Kontrfaktyczny, czyli niezgodny z faktami

Jarosław Kaczyński, kontrfaktyczny
fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

„Cała ta opowieść, która krąży po Europie i świecie, jest odwróceniem faktów, jest – jak mówią prawnicy – kontrfaktyczna” – powiedział Jarosław Kaczyński w odpowiedzi na krytykę reformy sądownictwa, dokonywaną przez partię rządzącą. A ja zastanawiam się, dlaczego tak bardzo lubimy trudne słowa, trudne także do wymówienia, zamiast proste sprawy nazywać w prosty sposób.

Idę o zakład, że przymiotnik kontrfaktyczny natychmiast podchwycą dziennikarze, publicyści i tak zwani zwykli ludzie. Ten termin filozoficzny, oznaczający coś odnoszącego się do zdarzeń potencjalnych lub nierzeczywistych, stosowany do tej pory przez prawników i naukowców, wejdzie do języka potocznego. Prezes Kaczyński ma moc sprawczą. Wiele słów i wyrażeń z jego słownika budziło niekłamany podziw i pojawiało się w wypowiedziach innych, że wspomnę tylko hiperoportunizm, lumpenliberalizm, kondominium i imposybilizm. Pan prezes używał rzadkich, zwłaszcza u polityków, a pięknych słów: ubóstwienie, eschatologiczny, wehikuł, eugenika, łgać, zastrachany, warcholstwo, unitarny, dezawuować, tworzył ciekawe związki frazeologiczne: skundlenie polityczno-kulturowego establishmentu, łże-elity, hybrydalny system władzy, konfederacja zdrady narodowej, starszo-średnie pokolenie, mentorsko-rezonerski styl i – oczywiście – oczywista oczywistość. Teraz szansę na masową popularność ma przymiotnik kontrfaktyczny. A prosto i zwyczajnie brzmiące ‘niezgodne z faktami’ wyda się z pewnością niektórym passé.

Bardzo lubimy eskalować zamiast zwiększać, wśród wielu rodaków króluje defetyzm zamiast braku wiary w zwycięstwo, afirmujemy, a nie zgadzamy się na coś, konfabulujemy, a nie zmyślamy, eksplikacja wypiera objaśnianie znaczenia, abstrahujemy, a nie świadomie czegoś nie uwzględniamy, wiele spraw budzi naszą awersję, a nie niechęć, dokonujemy ewaluacji, a nie oceniamy czy szacujemy. Nic w tym złego, wyrazy obce zawsze stanowiły sporą część zasobu polszczyzny (pod warunkiem, że znaczą to, co znaczą, a nie to, co nam się wydaje). Ja jednak wobec narastającej liczby cudzoziemskich nabytków w naszej mowie nie tylko potocznej pozwolę sobie na ambiwalentne uczucia.

Tajemnicza formuła

Od jakiegoś czasu na metkach różnorakich produktów służących higienie i zachowaniu czystości oraz leków  króluje FORMUŁA.

nowa formuła
fot. www.topestetic.pl

Wrodzona filologiczna ciekawość i męcząca wada objawiająca się słyszeniem słów nakazała mi spróbować wyjaśnić, co zacz. Do niedawna formułą nazywaliśmy prawo ogólne, wzorzec, regułę, ustalony sposób postępowania lub działania czegoś, wzór matematyczny lub chemiczny, a także formę organizacyjną jakiegoś spotkania czy też stały tekst wypowiadany w pewnych okolicznościach. No bo formułować to tyle, co krótko i zwięźle wyrażać jakąś myśl, precyzować, określać coś. Teraz okazuje się, że (koniecznie nową!) formułę mają szampony, toniki, mleczka kosmetyczne, proszki do prania i medykamenty.

Świat idzie z postępem, słowa zmieniają znaczenie i nic w tym dziwnego. Kiedyś złodziej czynił zło, przy czym nie zawsze owym złem była kradzież, szewc zajmował się szyciem nie tylko butów, a krawcowa to była żona krawca, który krajał to, co następnie szewc zszywał.

