Utwórz order, zatwierdź order

Chyba wszyscy powinniśmy obowiązkowo zdać egzamin z angielskiego. Bez znajomości  tego języka coraz trudniej w Polsce funkcjonować.

orderW nowej telewizyjnej reklamie Powszechnej Kasy Oszczędności Banku Polskiego, czyli PKO BP, uśmiechnięty przedsiębiorca, klient tego banku, dokonuje przelewu, korzystając z konta internetowego. Na stronie banku klika polecenie „Utwórz nowy order”, a następnie tenże order zatwierdza i zadowolony udaje się do dalszej pracy. Interes kwitnie.

Przypuszczam, że zarząd banku zakłada, że bankowy interes też będzie kwitł, gdy zamiast zużytego polskiego słowa zlecenie użyje się świeżego angielskiego order. Na swojej stronie internetowej przedstawiciele banku wyrażają troskę o klientów niesłyszących, proponując im pomoc tłumacza języka migowego (o, przepraszam, rozpędziłam się, trzymając się starych i wysłużonych nawyków – chodzi oczywiście o Tłumacza Migowego, jakżeby inaczej). Szkoda, że nie proponuje również usług Tłumacza Języka Angielskiego. Współpraca z nim przydałaby się wielu klientom tego banku.

Powszechna Kasa Oszczędności z dumą podkreśla, że jest bankiem z polskim kapitałem. Działające przy Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego Narodowe Centrum Kultury od kilku lat prowadzi kampanię „Ojczysty – dodaj do ulubionych”, aktualnie wspartą programem dotacyjnym pod tą samą nazwą, rząd przeprowadził głośną akcję repolonizacji banków (świat idzie z postępem: kiedyś repolonizowano wynarodowioną ludność, teraz za wynarodowione uznano banki), ale marketingowcy PKO BP postanowili nie przejmować się patriotycznym nakazem. Uważam, że należy im się order. Order Bezmyślności.

Opcja kurczaka i pozycjonowanie

Dzięki ostatniej reklamie KFC dowiedziałam się, że te restauracje oferują pięć opcji kurczaka.

opcja, KFCOpcja mieszka sobie w polszczyźnie od dawna. Jej znaczenie zmienia się z upływem czasu, ostatnio dominuje – pod wpływem angielszczyzny i komputerowego życia – opcja jako ‘wybór jednej z możliwości’. Swojską możliwość przestaliśmy lubić, nie lubimy też ewentualności, możności, okazji, sposobności, wariantu, wolimy ‘mieć opcję’, a żeby było śmieszniej (optio po łacinie znaczy wybór), miewamy też ‘opcje do wyboru’. Istnieje opcja sprzedaży i opcja prezydencka, opcja proeuropejska i prorosyjska, możemy wynająć mieszkanie z opcją kupna, zamiast siedzieć w domu wybieramy opcję kino, mamy też słynną „zakamuflowaną opcję niemiecką”, a bywa, że nie mamy żadnej opcji i wtedy sytuacja jest trudna. Dzięki ostatniej reklamie KFC dowiedziałam się, że te restauracje oferują pięć opcji kurczaka. Kurczę, wołałabym jednak mieć pięć potraw do wyboru!

Przestaliśmy także wybierać, opowiadać się za czymś, preferować coś, a zaczęliśmy optować. Trudno, język się zmienia i żadne lamenty dinozaurów nie pomogą.

Ostatnio też często pozycjonujemy (się). I nie mam na myśli ustawiania pozycji strony internetowej w wynikach wyszukiwania. W różnych poradnikach możemy przeczytać, jak pozycjonować się na rynku pracy oraz podkreślić swoją wartość podczas procesu rekrutacyjnego, z gazet płyną informacje o pozycjonowaniu się partii opozycyjnych wobec rządu. To jest jasne, bo angielski czasownik to position, a to on jest sprawcą naszego, skądinąd zgrabnego, pozycjonowania, znaczy ‘ustawiać w określonym miejscu lub w określonej pozycji’. Ale rodacy, co mnie coraz mniej dziwi, nie lubią, gdy się ich ogranicza. Znana kabareciarka Katarzyna Pakosińska (Czy ktoś już wymyślił słowo kabareciarka? Chyba jestem pierwsza!) w radiowym wywiadzie poinformowała słuchaczy, że – zastanawiając się nad wyborem zawodu – początkowo „pozycjonowała się na krytyka teatralnego”. I dobrze, że z tego pozycjonowania nic nie wyszło, bo to dzięki pani Katarzynie kochamy internety.

