Brak powitania i brak rozsądku

Wielką karierę robi ostatnio brak. I nie chodzi o brak cukru, chleba czy soli.

Kiedyś mawiało się o braku apetytu, braku potasu w organizmie, braku podstaw czy możliwości do podjęcia jakichś czynności, bo brak to ‘fakt nieistnienia czegoś’, niedobór, niedomiar, niedosyt. Brakowało nam rozsądku, czasu, tchu, taktu, pieniędzy, pewności siebie, chęci do działania, odczuwaliśmy brak pomysłów, woli walki o coś lub bliskich z kimś relacji, zarzucaliśmy komuś brak szacunku lub kultury, byliśmy karani za brak dokumentów podczas kontroli policji czy tablicy rejestracyjnej na samochodzie. Gdy następowała awaria wodociągu czy gazociągu, odczuwaliśmy brak wody w kranach i gazu w kuchenkach, gdy nie mogliśmy korzystać z telefonu komórkowego, często przyczyną był brak zasięgu. Źle czujemy się, gdy brak nam snu lub odpowiedniej ilości pożywienia. Brak jest słowem-wytrychem, tak uniwersalnym, że rozmiłowani w polszczyźnie rodacy postanowili rozszerzyć jego panowanie.

Na uroczystości z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości przyleciał Donald Tusk. Z relacji prasowych dowiedziałam się, że „nastąpił brak powitania byłego premiera”. W innej relacji czytam: „W obliczu braku znaczących zagranicznych gości znamienne jest to, jak potraktowano przewodniczącego Rady Europejskiej”. A więc obok braku szacunku może wystąpić brak powitania, oprócz braku chleba można odczuć też brak gości.

Przed niedawnymi wyborami samorządowymi gazety przyglądały się wielu kandydatom na radnych, burmistrzów i prezydentów miast, zwłaszcza ich osiągnięciom zawodowym. W artykule o jednej z kandydatek zacytowano fragment opinii kuratorium oświaty (!): „W opiniowanym arkuszu organizacji szkoły stwierdzono brak posiadania wymaganych kwalifikacji do przydzielonych zajęć na rok szkolny w przypadku pani […] jako pedagoga”.

Ostatnie lektury odkryły przede mną szeroki świat braków. Któryś dziennikarz poinformował spragnionych wyjaśnień dotyczących bieżącej polityki, że Polsce grożą wysokie kary dzienne za brak wdrożenia decyzji TSUE, a policjant w trakcie niebezpiecznej akcji wezwał do braku użycia przemocy. Dowiedziałam się także, że można zaobserwować brak ładowania baterii w trakcie pracy jakiegoś urządzenia.

Te i wcześniejsze odkrycia powodują, że coraz częściej brak mi słów.

Brak uroczystości

Półtorej kontra półtora roku

Co łączy prezydenta i premiera? Półtorej roku”!

półtorej roku
fot. onet.pl

Jakiś czas temu, ba, przez lata, sprawa wydawała się się prosta: półtorej godziny – forma żeńska, półtora roku – forma męska. Od jakiegoś czasu przekonuję się boleśnie, że to, co kiedyś było proste, dziś proste nie jest. Strach włączyć telewizor lub radio, bo zewsząd słychać półtorej miesiąca, półtorej tygodnia, półtorej miliona, półtorej tysiąca, półtorej dnia, półtorej litra. Do przekonanych o wyższości półtorej nad półtora dołączył swego czasu prezydent Andrzej Duda. Okazuje się, że przykład idzie z góry, co nie jest przecież niczym nowym. Również premier Mateusz Morawiecki uległ przemożnej sile przekazu prezydenta, a także milionów rodaków.

półtorej roku
fot. Kancelaria Premiera

Nasi przodkowie mawiali półwtora (jeden i pół), półtrzecia (dwa i pół), półczwarta (trzy i pół), półpiąta (cztery i pół) i tak dalej. Ocalało tylko półwtora, uproszczone do półtora. Oczywiście półtora mogło być czegoś rodzaju męskiego (półtora roku!), wszystko, co żeńskie miało formę półtorej (półtorej minuty, półtorej doby, półtorej godziny). Dlaczego rodacy mają z tym rozróżnieniem problemy, mieszając rodzaje gramatyczne? I czemu górą żeńska forma liczebnika półtora? Językoznawcy nie potrafią odpowiedzieć na to pytanie. Pozostaje mieć nadzieję, że rodacy opamiętają się. Tylko kiedy? Może dopiero za półtorej roku?

Odmieniać czy nie odmieniać?

