennikarz, pisząc ostatnio o działaniach ludzi niechętnych papieżowi Franciszkowi, wyraził obawę, że to może być pucz przeciwko głowie Kościoła Katolickiego. Inny ostrzegał, że w pucz mogą przerodzić się spory w komitecie wyborczym PiS w Krakowie. Jak się coraz częściej okazuje, rzeczywistość i polityczne definicje to dwa światy. Zapewne wkrótce zostaniemy poinformowani o kolejnych odkryciach.

Wszędzie coś rusza

Bardzo lubimy ruszać. Ale wcale nie chodzi o ruszanie głową.

Co rusz dowiadujemy się, że coś rusza. Nie: rozpoczyna się, nie: podejmuje działalność, nie: inicjuje, a właśnie rusza. W całym kraju ruszają przetargi, zbiórki, przesłuchania, a także różne plebiscyty. Ruszają nowe kawiarnie, gabinety lekarskie, szkoły, bezobsługowe markety (przy okazji – dlaczego u nas angielski rynek oznacza sklep?), stacje benzynowe. Ruszają odbiory dróg, remonty, skupy jabłek, wykopki i wszelkie zbiory. Ruszają rozliczne procesy sądowe. Ruszają castingi i precastingi, ruszają zdjęcia do filmów i seriali. Powstają i ruszają portale internetowe.

Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa ruszyła swego czasu z wypłatą zaliczek na poczet dopłat bezpośrednich. W wielu miastach ruszyły budżety obywatelskie, które poprzedziły konsultacje społeczne – te rzecz jasna ruszyły odpowiednio wcześniej.  Aby móc uczestniczyć w jakimś miejskim lub rządowym programie, trzeba czekać, aż ruszą zapisy lub nabór wniosków do tychże, po jakimś czasie ruszają kolejne etapy rekrutacji. W wielu instytucjach i zakładach pracy pod koniec roku ruszy wypłata trzynastych pensji. Robi się chłodno, a więc wkrótce ruszy sezon grzewczy. W teatrach i kinach co jakiś czas rusza przedsprzedaż lub sprzedaż karnetów, ruszają także akcje promocyjne. Kandydaci na wójtów, sołtysów, radnych, burmistrzów i prezydentów miast w odpowiednim czasie ruszają z kampanią wyborczą. W wyższych uczelniach właśnie ruszył rok akademicki, ruszają również nowe kierunki i programy grantowe. W październiku ruszył także kolejny Tydzień Kultury Chrześcijańskiej. W Gdańsku co roku rusza Jarmark św. Dominika, swego czasu w wielu miastach ruszyły Inkubatory Przedsiębiorczości. W stolicy po usunięciu awarii wodociągu ruszyła Trasa Łazienkowska, w Katowicach ruszył jubileuszowy Europejski Kongres Gospodarczy, w Koluszkach ruszył montaż dachów na jakichś zbiornikach, a w Ryanairze ruszył kolejny strajk. Trener pewnego klubu piłkarskiego z dumą stwierdził, że gra jego zawodników ruszyła do przodu. Co jakiś czas rusza nabór do armii. W niektórych miejskich autobusach ruszyła możliwość zapłaty za przejazd kartą płatniczą.

Pytanie z ostatniej chwili: kiedy ruszy przekop Mierzei Wiślanej?

Piętnaście deczko paszteciku

W jednym z moich ulubionych sklepów spożywczych wszystko jest doskonałe: piękne wnętrze, pachnące, świetnie prezentujące się i bardzo smaczne produkty, miła obsługa. Zbyt miła.

zdrobnienia
fot. natemat.pl

Ponieważ sklep cieszy się sporym zainteresowaniem klientów, a nie jest placówką samoobsługową, czasem trzeba postać kilka minut w kolejce. Muszę wtedy okazać sporo cierpliwości i wcale nie dlatego, że czekam. Otóż przemiła obsługa okazuje swoją uprzejmość zdrabnianiem wszelkich nazw. Moją wytrzymałość nadweręża szyneczka z tłuszczykiem, biała kiełbaska, wołowinka, wieprzowinka, kotleciki schabowe, makaronik domowy, śmietanka, chlebek, masełko, pasztecik, a także kilogramik, paragonik, gotóweczka i pieniążki, którymi płacę za zakupki. Często też okazuje się, że – jeżeli nie używam karty (o dziwo, karta nie staje się karteczką) – powinnam mieć w portfeliku także grosiczki. A na koniec jestem pytana, czy potrzebuję torebeczki.

Trudno mi utrzymać powagę, gdy ekspedientka pyta, czy na pewno życzę sobie piętnaście deczko paszteciku. Ze wszystkich sił staram się nad sobą panować, bo stojąca po drugiej strony lady pani jest przekonana, że w ten sposób okazuje mi swoją uprzejmość i bardzo dba o to, bym była zadowolona. Nie opuszcza mnie jednak wtedy przekonanie, że zdrobnienia są dziś plagą, która toczy nasz język.

Kiedyś kupcy i przekupki, a dziś handlowcy doskonale wiedzą, że skuteczniej zyskują klientelę, zdrabniając nazwy produktów. Niestety zwyczaj ten przenosi się też na drugą stronę lady lub straganu. Dla wielu z nas jest to przyjemne, bo formy podstawowe brzmią twardo, a zdrobniałe są wesolutkie, przywodzą na myśl cukiereczki i ułatwiają kontakty międzyludzkie. Kupujemy więc namiętnie jabłuszka, gruszeczki, śliweczki, pomarańczki, cytrynki, ziemniaczki, miodzik, dżemik, mleczko, kefirek, chlebuś i bułeczki.

Deminutywa, czyli wyrazy o znaczeniu zdrobniałym, służyły kiedyś do określania czegoś niedużego (piesek, kotek, stoliczek), oznaczały też ciepły stosunek mówiącego do kogoś lub czegoś (mamusia, wujaszek, cioteczka, podusia). Dziś stały się przede wszystkim formami grzecznościowymi. Ja jednak ciągle reaguję alergicznie, uważając, że zdrobnienia nie wzbogacają języka, jak niektórzy twierdzą, a zaśmiecają go.  I nie urozmaicają, a infantylizują. Kontroler w tramwaju nie wydaje mi się uprzejmy, gdy prosi o bileciki do kontroli.