Jego wysokość Projekt

Kiedyś projekt oznaczał coś, co dopiero będzie, dziś jest czymś, co trwa lub już się odbyło.

projektJakiś czas temu z życia ekonomicznego zaczęły znikać programy, a kulturalnego – koncerty, widowiska, przedstawienia i spektakle. Słowo projekt, oznaczające zadanie, a nie jak dotychczas wstępną wersję czegoś lub plan działania, rozpoczęło królowanie w wielu dziedzinach naszego życia. Projektami się zarządza, bywają interdyscyplinarne i kompleksowe, projekty mają wielkość, datę rozpoczęcia, cele i limity, ustalone obowiązki realizatorów, budżet, rozkład czynności oraz datę ich ukończenia. Zamieszkały w polszczyźnie wraz z naszym wejściem do Unii Europejskiej. To oczywiście neosemantyzm, który upowszechnił się pod wpływem języka angielskiego. Przywykłam, nie razi mnie w tekstach urzędowych, ale cierpię, gdy dowiaduję się, że artyści „realizują projekty”. Dawniej choreografowie tworzyli balety, teraz, przygotowując „spektakularny wieczór tańca w formie sztuki, która nie potrzebuje słów”, tworzą choreografię do projektu tanecznego. Taneczne czy aktorskie warsztaty też zaczęły brzmieć nieświatowo i stały się projektami. Nawet satyrycy przestali tworzyć kabarety, a tworzą projekty kabaretowe. (Swoją rolę w tym światku zaczęły zaznaczać przedstawicielki pięknej płci, tworząc „całkowicie kobiece projekty kabaretowe”.) Kiedyś szkoły organizowały uczniom wizyty w teatrze, teraz realizuje się teatralne projekty edukacyjne. Projektami stały się różne inicjatywy artystyczne, tak nowatorskie, jak wystawy (obowiązkowo zorganizowane w przestrzeni galerii, a nie w galerii po prostu) i koncerty, a widzowie przybywający na spotkania z aktorami, reżyserami czy scenografami często nie wiedzą, że uczestniczą w projekcie teatralnym. Nic to, organizator ich o tym z pewnością poinformuje.

Powstają nawet projekty operowe. Niektórzy współcześni kompozytorzy postanowili odciąć się od tradycji, która nakłada im kaganiec przestarzałej terminologii. Dobrze, że są jeszcze autorzy, którzy piszą sztuki, powieści i wiersze. Ale gdy tempo zmian przybierze na sile, może zaczną tworzyć projekty dramatyczne, powieściowe i poetyckie. Kto wie?

 

Grafika pochodzi ze strony Zespołu Szkół Społecznych nr 1 w Tarnobrzegu.

O atencji bez atencji

atencja
fot. Magdalena Ubysz

Natalia Kukulska udzieliła wywiadu jakiemuś czasopismu. Na pytanie dziennikarki, czy nadal zakrywa się, wychodząc na ulicę, odpowiedziała: „Mniej się przejmuję. Są takie dni, że na kozaka wchodzę w tłum bez ciemnych okularów i nie przeszkadza mi atencja. Przecież żyję normalnie. Zakupy, urzędy, kino… Trudniej mi, kiedy mam gorszy dzień, gorszą cerę i najchętniej schowałabym się w kącie, a nie konfrontowała się z cudzymi spojrzeniami”.

Jako starożytna użytkowniczka języka przez chwilę miałam kłopot ze zrozumieniem tej informacji. Zastanawiałam się też gorączkowo, w jaki sposób okazuje się atencję na ulicy. Atencja przecież oznacza szacunek, uznanie, respekt, okazywanie komuś szczególnych względów, także czujność, baczność, gotowość. Ale szybko uświadomiłam sobie, że pani Natalia, zgodnie ze współczesnym trendem przyswajania polszczyźnie angielskich znaczeń podobnie brzmiących słów, ma na myśli uwagę, zainteresowanie, czyli attention. Także redaktor przygotowujący wywiad do druku uznał, że wszystko jest w porządku. Krótka wyprawa do Internetu (lub internetu – dyskusja trwa) uświadomiła mi, jak bardzo atencja w znaczeniu uwaga jest rozpowszechniona.
Dowiedziałam się więc, że:
pewien dog niemiecki zazdrości swojemu bratu atencji pana,
atencja musi się zgadzać,
jakaś Kasia nie szuka atencji w Internecie – nie wstawia swoich nagich fotek,
ktoś desperacko pragnie atencji,
troll niekarmiony atencją umrze śmiercią głodową,
ktoś podziela czyjąś atencję,
ktoś inny rozpaczliwie krzyczy o odrobinę atencji,
a także, że odrobina większej atencji piwowara, wyższe wysycenie i dłuższe leżakowanie spowodowałyby, że pewien gatunek piwa bardziej cieszyłby podniebienie.