Michał Rusinek w swojej znakomitej książce Pypcie na języku przytacza anegdotę (z własnego życia wziętą). Otóż dzwoni do niego przedstawicielka jakiegoś banku i pyta, czy rozmawia z panem Michałem Rusinek. Znany literaturoznawca potwierdza, ale oznajmia też, że jego się deklinuje. „A, to przepraszam, zadzwonię później” – słyszy w słuchawce.

Moje przygody nie są tak zabawne, ale też warte uwagi. Gdy w podobnej sytuacji proszę, by odmienić moje nazwisko, napotykam dwie reakcje: pierwsza –„Ale ja mam tak napisane” i druga – cisza. Zakładam, że mój nieznany rozmówca (lub rozmówczyni) gorączkowo w tym czasie myśli, jak zrozumieć prośbę dziwnej klientki, pewnie też zastanawia się, co to takiego ta odmiana. Niektórzy próbują sprostać wyzwaniu, ale nie zawsze wychodzą z tej potyczki zwycięsko. Słowa deklinacja nie używam w tego typu kontaktach, zbyt trudne.

Nieodmienianie nazwisk i nazw to plaga. Ze smutkiem czytam „tyłówki” filmów (zwanych żartobliwie listami płac), z których dowiaduję się, że realizatorzy dziękują prezydent miasta Józef Kołodziejczyk, mieszkańcy miejscowości Ujazdów, Urząd Miasta Kraków, pani Anna Kowalska, pan Jan Kowalski i tak dalej. Oczywiście to efekt powielania wzorów języków zachodnich, w których odmiana nie występuje, ale czy naprawdę musimy wszystko, co obce, ślepo naśladować? Czy dzięki temu staniemy się lepsi, bardziej europejscy, światowi?

Niektórych chyba brzydzą nawet nazwy ulic, w których pojawia się odmienione nazwisko. Podsłuchałam niedawno kilkoro mieszkańców ulicy Jadwigi Andrzejewskiej i ulicy Andrzeja Struga. Otóż doszli oni do wniosku, że ich miejsce na Ziemi to ulice Andrzejewska (gdzieś jest Kaliska, gdzieś Warszawska, Toruńska, oni mają swoją Andrzejewską) i Struga (czyli mała rzeczka, strumień). Przyjemniej mieszka się przy strudze niż na przykład w śródmieściu.

Zapewne jednym z powodów lekceważenia deklinacji jest wygodnictwo przy komputerowym składaniu tekstów. Stały element można kopiować do newsletterów, tworzyć nagłówki, słowa kluczowe, ułatwiające wyszukiwanie w sieci. Ale zanim dojdziemy do tego, że będziemy bywać na premiera filmu Patryk Vega, czytać lub oglądać wywiad ze Zbigniew Boniek, dyskutować o nowa książka Katarzyna Bonda lub nagroda dla Olga Tokarczuk, nacieszmy się jeszcze jakiś czas fleksją, szczególną cechą naszego języka.

Głosowany wniosek

Ach, ta angielszczyzna! Tak bardzo ją kochamy, że co tylko się da nazywamy z angielska, z upodobaniem przenosimy także na rodzimy grunt jej przynależne formy gramatyczne, w tym znacznie częściej niż w polszczyźnie występującą stronę bierną.

głosowany wniosek
youtube.com

Głośno ostatnio było o procedurze wszczętej przez Parlament Europejski w sprawie odwołania Ryszarda Czarneckiego ze stanowiska wiceprzewodniczącego tegoż Parlamentu. Dzięki dziennikarzom i politykom można było dowiedzieć się, że wniosek w sprawie odwołania europosła był głosowany.

Głosowane, zdaniem parlamentarzystów, bywają także kandydatury. Swego czasu poseł PiS, Dominik Tarczyński, nękany traumą po wyborze na przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska, zadał w jakimś wywiadzie dramatyczne pytanie: „Dlaczego nie był głosowany kandydat Polski?”, mając oczywiście na myśli Jacka Saryusza-Wolskiego. ‘Głosowanie kogoś’ lubią także politycy innych partii, na przykład Sławomir Neumann przy jakiejś okazji zapewniał, że Grzegorz Schetyna, przewodniczący Platformy Obywatelskiej „nie będzie głosowany na premiera”.

Kandydatury bywają także konsultowane, konsultowane (lub nie) bywają także ustawy, o czym co rusz dowiaduję się z mediów. Ostatnio wiele o tym pisano z powodu nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej i sprawy przypisywaniu narodowi polskiemu odpowiedzialności za Holokaust. Do niedawna konsultowano się w jakiejś sprawie, a konsultacje bywały przeprowadzane. Okazało się jednak, że zbyt trudno sformułować komunikat, dochowując wierności regułom ojczystego języka, i nasi dumni parlamentarzyści zaproponowali skrót, który natychmiast podchwycili żurnaliści.

