Wrobić w Holokaust

„Jeżeli Polskę dało się wrobić w Holokaust, to już da się nas wrobić we wszystko. Dość już skakania Polsce po głowie” – te słowa wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego, wygłoszone w „Sygnałach dnia”, spowodowały, że zamieniłam się w żonę Lota. Nie po raz pierwszy.

Patryk Jaki, wrobić w Holokaust
fot. Damian Burzykowski / newspix.pl

Kolokwializmem (po łacinie colloqium to rozmowa) nazywamy wyrażenie używane tylko w swobodnej, potocznej pogawędce. W takiej rozmowie można kogoś na przykład ‘wrobić w kredyt’, można także ’zrobić go w konia’, ‘wkopać’ i w coś ‘wkręcić’. Można też ‘robić z kogoś balona’ i ‘wykręcić numer albo kawał’. Politycy różnych partii przyzwyczaili nas już do – subtelnie rzecz ujmując – sformułowań przeniesionych znad stolików w bufetach (kiedyś mawiano o budce z piwem) na salony. Ale wrobić w Holokaust? To po prostu zapiera dech w piersi. Czyżbyśmy dochodzili do etapu, kiedy taki język będzie obowiązywał w debacie publicznej?

Kiedyś autorytetem był człowiek mający duże poważanie ze względu na swą wiedzę lub postawę moralną, mający wpływ na postawy i myślenie innych ludzi. I pięknie mówiący po polsku. Ale to już było. Teraz autorytetem dla wielu z nas staje się człowiek (polityk), który nie przywiązuje wagi do słów i dla konkretnego celu, jakim jest popularność, mówi tak, jak jego wyborcy, starając się w ten sposób uwiarygodnić. A może nie ma w tym żadnej wyrafinowanej zasady i po prostu mówi tak, jak mówi?

Dziś publicznie opowiada się o burej suce, która łże, pętakach, nieukach, popaprańcach, pornogrubasach, idiotkach, chłystkach, świniach oderwanych od koryta, palantach, oszołomach, hołocie, rżnącym głupa rządzie, czerwonej pajęczynie, złodziejach, ciemnogrodzie, a także o kanaliach i zdradzieckich mordach. Kiedyś forma miała znaczenie. I czasem chce mi się krzyknąć, trawestując słynne powiedzenie Jamesa Carvilla: Kultura (nie tylko) języka, głupcze! Niestety obawiam się, że długo będziemy czekać na to, by powszechnie uznane zostały normy, dzięki którym wiadomo, co wypada, a czego nie wypada.

Walnąć – kolokwializm na salonach

fot. tvn24.pl

Po wypadku premier Szydło pod Oświęcimiem ciągle w relacjach telewizyjnych słyszę o samochodzie, który walnął w drzewo. Zdumiała mnie Justyna Pochanke, która w trakcie jednego wywiadu najpierw poinformowała widzów, że samochód, którym jechała premier, walnął, następnie, że przyładował w drzewo, a później wspomniała, że ktoś musi walnąć się w piersi. Także dbający o polszczyznę i często dający temu wyraz inny dziennikarz, Tomasz Sianecki, mówił tego samego dnia o waleniu w owo nieszczęsne drzewo. Lata temu zauważyłam, że walnąć zastępuje uderzyć. Mam męczącą wadę – słyszę słowa. I w walnąć słyszę potoczne określenia mocnego uderzenia, zrobienia czegoś zdecydowanie, trafienia czegoś w coś. Czy tylko ja?