Aferał, nieterazizm i zatowarowany sklep

Życie pędzi jak szalone, a ten pęd przekłada się na rosnące w piorunującym tempie zdolności słowotwórcze rodaków.

W ostatnich tygodniach urzekła mnie najpierw propozycja sieci sklepów Żabka. Dowiedziałam się, że – jeżeli zechcę – mogę objąć wyposażony i zatowarowany sklep. Zatowarowany sklep w pierwszej chwili wzbudził moje głębokie zdziwienie. Odkryłam po przeszukaniu Sieci, że w środowisku ludzi związanych z handlem wyrażenie to funkcjonuje już od dawna. Nic dziwnego: wszystko jest jasne, wiadomo, że chodzi o sklep zaopatrzony w towar. Zatowarowany wpisuje się w rzeszę coraz chętniej używanych przez nas imiesłowów: bywają głosowani kandydaci i konsultowane kandydatury, dyskutuje się o wnioskowanych projektach, mogą być i zatowarowane sklepy. Tylko językoznawcy podejrzanie milczą.

Najwięcej niespodzianek słowotwórczych niesie jednak życie polityczne. Afera ostatnio goni aferę, język musi nadążać. Karierę robi aferał – rzeczownik oznaczający polityka albo przedsiębiorcę zamieszanego w afery kryminalne. Zwolennik liberalizmu to liberał, czemu więc „zwolennika” afer nie nazwać aferałem? Ten nowy rzeczownik z pewnością się przyjmie, aferałów ci u nas ostatnimi czasy dostatek. Tylko w kryminałach ciasno.

Najciekawszym jednak słownym tworem ostatnich dni wydaje mi się termin nieterazizm, oznaczający politykę, którą da się streścić w zdaniu: „OK, ale nie teraz”. Stwierdzenie to, zdaniem niektórych przedstawicieli Suwerena, można przypisać działaniom (albo ich brakowi) członków wszystkich partii politycznych. Skojarzenie z zasiedziałym już w polszczyźnie tumiwisizmem nasuwa się samo. Na brak tumiwisistów, podobnie jak aferałów, narzekać nie możemy.

Na ostatnią chwilę

Reklamy mają wielką moc oddziaływania, wszyscy to wiedzą. Niektóre mają także moc zniechęcania, choć to z pewnością efekt nieprzewidziany. na ostatnia chwilę

Na reklamy emitowane w telewizji zwykle reaguję w ten sam sposób – sięgam po pilota. Jeden z najnowszych filmików Orange spowodował jednak,  że z pilotem w ręce zastygłam w przerażeniu. Ta  znana firma telekomunikacyjna podpowiada tym,  którzy w okresie przed świętami Bożego Narodzenia pakują prezenty na ostatnią chwilę, że owym podarkiem może być telefon Samsung Galaxy. Czyją ostatnią chwilę szczęśliwie nie dopowiada. Nie wyjaśnia też, po co komu w tym dramatycznym okresie życia prezent, jakikolwiek.

Wszystkim, którzy pakują prezenty w ostatniej chwili i tym, którzy nie odkładają tej ważnej i miłej czynności na ostatnią chwilę, składam życzenia wszelkiej pomyślności. Wesołych Świąt!

 

Zbankrutować bank

Życie polityczne pędzi jak szalone, a temu pędowi towarzyszą rozwijające się zdolności językowe jego uczestników. Dzięki tak zwanej aferze KNF dowiedzieliśmy się o istnieniu szumideł, niewiele później usłyszeliśmy o istnieniu nowego zjawiska.

zbankrutować
fot. PAP/L. Szymański

Jak donoszą media, w aferze KNF, zwanej także aferą Czarnecki–KNF lub aferą Getin Noble Banku, spore znaczenie miał „plan Zdzisława”.  W skrócie polegał on na tym, że pewne osoby nie czekają na kryzys, a wykorzystują sytuację i odpowiednie narzędzia, przeznaczone dla sytuacji nadzwyczajnych, by zmusić właściciela do sprzedaży banku „za złotówkę”.