Akty prawne nagminnie są procedowane, na poważnych portalach czytam także o procedowaniu samego prawa. Jak można procedować ustawę? Dziennikarze, politycy, a i sami prawnicy niemal codziennie próbują przekonać mnie, że można. Przypuszczam, że rozumieją przez to proces legislacyjny lub dyskusję nad projektem ustawy. Niektórzy procedują nawet wnioski o wydanie pozwolenia na budowę… Ale procedować to przecież ‚postępować zgodnie z określoną procedurą. Paskudne jest to słowo, dziecko polityki. Niebezpiecznie bliskie słowu proceder, które nie kojarzy się dobrze.

Złotousty Tadeusz Cymański któregoś dnia powiedział: „Nie mówmy o tym, co nie zostało zaprzeczone”. Kto następny?

 

 

Przyjdź do Komfort, kupuj w Selgros

Powiedz państwu, co sprawia, że warto kupować w Selgros.

Tylko w Izoplast najlepsze okna.

Przyjdź do Komfort.

Czyszczenie magazynów w Media Expert.

Po co płacić za prezenty, skoro można je mieć w smartDOM?

Wygłaszane słodkim głosem i okraszone uroczym uśmiechem znanych osób hasła reklamowe atakują nas codziennie. O konieczności reklamowania produktów i firm nikt nie musi mnie przekonywać, bo choć drażni, reklama swoje prawa ma. Konieczność koniecznością, ale dlaczego reklamodawcy traktują reklamobiorcę jak niedorozwiniętego intelektualnie? Pomijam banał opowiadanych historyjek i trywialność wniosków, na przykład takich, że jakość proszku do prania wpływa na rodzinne szczęście. Chyba bardziej irytuje mnie nieodmienianie nazw.  Zapewne jest to skutek założenia, że klient, usłyszawszy nazwę odmienioną, nie będzie wiedział, jak brzmi ona w formie podstawowej (czytaj: nie trafi do sklepu czy zakładu). Rzeczywiście, formy Izoplaście, Komforcie, Selgrosie brzmią tak dziwnie, że nikt nie wpadnie na to, że chodzi o Izoplast, Komfort i Selgros.

Pewnie jest to pokłosie „mody” na nieodmienianie nazwisk, którą wprowadzili urzędnicy. Zaświadczenie dla Wiesław Kowalski, wezwanie do zapłaty dla Teresa Milik i tym podobne kwiatki opanowały urzędowe pisma. Chodziło oczywiście o uniknięcie nieporozumień. Ale, nie wiedzieć czemu, rodacy nieodmienianie nazwisk w pismach oficjalnych uznali za normę. Można czasem to zrozumieć, bo czy ktoś dzisiaj wie, że dyplom przyznany Michałowi Sapieże odbierze Michał Sapieha? Ale tylko czasem.

Także poza urzędniczym obiegiem panuje przekonanie, że niektórych nazwisk się nie odmienia (chodzi o te kończące się –o, -a, -e ) i ktoś taki jak ja, kto dziwi się temu zjawisku, spotyka się z niedowierzaniem i nieufnością. Wiem, że nie jestem jedyna, ale wcale mnie to nie pociesza.

Dlaczego tak chętnie rezygnujemy z odmiany, cechy wyróżniającej nasz język? Pewnie dlatego, że stanowi ona coraz większą trudność. Aby nie zostawać w tyle, zapraszam do czytania moje posty na mój blog.

Mi się to nie podoba

mi się
fot. Andrzej Lange/Super Express

Nigdy nie pomyślałabym, że prezes Prawa i Sprawiedliwości ulegnie epidemii używania mi zamiast mnie.

„Postać wskrzesiciela państwa polskiego od zawsze była bardzo bliska zarówno mojemu śp. bratu, jak i mi – napisał w liście do uczestników koncertu z okazji urodzin Józefa Piłsudskiego Jarosław Kaczyński. – Uważaliśmy się w jakiejś mierze za kontynuatorów jego myśli”.

Nigdy nie pomyślałabym, że prezes Prawa i Sprawiedliwości, tak często mówiący o patriotyzmie, w który dbałość o język powinna być wpisana, ulegnie epidemii używania mi zamiast mnie. Sprawa jest prosta: mnie jest akcentowane, mi stanowi całość akcentową z poprzedzającym wyrazem. „Mnie się podoba”, ale „Podoba mi się”. Krótka forma mi sama z siebie akcentu zyskać nie może. Na ten temat wypowiedziano się już tyle razy… Aż dziw bierze, że pan prezes nie usłyszał.