Nietrudno zgadnąć, żyjąc w kraju, w którym na drzwiach zakładu rzemieślniczego widnieje dumne Open, a w sklepach, które stały się outletami lub shopami, reklamy krzyczą o Sale, że to pożyczka z angielskiego. Formula w języku Wyspiarzy to receptura, skład lub przepis. Słowo przepis zagarnęły kulinaria, nic dziwnego więc, że przy chemikaliach zaczął być pomijany, ale dlaczego poczciwa receptura zaczęła uwierać producentów i marketingowców, czym też zawinił im zacny skład? Ano pewnie tylko tym, że oba te słowa są uznawane za zbyt swojskie, nieświatowe. O ileż przyjemniej kupić ten sam co przed laty szampon, ale o nowej formule!

Ps. Firma Lafarge poinformowała niedawno klientów, że wprowadziła nową formułę cementu. Nową formułę ma także gips szpachlowy, produkowany przez Dolinę Nidy, a na stacjach paliw Shell Polska wprowadzono nową formułę oleju napędowego Shell Diesel Extra…

Caritas jest kobietą

Przy okazji 26. finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy odżyły dyskusje o wyższości WOŚP nad Caritas lub Caritas nad WOŚP. 

CaritasDziennikarze piszą o złym Owsiaku i dobrym Caritasie (albo odwrotnie), o księżach z Caritasu, pracownikach Caritasu, braku raportów Caritasu, rodzinach, które zamieszkały w Caritasie, o skuteczności Caritasu, zastanawiają się, jak wygląda sytuacja w Caritasie. Mnie wszystko boli, gdy widzę lub słyszę męskie końcówki w odmianie nazwy tej zasłużonej organizacji. Sama Caritas Polska nigdy tego nie robi. W jej komunikatach caritas (to łacińskie słowo rodzaju żeńskiego oznacza m.in. ‚uszanowanie, szacunek, miłość, miłosierdzie’) zawsze jest kobietą.

Podobnie cierpiałam, gdy swego czasu działała w Polsce prawicowa partia polityczna Libertas. Czytałam i słyszałam o działaniach Libertasu, o kłopotach z rejestracją Libertasu, docierały do mnie wieści o tym, co w Libertasie się dzieje, krytykowano rzekome promowanie Libertasu w TVP. Libertas po łacinie oznacza ‚wolność, wolnomyślność, nieskrępowane życie’ i również jest rodzaju żeńskiego. I choć językoznawcy uznają odmienianie caritas i libertas według męskiego wzorca (jak hałas, szałas, głuptas), buntuję się. Ja ciągle będę pisać i mówić ta Caritas, o tej Caritas i nie obdarzę sympatią tych, którzy zapiszą się do Libertasu, a nie do Libertas. Nie wybiorę się też do Wenusa, planetarium w Zielonej Górze, choć czynią tak niektórzy mieszkańcy tego miasta. Kupię bilet do Wenus. Ryzykuję, że zostanę uznana za dziwaczkę, ale trudno. Łacina jest mi bliska i odrywanie słów od korzeni, tak ostatnio popularne, trudno mi zaakceptować.

A zarówno Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, jak i Caritas pomagają ludziom i ustawianie tych organizacji po dwóch stronach barykady nie ma sensu.

Celibat i cela Cezarego Jurkiewicza

Cezary Jurkiewicz, celibat i cela
youtube.com, wpolsce.pl

„Ja cztery lata spędziłem w seminarium i stwierdziłem, że celibat nie jest miejscem dla mnie” – z filuternym uśmiechem powiedział Cezary Jurkiewicz, prezes Polskiej Fundacji Narodowej, o którym (i o której) ostatnio głośno za sprawą tak zwanej afery billboardowej. W telewizyjnym reportażu przytoczono wiele wypowiedzi pana prezesa, ta mnie urzekła. Pan Jurkiewicz zapewne skojarzył celibat z celą (zakonną), co nie jest pozbawione sensu, jednak nazwanie celibatu miejscem nie najlepiej o nim świadczy.

Kiedyś Władysław Gomułka pomylił Syjon z Syjamem, Przemysław Gosiewski filipiki z Filipinkami, Andrzej Duda rząd z żądzą, Andrzej Lepper break dance z tajemniczym bredgensem (Bredgensem?), a Ryszard Petru Rubikon z równie tajemniczym rubikoniem. Wpadki polityków, nie tylko językowe, to już codzienność. Coraz rzadziej śmieszą, a coraz częściej irytują. Polityk już od dawna nie brzmi dumnie.