I trudno mi wykrzesać z siebie atencję dla tych wszystkich atencjuszy.

Ps. Językoznawca z pewnością nie jest kontent, czytając te zdania. Content po angielsku to zawartość. Rodacy, do dzieła!

Automeritum brzmi dumnie

automeritum, automyjnie, autoserwisy
fot. automeritum.otomoto.pl

Cała Polska usiana jest dbającymi o swoją higienę myjniami samochodowymi i troszczącymi się o swój stan techniczny serwisami samochodowymi.

I myjnie, i serwisy świadczą także usługi dla ludności, ale z nazw wynika, że głównie dbają o własną czystość i sprawność oraz że dokonują tego samodzielnie. Kiedyś malowano autoportrety, kilka stało się wręcz ikonami, jak autoportret Rembrandta, Vincenta van Gogha, Witkacego, Stanisława Wyspiańskiego czy Fridy Kahlo. Kiedyś też sławni ludzie pisali autobiografie, na przykład Dalajlama, Sławomir Mrożek, Charlie Chaplin, Salvadore Dali, Roger Moore i Rod Stewart. Niedawno opisy własnego życia opublikowali między innymi Danuta Wałęsowa, Jarosław Kaczyński, Piotr Pustelnik i Kuba Błaszczykowski. Niestety, znacznie częściej powstają teraz automyjnie i autoserwisy. Nietrudno domyślić się, że to kalki angielskich nazw carwash i carservice. Myjnie samochodowe i serwisy samochodowe oczywiście także w naszej ojczyźnie funkcjonują, ale nazwy te pewnie wydają się przaśne, nieświatowe, jest więc ich znacznie mniej.

Niektórzy właściciele zakładów świadczących usługi dla zmotoryzowanych bardzo chcą wyróżnić się na tle otoczenia. Jeden z nich wymyślił dumną nazwę Automeritum. Konia z rzędem temu kto zgadnie, co się pod tym tworem kryje. Ja nie zgadłam. Auto – zrozumiałam, meritum – zrozumiałam, automeritum – nie zrozumiałam. A to komis samochodowy! O, przepraszam – autokomis.

W tym momencie

Rafał Bochenek, w tym momencie
fot. KPRM/flickr.com/domena publiczna

„W tym momencie nie ma żadnego stanowiska rządu w sprawie reparacji” – powiedział rzecznik rządu Rafał Bochenek.

Moment ma to do siebie, że trwa krótko, można by więc było liczyć, że w następnym momencie rząd zajmie jednak jakieś stanowisko w tej bolesnej kwestii. Sądzę, że liczyłoby na to wielu z nas, którym sprawy stosunków polsko-niemieckich leżą na sercu. Niestety, nadzieja jest płonna.

Rzecznik rządu nie stara się posługiwać staranną polszczyzną, pełno w jego wypowiedziach potocznych wyrażeń i zwrotów, takich jak w tym momencie właśnie. Niestety, nie jest sam. Mówi tak premier Beata Szydło, mówią tak ministrowie, mówią dziennikarze. Jakiś czas temu w tym momencie zaczęło zastępować aktualnie, obecnie lub teraz i – niestety – pan Bochenek wpisał się w panującą modę. Najprawdopodobniej to kalka angielskiego at the moment. Urzędnicy uwielbiają także nieco starsze na chwilę obecną, na ten moment, na dzień dzisiejszy, jakby uznawali, że proste słowa ujmą ich wypowiedziom rangi. A uszy i rozum cierpią.

Nie trwaj, momencie, nie jesteś piękny!

Dedykowany program 500+

Grzegorz Schetyna, program 500+
fot. Platforma Obywatelska RP

Nad wypowiedziami polityków fruwa orzeł biały i łopoce biało-czerwona flaga, a niemal wszyscy kaleczą ojczysty język.

„Program 500+ powinien być sprawiedliwie dedykowany” – powiedział przewodniczący Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna, zapytany o plany tej partii, po przejęciu władzy, względem słynnego programu Prawa i Sprawiedliwości. Minister zdrowia Konstanty Radziwiłł obiecał, że pacjentom będzie dedykowana pomoc w szpitalach, a Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej, po przesłuchaniu w prokuraturze powiedział: „Jest wiele wątków dedykowanych tej sprawie”.