Do tej pory słyszeliśmy o bankrutowaniu banków, o tym, że bankom grozi bankructwo lub że stają się bankrutami. Sądownie ogłoszona upadłość lub niewypłacalność były skutkiem wydarzeń, które poniekąd działy się „same”. Choć sytuacja nowa, „plan Zdzisława” uświadomił nam starą prawdę, że nic samo się nie dzieje. Dzięki Andrzejowi Derze, sekretarzowi stanu w kancelarii prezydenta Dudy, dowiedzieliśmy się, że można bank zbankrutować. Jestem pod wielkim wrażeniem zdolności językowych pana Dery i podziwiam go za to, że odpowiednie rzeczy dał słowo. Przypuszczam, że niewielu z nas, tkwiących w koleinach przyzwyczajeń słownikowych i ograniczeń gramatycznych, wymyśliłoby tak adekwatne określenie. Lekkość, z jaką politycy wszelkich ugrupowań i partii podchodzą do reguł języka ojczystego, tym razem przyniosła znakomity efekt.

Zastanawiam się teraz, jak równie treściwie nazwać podpalanie domu przez strażaków.

Piętnaście deczko paszteciku

W jednym z moich ulubionych sklepów spożywczych wszystko jest doskonałe: piękne wnętrze, pachnące, świetnie prezentujące się i bardzo smaczne produkty, miła obsługa. Zbyt miła.

zdrobnienia
fot. natemat.pl

Ponieważ sklep cieszy się sporym zainteresowaniem klientów, a nie jest placówką samoobsługową, czasem trzeba postać kilka minut w kolejce. Muszę wtedy okazać sporo cierpliwości i wcale nie dlatego, że czekam. Otóż przemiła obsługa okazuje swoją uprzejmość zdrabnianiem wszelkich nazw. Moją wytrzymałość nadweręża szyneczka z tłuszczykiem, biała kiełbaska, wołowinka, wieprzowinka, kotleciki schabowe, makaronik domowy, śmietanka, chlebek, masełko, pasztecik, a także kilogramik, paragonik, gotóweczka i pieniążki, którymi płacę za zakupki. Często też okazuje się, że – jeżeli nie używam karty (o dziwo, karta nie staje się karteczką) – powinnam mieć w portfeliku także grosiczki. A na koniec jestem pytana, czy potrzebuję torebeczki.

Trudno mi utrzymać powagę, gdy ekspedientka pyta, czy na pewno życzę sobie piętnaście deczko paszteciku. Ze wszystkich sił staram się nad sobą panować, bo stojąca po drugiej strony lady pani jest przekonana, że w ten sposób okazuje mi swoją uprzejmość i bardzo dba o to, bym była zadowolona. Nie opuszcza mnie jednak wtedy przekonanie, że zdrobnienia są dziś plagą, która toczy nasz język.

Kiedyś kupcy i przekupki, a dziś handlowcy doskonale wiedzą, że skuteczniej zyskują klientelę, zdrabniając nazwy produktów. Niestety zwyczaj ten przenosi się też na drugą stronę lady lub straganu. Dla wielu z nas jest to przyjemne, bo formy podstawowe brzmią twardo, a zdrobniałe są wesolutkie, przywodzą na myśl cukiereczki i ułatwiają kontakty międzyludzkie. Kupujemy więc namiętnie jabłuszka, gruszeczki, śliweczki, pomarańczki, cytrynki, ziemniaczki, miodzik, dżemik, mleczko, kefirek, chlebuś i bułeczki.

Deminutywa, czyli wyrazy o znaczeniu zdrobniałym, służyły kiedyś do określania czegoś niedużego (piesek, kotek, stoliczek), oznaczały też ciepły stosunek mówiącego do kogoś lub czegoś (mamusia, wujaszek, cioteczka, podusia). Dziś stały się przede wszystkim formami grzecznościowymi. Ja jednak ciągle reaguję alergicznie, uważając, że zdrobnienia nie wzbogacają języka, jak niektórzy twierdzą, a zaśmiecają go.  I nie urozmaicają, a infantylizują. Kontroler w tramwaju nie wydaje mi się uprzejmy, gdy prosi o bileciki do kontroli.