 

Hatakumba i inne wpadki

Patryk Jaki, hatakumba
fot. Damian Burzykowski / newspix.pl

Niektórzy twierdzą, że językowe i wszystkie inne wpadki przydają politykom pierwiastka ludzkiego.

Przez Internet przeszedł właśnie huraganowy śmiech po fejsbukowym wpisie wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego: „Przecież, gdybyśmy te bilony złotych zamiast na odbudowę Polski po niemieckiej hatakumbie przeznaczyli na rozwój naszego państwa to Polska była by dziś 2 razy silniejsza ekonomicznie”.

I ja pękałam ze śmiechu. Ale przecież wpadki polityków, świadczące o ich, delikatnie rzecz ujmując, słabej znajomości obcych słów, pojęć, zasad pisowni i „niepełnej” wiedzy historycznej, to nic nowego. Swego czasu Przemysław Gosiewski, poseł PiS, pomylił filipiki z Filipinkami, Ryszard Petru, szef Nowoczesnej, protestował przeciwko ustanowieniu „święta sześciu króli”, a Arkadiusz Myrcha z PO stwierdził, że królów było czterech: Kacper, Belzebub, Melchior i Baltazar. Tenże Ryszard Petru stwierdził ponad wszelką wątpliwość, że były brytyjski premier nazywa się David Kamerun, sejm niemy nazwał sejmem głuchym, oznajmił też, że „Jarosław Kaczyński przejechał się na rubikoniu”, a rzymskie imperium upadło „w szczycie swojej największej chwały” (co jest niewielkim błędem, znany polityk pomylił się zaledwie o trzysta lat). Szef Nowoczesnej odkrył też, że przewrót majowy wcale nie nastąpił 12 maja 1926 roku, lecz dziewięć lat później, co oznacza, że Józef Piłsudski dokonał zamachu stanu w dniu swojej śmierci. Za sprawą Renaty Beger, posłanki Samoobrony,ciągle jest żywa pamięć o Ananie Kofanie.

Znajomość zasad ortograficznych to także mocna strona naszych polityków. Prezydent Bronisław Komorowski łączył się z Japończykami „w bulu i nadzieji”, Radosław Sikorski, były minister spraw zagranicznych, „nie mógł uwieżyć” w śmierć przyjaciela, Zbigniew Ziobro jako szef Solidarnej Polski namawiał na plakatach do podpisania się „za solidarną Europom”, Arkadiusz Mularczyk twierdził, że „chańbą jest pracować dla wyborczej”, Renata Beger nawoływała do „walki o Polskę wolnom, demokratycznom i sprawiedliwom”, a Krystyna Pawłowicz, posłanka PiS, przekonywała, że wziąść to poprawna forma.

Minister Jaki dołączył do doborowego towarzystwa. Niektórzy twierdzą, że językowe i wszystkie inne wpadki przydają politykom pierwiastka ludzkiego. A więc, panie ministrze, hakuna matata!

Dekoncentracja mediów

fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

Media, które mają zostać „zdekoncentrowane”, ochoczo podchwyciły nowy termin.

„W krótkim czasie sprawa sądów zostanie załatwiona; to oznacza, że kolejne najważniejsze sprawy, które mamy jeszcze do załatwienia, jak dekoncentracja mediów, też będą załatwione, choć będzie wielki opór” – powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński.

Media, które mają zostać „zdekoncentrowane”, ochoczo podchwyciły nowy termin, co nie powinno dziwić, skoro wcześniej z równą ochotą rozpowszechniały wygaszanie – pomysł sprytnych PR-owców, słowo powtarzane do znudzenia przez polityków, zwłaszcza partii rządzącej, zastępujące likwidację lub zamykanie. W wielu poważnych gazetach i na poważnych portalach internetowych czytałam o „wygaszaniu” gimnazjów czy kopalń i irytował mnie brak refleksji piszących. To słowo zrobiło zawrotną karierę w 2016 roku i wygląda na to, że nie zamierza zakończyć żywota w roku 2017.