Mi się nie podoba, mi się wydaje, mi jest zimno słychać jak Polska długa i szeroka. Wielbicieli mi się złośliwcy pytają, o jakie misie chodzi. Swego czasu ubawił mnie poseł Prawa i Sprawiedliwości Łukasz Schreiber, który, odpowiadając pewnie na pytanie, co zrobi premier, z powagą stwierdził: „Mi się wydaje, że nie jestem premierem”. Mnie się też wydaje, że pan poseł nie jest premierem.

Żywotne, nieżywotne

żywotne, nieżywotneCiągle uparcie nie wysyłam mejla i linka, tylko mejl i link, nie piszę posta, tylko post, i mam pomysł, a nie pomysła.

„Mam kursa na drugi kraniec miasta” – powiedział wiozący mnie taksówkarz, a ja nie podskoczyłam wysoko tylko dlatego, że ograniczała mnie przestrzeń pasażerska (jak widać idę z duchem czasu i nie siedzę po prostu w kabinie samochodu, a w wyodrębnionej dla pasażera przestrzeni). Podskoczyłam, bo drażni mnie odmienianie rzeczowników nieżywotnych rodzaju męskiego (przedmioty, rośliny, czynności, stany, zjawiska) według zasad obowiązujących w odmianie rzeczowników żywotnych (ludzie i zwierzęta). Ciągle uparcie nie wysyłam mejla i linka, tylko mejl i link, nie piszę posta, tylko post, i mam pomysł, a nie pomysła. Skąd ten upór? Otóż wiem, że dawno, dawno temu zarówno w odmianie żywotnych, jak i nieżywotnych mianownik równy był biernikowi. Mówiono więc: ojciec widzi syn i ojciec widzi topór. O ile w przypadku toporu nie było wątpliwości, kto co widzi, o tyle z synem i ojcem był problem. Dlatego też starożytni Polacy sięgnęli po sposób, by ów problem rozwiązać: dołożyli końcówkę -a w bierniku żywotnych i odtąd ojciec widział syna (albo też syn ojca). A potem do tej grupy dołączyły niektóre rzeczowniki nieżywotne. I tak od lat mamy pecha, tańczymy walca i twista, palimy papierosa, kupujemy mercedesa, kroimy ogórka, jemy kotleta, pijemy szampana, gramy w tenisa i kosza. Ale ciągle wysyłamy list, kupujemy chleb, organizujemy protest i gramy mecz. Skomplikowane to wszystko, lecz do niedawna nie mieliśmy problemu z wyborem końcówki. Teraz wszystko się wymieszało: wkładamy buta, jemy steka, kupujemy komputera, wycieramy nosa, gramy w bilarda. No i mamy kursa taksówką.

Ja postanowiłam tkwić w koleinach i nie oglądam samochoda tylko samochód, nie podziwiam obraza, tylko obraz i nie kupuję laptopa, tylko laptop. A także uparcie wysyłam esemes, a nie esemesa. I w przeciwieństwie do większości blogerów prowadzę blog, a nie bloga.

Jeżeli chodzi o…

Cezary Jurkiewicz, jeżeli chodzi oWojciech Szczęsny, jeżeli chodzi o

„Byłem bardzo aktywny, jeżeli chodzi o katechizację” – powiedział Cezary Jurkiewicz, prezes Polskiej Fundacji Narodowej, tej „od” słynnych billboardów dotyczących sądownictwa w Polsce. Podskoczyłam nerwowo. Zamiast powiedzieć prosto i zwyczajnie: „Brałem aktywny udział w katechizacji”, pan prezes użył nieciekawej, a coraz powszechniejszej formy. Na dodatek przekaz jest niejasny, bo nie wiadomo, czy sam katechizował, czy był katechizowany. Równie pięknie wyraził się Wojciech Szczęsny, bramkarz reprezentacji Polski: „Nie sądzę, że jest to jakiś przełom, jeżeli chodzi o obsadę bramki”.

Paweł Mucha, jeżeli chodzi oCezary Pazura, jeżeli chodzi o

A także Paweł Mucha, sekretarz stanu w kancelarii prezydenta: „Jest przed nami wiele pracy, jeżeli chodzi o kwestie wizerunkowe i polityki informacyjnej”. Oraz Cezary Pazura: „Myślę, że możemy być znakiem drogowym dla współczesnej Europy, jeśli chodzi o taki punkt widzenia”.