Pewne wątpliwości

Z pewną nieśmiałością zauważam, że do mody na „jakby”, partykuły doklejanej do czego się da (i do czego się nie da), dołącza zataczająca coraz większe kręgi moda na kolejną. Sporo rodaków ciągle ma pewne wątpliwości, czy wyrażony sąd odpowiada faktycznemu stanowi rzeczy.

pewne wątpliwości
Telewizja Republika

Sędzia Wiesław Johann, wiceprzewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa, na pytanie, czy jest przekonany, że wszystkie wskazania kandydatów do Sądu Najwyższego są odpowiednie, powiedział: „Miałbym pewne wątpliwości, bo okazuje się, że wychodzą pewne […] niedoskonałości”. I dalej: „Biję się we własne piersi. Ale myślę, że to wynika z pewnego charakteru pracy. Niestety, pracowaliśmy w pewnym pośpiechu. […] Nie nazwę tego „kompromitacją”, nazwę to „wpadką”, która wynikała z pewnego pośpiechu i braku materiałów”.

Jak zdefiniować pewne wątpliwości? Czym różni się pewien pośpiech od pośpiechu? Czym jest pewien charakter pracy? Pewne niedoskonałości? Są czy nie są niedoskonałościami?

Miałam nadzieję, że bracia Polacy i siostry Polki przestaną wreszcie, po latach, jakby wątpić w to, co jakby mówią. Nadzieja okazuje się płonna, ciągle robimy jakby zakupy, czytamy jakby artykuły i bywamy jakby roztrzęsieni lub jakby zdenerwowani. Kochamy jakby. Od jakiegoś czasu pałamy także miłością do pewien/pewna/pewne.

Zmienia się rzeczywistość, zmienia się język, to oczywiste. Powinien być on różnicowany, wzbogacany, by „odpowiednie rzeczy dać słowo”. Nieustanne podważanie rzeczywistości trudno nazwać wzbogacaniem. Trudno też pokochać kolejne natręty językowe. Modne i nadużywane są przede wszystkim słowa nowe, obce, „mądre”, atrakcyjnie brzmiące, takie jak opcja, konsensus, kultowy, oszołom, totalny, mega, spolegliwy, generalnie. Co jest atrakcyjnego w jakby lub pewnym? Jakie potrzeby informacyjne zaspokajają? Leksykalne fascynacje rodaków to zagadka.

Ustalenie, kto zaczął, jest trudne, wiadomo natomiast, że ogromną rolę w upowszechnianiu mód językowych odgrywają gadające głowy w telewizji, głównie politycy. Wszak pewien prezes partii powiedział o nowo mianowanym ministrze spraw zagranicznych, że to „pewien eksperyment”…

W którymś artykule przeczytałam takie zdanie: „Moda to pewna potrzeba naśladowania innych, podążania za wytyczonymi trendami, identyfikacji z tymi, którzy wyznaczają obecny styl”.

Niczego dziś nie można być pewnym.

Rzecznik rządu powiedział

W Jakbylandii

Propozycja ciekawa intelektualnie

„Propozycja ciekawa intelektualnie” – tak pomysł wicepremiera Jarosława Gowina, by rodzice dysponowali nie tylko głosem własnym, ale też głosem swoich dzieci, skomentował europoseł Ryszard Czarnecki.

propozycja ciekawa intelektualnie
fot. Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Zawsze z uwagą nasłuchuję, co ma on do powiedzenia na nurtujące opinię publiczną tematy, bo zdolności retoryczne posiadł pan poseł niewątpliwe. I zawsze jestem pod wrażeniem: dużo słów, mało treści, za to ciekawe figury stylistyczne. Zastanawiałam się już kiedyś, co może znaczyć „bardzo profesjonalne zachowanie podczas głosowania” (to o głosowaniu nad odwołaniem z funkcji premier Szydło). Podnoszenie ręki jest czy nie jest bardzo profesjonalne? A może bardziej profesjonalne jest takie głosowanie, którego nikt nie widzi? Pan Czarnecki był pełen uznania dla pani Szydło w tych trudnych chwilach i uznał, że pokazała „piękną klasę”, przy czym nie wyjaśnił, kiedy klasa jest, a kiedy nie jest piękna. Teraz znów zaskoczył. Wysilam z ciekawości intelekt i za nic nie potrafię pojąć, co znaczy, że coś jest ciekawe intelektualnie. Ale z pewnością pan poseł jest intelektualnie wygimnastykowany, skoro sięga po tak interesujący pakiet środków wyrazu artystycznego.