Teraz króluje dekoncentracja mediów (wcześniej mowa była o repolonizacji mediów, też „zgrabne” określenie, bo trudno mi wyobrazić sobie przywracanie polskości akurat mediom, ale zdaje się, że to względy prawne, a nie logiczna analiza, zdecydowały o konieczności sięgnięcia po inne).

„Resort kultury przygotowuje projekt ustawy o dekoncentracji mediów”.
„Dekoncentracja mediów oraz reforma służb specjalnych to duże reformy, które Prawo i Sprawiedliwość chce przeprowadzić w najbliższym czasie”.
„Dekoncentracja mediów nabiera kształtów”.
„Dekoncentracja mediów oznacza poprawę jakości polskiej demokracji”.

I tylko niektórzy wkładają to wyrażenie w cudzysłów. No bo przecież nie o „dekoncentrację” mediów chodzi, a o „dekoncentrację” obcego kapitału na polskim rynku medialnym. I nikogo nie zastanowiło, że pierwsze znaczenie słowa dekoncentracja to rozproszenie uwagi. Dobrze, że czuwają satyrycy. Jeden z nich narysował klauna przed kamerą. Z pewnością udało mu się (klaunowi) zdekoncentrować przynajmniej jedno medium.

Wakat, czyli etat

Marek Jakubiak, poseł Kukiz`15, w wywiadzie dla Radia Plus martwił się o stan polskiej armii. Odnosząc się do postawy zwierzchnika sił zbrojnych i jego zainteresowania sprawami wakatów w Elblągu, wykrzyknął z dramatyzmem w głosie: „Wakaty są, tylko puste!”. Coraz częściej wystąpienia polityków sprawiają, że zamieniam się w żonę Lota. W ich wypowiedziach słowa albo nie znaczą tego, co znaczą, albo nabierają ciekawych barw. I tak Michał Kamiński z Unii Europejskich Demokratów, mówiąc w Radiu Zet o tym, że politycy PiS odcięli się od słów ministra Waszczykowskiego o sfałszowanych wyborach prezydenta Rady Europy, powiedział: „Jest to jednak rzecz dość bezprecedensowa w tej ekipie rządowej”. Z tego wynika, że jakaś sprawa może być bezprecedensowa, mniej bezprecedensowa i bardziej bezprecedensowa. Przypominają mi się słynne słowa księdza Tischnera…

 

Zdjęcie M. Jakubiaka: polskieradio.pl, M. Kamińskiego: fakt.pl

Welcome in Poland!

fot. Anna Krasko

Kochamy język angielski, nie kochamy natomiast słowników. Przecież do słowników zaglądają ci, którzy mają wątpliwości, a jak ich się nie ma…

Do Polski przybyli amerykańscy żołnierze i pani premier powitała ich słowami: „Welcome in Poland!”. Zawstydziłam się, bo przecież powinna była powiedzieć „Welcome to Poland!”, co wiadomo choćby od czasu, gdy cała Polska śpiewała wraz ze Zbigniewem Wodeckim Chałupy welcome to. Nie nadaję się na osobę publiczną, bo palę się ze wstydu, gdy zdarzy mi się popełnić błąd, nie tylko językowy.

Swego czasu w sklepie C&A wisiały tabliczki z oznaczeniami: GIRLS, BOYS i – uwaga! – BABYS. Przecież każde dziecko wie, że do angielskiego rzeczownika w liczbie pojedynczej dodaje się końcówkę -s i mamy liczbę mnogą, a wyjątkami niech martwią się językoznawcy. Ośmieliłam się wyjawić swój dyskomfort ekspedientce – popatrzyła na mnie zdziwiona. Dwukrotnie napisałam do szefostwa sklepu, pytając, dlaczego napisy są tylko po angielsku i dlaczego z błędem. Nie doczekałam się odpowiedzi, ale już po roku pojawiły się nowe tabliczki: CHŁOPCY, DZIEWCZYNKI i NIEMOWLĘTA. Odtrąbiłam sukces. Ale nie mam pewności, czy do słownika ktoś zajrzał i zawstydził się, czy zadziałały jedynie względy patriotyczne.