Czy tak trudno ująć to zgrabniej?

Nie sądzę, że w sprawie obsady bramki nastąpił przełom.

W sprawach wizerunkowych i polityki informacyjnej przed nami wiele pracy.

Biorąc pod uwagę taki punkt widzenia, myślę, że możemy być znakiem drogowym dla współczesnej Europy.

Przykładów równie kwiecistych wypowiedzi jest co niemiara.
Zamiast: W Polsce powstaje najwięcej umów śmieciowych,
wolimy powiedzieć: „Polska jest liderem, jeżeli chodzi o umowy śmieciowe”.

Zamiast: FIA nie widzi przeszkód, aby Robert Kubica mógł powrócić do aktywnego ścigania się w Formule 1
– „FIA nie widzi problemów, jeżeli chodzi o powrót Kubicy”.

Zamiast: Mikrofon bezlitośnie wyłapuje fałsz
– „Mikrofon jest bezlitosny, jeżeli chodzi o fałsz”.

Nowe przyszło także do dziennikarstwa. „Rząd robi bardzo dużo w zakresie walki z zanieczyszczeniem powietrza” – zapewnił społeczeństwo minister zdrowia Konstanty Radziwiłł. Ale dziennikarz postanowił go poprawić i prasową relację z wystąpienia ministra zatytułował: „Radziwiłł: Rząd robi bardzo dużo, jeśli chodzi o walkę z zanieczyszczeniem powietrza”.

A politycy? Ci nigdy nie zawiodą. Jeden z nich powiedział, komentując opinię kolegi: „Ta wypowiedź jest bardzo pojemna, jeżeli chodzi o interpretację”.

O polska składnio, jakaś ty trudna! Jeżeli o to chodzi, nie mam nic do dodania.

 

 

Zdjęcia: C. Jurkiewicza – youtube.com/wpolsce.pl, W. Szczęsnego – East News, P. Muchy – Krystian Maj/Agencja Forum, C. Pazury – Jordan Krzemiński/PAP

O konsultowanej kandydaturze i nie tylko

Rafał Bochenek stanie się chyba moim ulubieńcem. Mówiąc o Jacku Saryuszu-Wolskim (tak, Saryuszu, to nie herb, a przydomek, podlega więc odmianie) oznajmił, że jego „kandydatura [na przewodniczącego Rady Europejskiej] była konsultowana”. Przykre to, że rzecznik polskiego rządu nie dba o polszczyznę. Ale nie tylko on. Poseł PiS, Dominik Tarczyński, zadał w jakimś wywiadzie dramatyczne pytanie: „Dlaczego nie był głosowany kandydat Polski?”. Także zgłoszona właśnie kandydatura Grzegorza Schetyny na stanowisko premiera, zdaniem Ryszarda Petru, nie była konsultowana z partiami opozycyjnymi. Wcześniej Sławomir Neumann zapewniał bałamutnie, że przewodniczący PO „nie będzie głosowany na premiera”. A złotousty Tadeusz Cymański któregoś dnia stwierdził: „Nie mówmy o tym, co nie zostało zaprzeczone”. Bezmyślne odwzorowywanie form języków zachodnich, w których strony biernej używa się znacznie częściej niż w języku ojczystym, staje się powszechne.

Swoją cegiełkę do rozwoju przepięknego języka polityków dołożył ostatnio Rafał Trzaskowski, który – mówiąc o zależnościach między braćmi Kaczyńskimi – oznajmił, że „Jarosław Kaczyński konsultował Lecha Kaczyńskiego”.

Często też słyszę o procedowaniu ustawy. Związek Nauczycielstwa Polskiego na swojej stronie internetowej poinformował społeczeństwo o „procedowaniu ustaw oświatowych w parlamencie”, a gazety co rusz donoszą „o procedowaniu ustawy o sieci szpitali”.

Jak można procedować ustawę? Dziennikarze i politycy niemal codziennie próbują przekonać mnie, że można. Przypuszczam, że rozumieją przez to dyskusję nad projektem ustawy. Ale procedować to przecież postępować zgodnie z określoną procedurą. Paskudne jest to słowo, dziecko polityki. Niebezpiecznie bliskie słowu proceder, które nie kojarzy się dobrze.

 

Zdjęcie R. Bochenka: Radek Pietruszka, PAP, D. Tarczyńskiego: PR24, Mateusz Rekłajtis, S. Neumanna: sejm.gov.pl/rynekaptek, R. Petru: wirtualnemedia.pl, T. Cymańskiego: Wojciech Barczyński, R. Trzaskowskiego: se.pl