Pełna podziwu jestem także dla zdolności retorycznych prezydenta Andrzeja Dudy. „Dziękuję, że mogłem dotknąć olimpijskiego medalu! Proszę Państwa, to jest wielka sprawa, że mogłem dotknąć go dosłownie dzisiaj i że mogłem go dotknąć dlatego, że został zdobyty, tak samo jak wszystkie pozostałe” – powiedział do skoczków narciarskich podczas Gali Olimpijskiej. W jaki sposób dotyka się czegoś dosłownie? Nie wiem. Ale cieszę się, że pan prezydent mógł dotknąć medalu dlatego, że został zdobyty.

propozycja ciekawa intelektualnie
fot. tvn24/x-news

Ciekawe intelektualnie są fragmenty wystąpienia prezydenta Dudy podczas Dni Przyjaźni Polsko-Węgierskiej:
„Moje pokolenie dumne jest z pokolenia moich dziadków i moich rodziców, którzy wtedy szli i oddawali krem dla Węgrów, żeby pomóc, i władza tego nie blokowała, bo tego nie dało się zablokować. Bo to byłoby dla nich zbyt groźne. Jest ta solidarność pomiędzy naszymi narodami, jest ta przyjaźń. Przyjaźń, tak jak powiedziałem, oparta na więzach krwi, więzach przyjaźni, przyjaźń która liczy sobie 1000 lat”.

„Rozwijajmy Panie Prezydencie infrastrukturę, niech łatwiej będzie dojechać z Polski, z Małopolski do Budapesztu  i w inne miejsca. Niech turyście przyjeżdżają, niech się spotykają, niech piją razem wino w Tokaju, i w innych miejscach na Węgrzech, niech przyjeżdżają do Krakowa, do Warszawy, do Polski nad morze. Bardzo serdecznie Was zapraszamy, drodzy przyjaciele, jesteście zawsze mile widziani. My dziękujemy za to dzisiejsze zaproszenie, Boże zbaw Węgry i obdarz ich swoimi łaskami. Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”.

No cóż, dzięki nagraniu przemowy podczas uroczystości na Uniwersytecie w Rzeszowie wiemy, że pan prezydent ciągle się uczy.

Cytaty (z zachowaną pisownią) za www. prezydent.pl

„Chlebodawca” premiera Morawieckiego

Szef rządu, premier Mateusz Morawiecki, w Ogólnopolskim Dniu Sołtysa złożył gospodarską wizytę w Przysusze.

chlebodawca
źródło: Kancelaria Prezesa Rady Ministrów

Na tle wyświetlanych na ekranie sielskich obrazków wzruszeni przedstawiciele stanu sołtysiego, wyrażając opinię pobratymców zgromadzonych w liczbie tysiąca w małym mieście koło Radomia w województwie małopolskim, dziękowali rządowi za dobrą politykę, a sam premier wygłosił takie oto słowa:

„Kłaniam się Wam nisko jako polskim chlebodawcom i tym, którzy dbają o rozwój polskiej wsi i poprzez to o rozwój całej Polski”.

Dawno, dawno temu chlebodawcą nazywano tego, co daje wyżywienie, utrzymanie, ale dla współczesnego przeciętnego chleba zjadacza to znaczenie jest już odległe. Dziś chlebodawca to ten, co daje pracę. Praca oczywiście bezpośrednio prowadzi do chleba jako podstawowej jednostki wyżywienia pracobiorcy, ale ten, mało zorientowany w historii języka, mógłby poczuć się skonfundowany takim  prostym przełożeniem. Powody konfuzji byłyby uzasadnione, wszak pan premier ostatnimi czasy wielokrotnie, a i w samej Przysusze, udowodnił, że język ojczysty nie jest jego miłością, nie wszyscy więc są pewni, że użycie słowa chlebodawca w niegdysiejszym znaczeniu było zamierzone.

