„Póki co” premiera Morawieckiego

O tym, że szef rządu, Mateusz Morawiecki, nie przygotowuje wcześniej swoich wystąpień, a mówi to, co mu w duszy zagra, szumią już chyba wszystkie polskie wierzby.

póki co
TV Trwam

Podczas toruńskich uroczystości z okazji dwudziestej siódmej rocznicy powstania Radia Maryja pan premier powiedział między innymi: „Matko Boska Nieustającej Pomocy, to jest moja wielka prośba, wielkie zawołanie: Miej w opiece naród cały. Również tych, którzy nie kochają Polski aż tak mocno jeszcze, póki co, tak jak my tutaj, tak jak cała Rodzina Radia Maryja”.

Litościwie nie wypomnę panu premierowi, że ‘jeszcze’ i ‘póki co’ niosą tę samą treść. Niefortunne sformułowania mogą przydarzyć się każdemu, choć wolałabym, by wysokim urzędnikom państwowym się nie przydarzały. Bardziej uderzyło mnie użycie rusycyzmu ‘póki co’ (пока что), od lat obecnemu w języku potocznym, i od lat, mimo starań rodaków,  niezyskującym uznania językoznawców.

‘Póki co’ występuje w gazetach, mediach elektronicznych i ulotkach reklamowych, używają tego wyrażenia (niestety) dziennikarze i tak zwani zwykli ludzie. Ale w literaturze naprawdę pięknej próżno go szukać, swoją obecność zaznacza  jedynie w dialogach stylizowanych na potoczne. Brzmi  sztucznie, a przecież bardzo łatwo znaleźć jego polskie odpowiedniki: ‘aż do dziś’, ‘do tej chwili’, ‘jeszcze’, ‘do dziś’, ‘do tego czasu’, ‘do tej pory’, ‘dotychczas’, ‘dotąd’. Dlaczego więc tak bardzo podoba się panu premierowi i milionom rodaków? Trudno dociec.

Mogę zgadywać, że spontaniczność widoczna w przemówieniach Mateusza Morawieckiego wynika z chęci nawiązania więzi z wyborcami, posługiwania się ich językiem, by łatwiej uzyskać zrozumienie i przychylność. Mnie postępująca kolokwializacja języka publicznego razi.

Marzy mi się, by wystąpienia premiera i innych polityków były starannie przygotowane, by każde słowo zostało wcześniej dobrze wyważone. Najlepiej by było, gdyby zostały spisane i odczytane. Z niewiadomych powodów czytanie przez polskich polityków przemówień z kartki jest źle odbierane. Co innego goście – prezydent Donald Trump, odczytujący z promptera przygotowany przez rodzimego specjalistę wywód na temat polskiej historii, spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem. Obcym wybaczamy, swoim nie darujemy. Ot, taka nasza słabość.

Wypchnięci sędziowie

U wielu dziennikarzy myśl płynie swobodnie i nie zawadza o słownikowe ograniczenia. Ważenie słów przestaje być potrzebne. 

Dawno temu istniał podział na język literacki i potoczny. Ogólnie rzecz ujmując, był to podział na język pisany, staranny, i mówiony – odznaczający się mniejszą dbałością o piękno i dokładność wypowiedzi. Z przykrością zauważam, że potoczne określenia coraz częściej wkradają się do tekstów dziennikarskich i autorom oraz wydawcom zupełnie to nie przeszkadza. Pal sześć, gdy dotyczy to felietonów, tam swoboda jest znacznie większa i dobór słów decyduje o stylu piszącego, często ciekawego. Mam na myśli typowe materiały dziennikarskie, których głównym celem jest informowanie odbiorców.

wypchnięci sędziowie
fot. PAP/Tomasz Gzell

W pewnej Bardzo Ważnej Gazecie przeczytałam: „W ubiegłym tygodniu TSUE nakazał Polsce zawieszenie przepisów o wysyłaniu sędziów Sądu Najwyższego na emeryturę w wieku 65 lat (zamiast 70 lat). Polska ma też przywrócić sędziów wypchniętych na emerytury do pracy w SN na warunkach sprzed  kwestionowanej ustawy”. Podobne komunikaty ukazał się na wielu portalach i w innych gazetach.