Politycy, bez względu na poglądy, dużo mówią o patriotyzmie, ale zapominają, że patriotyzm to oddanie ojczyźnie, przejawiające się także w pielęgnowaniu języka. Słowa: Polska, Ojczyzna, Naród (albo Suweren…) ci z prawa, z lewa i ze środka odmieniają przez wszystkie przypadki, nad ich wypowiedziami fruwa orzeł biały i łopoce biało-czerwona flaga, a niemal wszyscy kaleczą ojczysty język. Pisałam już wiele o fałszywych polsko-angielskich przyjaciołach. I niemal codziennie przekonuję się, że będę pisać wiele razy jeszcze. Niestety.

Dedykowany zamiast przeznaczony, skierowany do, związany z króluje w wypowiedziach polityków wszystkich szczebli. To oczywiście wpływ angielskiego. Po polsku dedykować to przecież poświęcić komuś utwór literacki, muzyczny lub dzieło sztuki, umieszczając w nim lub na nim dedykację. Angielskie to dedicate jest brzmieniowym i semantycznym odpowiednikiem naszego dedykować, ale czasownik ten może być także użyty w znaczeniach, o których wyżej, a także zarezerwować, na temat, być oddanym czemuś. Dedicated zaś ma tak wiele znaczeń, że aż ciarki mnie przechodzą, gdy pomyślę, że pomysłowi i idący z duchem czasu rodacy lada chwila  zamiast kościół pod wezwaniem św. Pawła zaczną mówić kościół dedykowany św. Pawłowi (church dedicated to), będą dedykować się jakiejś sprawie (I dedicated myself to that cause) lub dedykują swoje życie ratowaniu ludzi. Pole do popisu jest ogromne.

 

Co można skonsumować?

Politycy i dziennikarze nie dają uszom  i rozumowi chwili wytchnienia, ciągle coś dziwnego konsumują.

I nie mam na myśli „konsumpcji gastronomii” (kiedyś w którejś ogródkowej restauracji w górach zobaczyłam napis „Stoliki tylko do konsumpcji gastronomii” i to wspomnienie ciągle mam żywe w pamięci). W maju pisałam o konsumowaniu nastrojów społecznych, czego miał dokonać, zdaniem redaktora Wojciecha Maziarskiego, Viktor Orbán. W ostatnich dniach w trakcie i po burzliwych obradach parlamentu w sprawie trzech ustaw dotyczących wymiaru sprawiedliwości, a przed ogłoszeniem prezydenckich wet, można było wysłuchać wielu wypowiedzi, z których dowiadywaliśmy się, jakie to rzeczy i sprawy zostają lub mogą zostać poddane konsumpcji.  Od politologów dowiedziałam się, że można skonsumować nowelę ustawy, usłyszałam także śmiałe stwierdzenie, że władza wykonawcza zamierza skonsumować władzę sądowniczą. Od senatora Prawa i Sprawiedliwości Jana Marii Jackowskiego, że także poprawki prezydenta Andrzeja Dudy do ustawy o Krajowej Rady Sądownictwa mogą zostać skonsumowane. Profesor Tomasz Nałęcz poinformował społeczeństwo, że „Donald Tusk mógłby skonsumować swoją pozycję” (mowa była bodajże o niedoszłej do skutku rozmowie przewodniczącego Rady Europejskiej z prezydentem Dudą). A Michał Kolanko, dziennikarz „Rzeczypospolitej”, stwierdził, że można także „skonsumować treści dotyczące rozrywki”.

Coraz trudniej mi nazwać uczucia, jakie wywołuje u mnie bezrefleksyjne wprowadzanie do polszczyzny angielskich znaczeń podobnie brzmiących słów. Wcześniej była to irytacja, teraz najczęściej – przygnębienie. Angielskie to consume i polskie konsumować to dwa różne byty. Niestety, coraz więcej osób udaje, że to ten sam byt.

Kiedyś konsumentem był ktoś korzystający z tak zwanych placówek zbiorowego żywienia. Dziś coraz rzadziej konsumujemy obiady, a coraz częściej towary i usługi. Oby nam coś w gardle nie stanęło!

 

 

Zdjęcie J.M. Jackowskiego: youtube.com, T. Nałęcza: polskieradio.pl

Praktycznie czy właściwie?

Od lat zastanawia mnie kariera słów, które w użyciu nie znaczą tego, co znaczą. W pewnym artykule rzuciło mi się w oczy zdanie:

„Trybunał [Konstytucyjny] praktycznie nie orzeka, wstrząsany wewnętrznymi sporami”.