Premier Morawiecki w dalszej części wystąpienia zapewniał słuchaczy, że dla rządu „jest Polska od A do Z, od akceptacji do zwycięstwa dla wszystkich gmin, dla wszystkich powiatów” oraz że „jeżeli zapomnimy o polskiej wsi to niech uschnie nasza prawica”. Krytykując poprzedników, powiedział między innymi: „Pierwsze 15 lat zwłaszcza po rozpoczęciu zmian do roku 2004, do przystąpienia do Unii Europejskiej wieś miała praktycznie cały czas pod górkę”. Jakże piękne to słowa! Wieś praktycznie mająca pod górkę jest urzekająca. Lud pracujący wsi (czyli suweren obszarów wiejskich) powinien docenić pana premiera za to, że stara się mówić językiem prostych obywateli. A ja złośliwie zapytam: czy rzeczona wieś teoretycznie też miała pod górkę, czy tylko praktycznie?

Trzeba przyznać, że premierostwo to ciężki kawałek chleba.

 

*Cytaty, z zachowaną pisownią, za www.premier.gov.pl

Generalnie życie jest trudne

Wytrwale poddajemy się kolejnym językowym modom.

Mody z czasem się zmieniają. Kiedyś ich głównym źródłem były wypowiedzi spikerów telewizyjnych i prowadzących programy informacyjne, dziś prym wiodą zapraszani do telewizji politycy i eksperci. Co z tego, że słuchanie oratorskich popisów wielu z nich powoduje u wrażliwców ból brzucha, skoro ciągle u ludzi umiarkowanie wykształconych panuje przekonanie, że słowa padające z telewizyjnego okienka są słowami elity i używając ich, w jakiś magiczny sposób dostają się na salony. Tyle że słowem elita przestaliśmy nazywać wyróżniającą się pozytywnie w jakimś środowisku grupę ludzi…

Zapożyczone od Lecha Wałęsy w tym temacie weszło do języka i przestało śmieszyć, tylko i wyłącznie nie denerwuje, gadające telewizyjne głowy wiedzą na dzień dzisiejszy coś, co de facto nie budzi ich zdziwieniabardzo często wątpią w sens tego, co mówią przez jakby i jak gdyby wtykane co rusz w wypowiedź, choć wygląda na to, że nie zdają sobie z tego sprawy. Bardzo też lubią generalizować.

Moda na generalnie zyskała wielu zwolenników. Ogólnie, powszechnie, całkowicie, zasadniczo, w zupełności, zupełnie zostały odesłane do lamusa, królowanie rozpoczęło generalnie. Występujący w telewizyjnych studiach politycy i eksperci generalnie mają rację, tworzą generalnie trafne koncepcje lub generalnie zgadzają się z przedmówcą. Czasami też generalnie są czymś znużeni. Oczywiście telewizyjny lud to „kupuje” i tworzy własne warianty:

  1. Pewien pan generalnie nie jest w stanie przyjąć jakiegoś stanowiska.
  2. Właścicielka pewnego baru stwierdza, że konsumpcja generalnie spada.
  3. Ktoś inny generalnie ma swoje zasady.
  4. A jeszcze ktoś inny generalnie mówiąc z czymś się nie spotkał.

Są też tacy, którzy generalnie nadużywają alkoholu. A mnie generalnie coraz trudniej tego słuchać.

generalnie
fot. Justin Lane/PAP/EPA

Ps. Swój wkład w utrwalenie mody na generalnie zaznaczył właśnie prezydent Andrzej Duda, który na konferencji prasowej po wystąpieniu w siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku stwierdził, że „chciałby generalnie, żeby ONZ zwiększyła swoją aktywność w przestrzeni bezpieczeństwa światowego”.

 

O nowom, niepodległom i silnom

Prezes Jarosław Kaczyński podczas dziewięćdziesiątej trzeciej uroczystości smoleńskiej pod pałacem prezydenckim powiedział:

prezes Jarosław Kaczyński
fot. PAP/Marcin Obara

„Idziemy drogom naprawy Rzeczypospolitej. I te nasze marsze, to wszystko, co przez te już prawie osiem lat czynimy, to nic innego, jak wpisywanie się w drogę, tworzenie jej bardzo ważnej części. […] Ufajcie, że idziemy drogą w tym samym kierunku, że ten kierunek nie ulegnie najmniejszej zmianie, że dojdziemy do celu, że będziemy mieli nowom, prawdziwie nowom, prawdziwie niepodległom, prawdziwie godnom, prawdziwie silnom Polskę. Przed nami jeszcze trzy takie marsze. One przejdą do polskiej historii, przejdą i będom zapisane złotymi zgłoskami”.