Długo wydawało mi się, że sędziowie przechodzą w stan spoczynku, a nie na emeryturę, jako że służba sędziowska trwa do śmierci. Wydawało mi się także, że opisując tę konkretną sytuację, ważną i rozpalającą opinię publiczną, należałoby starannie dobrać słowa. Jak się okazuje – byłam naiwna. Otóż wionął duch nowości i nakazał piszącemu odrzucić zmurszałe słowa określające ten stan rzeczy, na przykład „ustawodawca chce zmusić sędziów Sądu Najwyższego do wcześniejszego odejścia z zawodu”, a stwierdzić, że tenże ustawodawca chce owych sędziów WYPCHNĄĆ. Pewnie w kolejnych relacjach duch nowości podsunie żurnalistom następne barwne sformułowania. Dowiemy się na przykład, że sędziowie zostali wysłani na zieloną trawkę albo zostali wykopani, wywaleni lub wysiudani.

Wypchnąć, proszę państwa dziennikarzy, można kogoś za drzwi lub z sali, nie ma też przeszkód, by wypchnąć towar ze sklepu, szybę z okna lub sworzeń z ogniwa łańcucha, może zdarzyć się też tak, że wypchnięta, czyli pozbawiona stanowiska żona, w przypływie złości wypchnie męża po zakupy. Można także wypchnąć spodnie na kolanach.

Wrobić w Holokaust

„Jeżeli Polskę dało się wrobić w Holokaust, to już da się nas wrobić we wszystko. Dość już skakania Polsce po głowie” – te słowa wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego, wygłoszone w „Sygnałach dnia”, spowodowały, że zamieniłam się w żonę Lota. Nie po raz pierwszy.

Patryk Jaki, wrobić w Holokaust
fot. Damian Burzykowski / newspix.pl

Kolokwializmem (po łacinie colloqium to rozmowa) nazywamy wyrażenie używane tylko w swobodnej, potocznej pogawędce. W takiej rozmowie można kogoś na przykład ‘wrobić w kredyt’, można także ’zrobić go w konia’, ‘wkopać’ i w coś ‘wkręcić’. Można też ‘robić z kogoś balona’ i ‘wykręcić numer albo kawał’. Politycy różnych partii przyzwyczaili nas już do – subtelnie rzecz ujmując – sformułowań przeniesionych znad stolików w bufetach (kiedyś mawiano o budce z piwem) na salony. Ale wrobić w Holokaust? To po prostu zapiera dech w piersi. Czyżbyśmy dochodzili do etapu, kiedy taki język będzie obowiązywał w debacie publicznej?

Kiedyś autorytetem był człowiek mający duże poważanie ze względu na swą wiedzę lub postawę moralną, mający wpływ na postawy i myślenie innych ludzi. I pięknie mówiący po polsku. Ale to już było. Teraz autorytetem dla wielu z nas staje się człowiek (polityk), który nie przywiązuje wagi do słów i dla konkretnego celu, jakim jest popularność, mówi tak, jak jego wyborcy, starając się w ten sposób uwiarygodnić. A może nie ma w tym żadnej wyrafinowanej zasady i po prostu mówi tak, jak mówi?

Dziś publicznie opowiada się o burej suce, która łże, pętakach, nieukach, popaprańcach, pornogrubasach, idiotkach, chłystkach, świniach oderwanych od koryta, palantach, oszołomach, hołocie, rżnącym głupa rządzie, czerwonej pajęczynie, złodziejach, ciemnogrodzie, a także o kanaliach i zdradzieckich mordach. Kiedyś forma miała znaczenie. I czasem chce mi się krzyknąć, trawestując słynne powiedzenie Jamesa Carvilla: Kultura (nie tylko) języka, głupcze! Niestety obawiam się, że długo będziemy czekać na to, by powszechnie uznane zostały normy, dzięki którym wiadomo, co wypada, a czego nie wypada.

Walnąć – kolokwializm na salonach

fot. tvn24.pl

Po wypadku premier Szydło pod Oświęcimiem ciągle w relacjach telewizyjnych słyszę o samochodzie, który walnął w drzewo. Zdumiała mnie Justyna Pochanke, która w trakcie jednego wywiadu najpierw poinformowała widzów, że samochód, którym jechała premier, walnął, następnie, że przyładował w drzewo, a później wspomniała, że ktoś musi walnąć się w piersi. Także dbający o polszczyznę i często dający temu wyraz inny dziennikarz, Tomasz Sianecki, mówił tego samego dnia o waleniu w owo nieszczęsne drzewo. Lata temu zauważyłam, że walnąć zastępuje uderzyć. Mam męczącą wadę – słyszę słowa. I w walnąć słyszę potoczne określenia mocnego uderzenia, zrobienia czegoś zdecydowanie, trafienia czegoś w coś. Czy tylko ja?