Praktycznie w znaczeniu właściwie, prawie, zupełnie, w zasadzie drażni mnie od dawna. Praktycznie to w zgodzie z praktyką, ktoś opanowuje teorię, by zastosować ją potem w praktyce, praktycznym nazywamy coś, co jest przydatne do czegoś, praktyczny to osobnik dbający o sprawy życiowe. Kariera praktycznie w znaczeniu właściwie, prawie, zupełnie, w zasadzie prawdopodobnie ma źródło w angielszczyźnie (czemu mnie to nie dziwi?), bo practically to właśnie znaczy. No i znowu mamy do czynienia z prostym przełożeniem. Słowniki chyba bodą, więc omijając je szerokim łukiem, „tłumaczymy”: actually (rzeczywiście, faktycznie, właściwie) – aktualnie, eventually (ostatecznie) – ewentualnie, novel (powieść) – nowela, to combine (łączyć) – kombinować, co w polszczyźnie ma szczególny wydźwięk, to consume (zużytkować, trawić, ale w odniesieniu do uczuć) – konsumować. Fałszywych przyjaciół jest więcej, a beztroska w używaniu podobnie w polszczyźnie i w języku angielskim brzmiących słów, a mających różne znaczenia, jest przygnębiająca. Ostatni przykład to robiąca piorunującą karierę kwota uchodźców, będąca „przełożeniem” wyrażenia quota refugees. Rodacy błyskawicznie zapomnieli, że kwota po polsku ma już ugruntowane znaczenie. Wcześniej z etykiety pewnego kosmetyku dowiedziałam się, że ochrona włosów to protekcja, a na fotelu biurowym zobaczyłam napis chef. A że słowo to oznacza szefa, ale kuchni? Kto by się tym przejmował. I tak dalej, i tak dalej.

Wiem, język żyje, rozszerzają się znaczenia słów, nad opisywaniem tych zjawisk biedzą się językoznawcy. Stwierdzili więc między innymi, że użycie słowa praktycznie to rodzaj asekuracji mówiącego, który nie chce powiedzieć czegoś „do końca”, lub że to ozdobnik stylistyczny i wzmocnienie przekazu, albo że „wyrażony w zdaniu [z użyciem praktycznie] sąd jest w znacznym stopniu bliski stanowi rzeczywistemu”. Oraz że praktycznie jest synonimem, poza wyżej wymienionymi, także określeń w gruncie rzeczy, na dobrą sprawę, tak naprawdę (moje ukochane!). Czy nie byłoby lepiej, gdyby używać słów zgodnie z ich znaczeniem? Ale to chyba jednak zbyt proste.

A aktualnie Trybunał Konstytucyjny nie tylko właściwie, ale i w praktyce (niemal) nie orzeka…

Rekomendacje – co to takiego?

Katarzyna Kolenda-Zaleska, rekomendacje
fot. natemat.pl

Znana dziennikarka Katarzyna Kolenda-Zaleska w którymś z programów telewizyjnych wygłosiła takie zdanie: „Komisja Europejska wysłała kolejne rekomendacje dla Polski”. Rekomendacje wysyła członkom rządu premier Szydło, wcześniej czynił to premier Tusk, o rekomendacjach mówi też rzecznik rządu Rafał Bochenek i dziesiątki innych polityków.

Rekomendacje, które zastępują zalecenia, stają się (niestety) chlebem powszednim. Rekomendować po polsku to wydawać pozytywną opinię o kimś/o czymś, polecać kogoś/coś, to recommend – polecać, zalecać. No właśnie: polskie polecać kogoś/coś i angielskie polecać coś zlało się w jedno. Mnie razi. I przeszkadza, bo muszę zastanawiać się, o co chodzi. W którejś gazecie przeczytałam: „Obecni podczas prezentacji przedstawiciele krajów ONZ dali rządowi PiS szereg rekomendacji. Problem w tym, że różne rekomendacje wydało Polsce łącznie kilkadziesiąt krajów […]. Rekomendacje nie są wiążące, choć trudno je odrzucić […].

Wygląda na to, że należę do coraz mniejszej grupy czytelników i słuchaczy, którym dobrze było z pierwotnym znaczeniem tego słowa. I niechby tak zostało. Ale obawiam się, że nie zostanie.

Ps. 1 Ostatnio pani Kolenda-Zaleska mówiła już o zaleceniach Komisji Europejskiej. Brawo!

Ps. 2 Smutnym akcentem była wypowiedź żegnającego się ze służbą generała Mirosława Różańskiego, dowódcy Generalnych Rodzajów Sił Zbrojnych, który rekomendował, a nie zalecał żołnierzom czytanie konstytucji Rzeczypospolitej.