Dlaczego prezes Prawa i Sprawiedliwości tak bardzo nie lubi na końcu wyrazu i masakruje wymową tę nosówkę? Niechęć do przeradza się w sympatię do tejże wtedy (choć nie jest w tym konsekwentny), gdy należy wymówić końcowe -ę: zamiast wpisywać się w tę drogę, pan prezes woli wpisywać się w tą drogę. Może działa sentyment do słynnego „Ludwiku Dorn i Sabo, nie idźcie tą drogą!” Aleksandra Kwaśniewskiego? Niezbadane są sympatie i antypatie prezesa partii rządzącej, nie tylko „w temacie” samogłosek nosowych. Ja jednak wolałabym, żeby walkę prowadził on o nową, niepodległą, godną i silną Polskę. A gdy ta już nastanie, trwające osiem lat marsze Krakowskim Przedmieściem każdego dziesiątego dnia miesiąca z pewnością będą zapisane złotymi zgłoskami w polskiej historii.

Pan prezydent powiedział

Pan prezydent powiedział
fot. tvn24/x-news

Ogłaszając swoją decyzję o podpisaniu ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa, pan prezydent kilka razy mnie zadziwił. Ale nie polityczną wymowę jego wystąpienia mam na myśli.

Cytat pierwszy: Dziwi mnie stawianie nieprzyzwoitej tezy, że ustawy są takie same jak te, które zawetowałem w lipcu.

Teza NIEPRZYZWOITA? W którym miejscu teza o podobieństwie zawetowanych i podpisanych ustaw łamie panujące normy obyczajowe? I czy ktokolwiek dopatrzyłby się w niej cienia wulgaryzmu? Bo nieprzyzwoitość kojarzy się z obscenami. Oczywiście często potocznie mówimy, że coś jest nieprzyzwoite w znaczeniu niewłaściwe, nieodpowiednie, niecenzuralne, karygodne, naganne, ale trudno wystąpienie prezydenta nazwać udziałem w towarzyskiej pogawędce.

Cytat drugi: Zawetowana ustawa o SN zakładała, że wszyscy sędziowie będą musieli odejść z Sądu Najwyższego i tylko ci, których zaakceptuje minister sprawiedliwości, będą mogli w tym sądzie orzekać. Obecnie takiego postanowienia absolutnie nie ma.

A więc czegoś może nie być i absolutnie nie być. Hm…

Cytat trzeci: Co do ustawy o KRS, to z niesmakiem słucham gromkich głosów, wyrażanych przez niektórych przedstawicieli elit, w tym elit sędziowskich, o tym, jaki to straszliwy system zostaje wprowadzony, który będzie powodował naruszenie niezawisłości sędziowskiej.

Panie prezydencie, słuchać z niesmakiem to można plotek…

Cytat czwarty: „Naprawdę uważam, że niezwykle demokratyczne rozwiązania zostają wprowadzone”; „następuje pogłębienie demokratyczności, jeśli chodzi o wymiar sprawiedliwości”.

Rozwiązania zatem mogą być demokratyczne i niezwykle demokratyczne. Niezwykle demokratyczne z pewnością są bardziej demokratyczne niż demokratyczne. To ważne rozróżnienie, jeśli chodzi o pogłębienie demokratyczności.

Cytat piąty: „Zostało zapewnione, że nie tylko jedno ugrupowanie wybierze swoich przedstawicieli do Krajowej Rady Sądownictwa, ale także inne ugrupowania będą miały możliwość wskazania swoich jak gdyby kandydatów”.

Jak to dobrze, że inne ugrupowania będą miały możliwość wskazania jak gdyby kandydatów, bo gdyby wskazały kandydatów, to może powstałby problem?

Od lat marzy mi się, by zawsze móc „odpowiednie rzeczy dać słowo”. Panu prezydentowi wielokrotnie to się nie udało.