Prezydenckie „zwrócę z powrotem”

Andrzej Duda, zwrócę z powrotem
fot. tvn24/x-news

Zakładam, że pan prezydent chciał wzmocnić przekaz, co mu się zresztą udało.

„Decyzja jest następująca: zwrócę z powrotem do rozpatrzenia Sejmowi, czyli zawetuję, ustawę o Sądzie Najwyższym, jak również ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa, albowiem Sejm doprowadził do tego, że są ze sobą powiązane” – powiedział prezydent Andrzej Duda w słynnym oświadczeniu, którego chyba wszyscy rodacy, którym leży na sercu los naszego kraju, słuchali w skupieniu. Niestety, mnie w pewnej chwili coś rozproszyło.

Zwracać z powrotem i wracać z powrotem to „klasyczne” pleonazmy, czyli wyrażenia składające się z wyrazów to samo lub prawie to samo znaczących. Niestety, są tak zadomowione w naszej mowie, że – mimo tysięcy wykładów językoznawców i porad językowych, od których aż się roi na najróżniejszych stronach i portalach internetowych – mało zwracamy na nie uwagi. Szkoda, bo ich użycie obniża jakość, a w przypadku oświadczenia prezydenta Dudy – także rangę wypowiedzi. Błędy językowe popełniają nawet najlepsi i nie mam zamiaru rozdzierać szat, a zakładam, że pan prezydent chciał wzmocnić przekaz, co mu się zresztą udało. Jednak byłoby lepiej, żeby ogłaszając kolejne weta, po prostu zwracał ustawę  do sejmu.

Prezes Kaczyński powiedział

Jarosław Kaczyński,
fot. PAP/Marcin Obara

„Jestem przekonany, że będą znane [afery i przestępstwa poprzedniej ekipy rządzącej] za jakiś czas jeszcze lepiej i że będą konsekwencje, że będziemy mogli powiedzieć, że ten niedobry czas się skończył, że czas dobrej zmiany jest czymś, co na trwałe zmieni Rzeczypospolitą […]– powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas przemówienia wygłoszonego przed Pałacem Prezydenckim na zakończenie obchodów osiemdziesiątej siódmej tak zwanej miesięcznicy smoleńskiej.

Rzeczpospolita i Wielkanoc to najsłynniejsze chyba w polszczyźnie zrosty, czyli wyrazy utworzone z dwóch innych. Pierwsze ich człony można odmieniać, można nie odmieniać – jak sobie życzymy. Ale gdy użyte są w mianowniku lub – jak w tym przypadku – w bierniku,  z oczywistych względów zachowują pierwotną formę. Gdyby prezes Kaczyński twierdził, że trzeba bronić Rzeczypospolitej, wszystko byłoby w porządku i słowem bym się nie odezwała. Ale gdy słyszę Rzeczypospolita, moja polonistyczna dusza cierpi, ośmielam się więc zawołać: Zmieniać można Rzeczpospolitą, panie prezesie!

Jarosława Kaczyńskiego rewitalizacja inteligencji

Jarosław kaczyński, rewitalizacja inteligencji
fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

„Naszym celem jest odbudowywanie, rewitalizacja polskiej inteligencji, w tym tradycyjnym tego słowa znaczeniu, związanej z etosem służby społecznej, z etosem patriotycznym, w dużej części związanej z Kościołem, z katolicyzmem, czasem z innymi religiami” powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości na zjeździe zjednoczonej prawicy w Przysusze. I dalej: „Chcemy z nich robić osoby zaangażowane, niemyślące tylko o sobie, bo to jest warunek bycia inteligentnym”.

Do tej pory żyłam w przekonaniu, że inteligentnym albo się jest, albo nie, i nie trzeba spełniać jakichś warunków, ale mniejsza z tym. W tej wypowiedzi zasmuciło mnie, że inteligencja ma zostać zrewitalizowana. Jarosław Kaczyński nieraz dawał wyraz swoim lingwistycznym umiejętnościom, pisałam już o tym w czerwcu i z pewnością jeszcze wiele razy napiszę, ale tym razem się burzę. Niby wszystko się zgadza: re- + vita – dosłownie: przywrócenie do życia, ożywienie, ale przez pojęcie rewitalizacji rozumie się powszechnie „zespół działań urbanistycznych i planistycznych, których celem jest korzystne przekształcenie wyodrębnionego obszaru gminy będącego w stanie kryzysu wynikającego z czynników ekonomicznych i społecznych”. Jako przedstawicielka inteligencji nie czuję się komfortowo, zestawiona ze zdegradowanym obszarem gminy, któremu należy znaleźć nowe zastosowanie.

Słownik języka polskiego podaje jeszcze dwa inne znaczenia pojęcia rewitalizacja:
1. przywrócenie cerze młodego wyglądu przy pomocy zabiegów kosmetycznych;
2. przywrócenie aktualności dawnym ideom lub poglądom

Sprawę cery z oczywistych względów pominę. Jeżeli pan prezes miał na myśli trzecie znaczenie, nie potrafię zgadnąć, dlaczego zakłada, że inteligencja powinna przywracać aktualność czemukolwiek. Albo też sama powinna zostać zaktualizowana.

Tym razem lingwistyczny zabieg prezesa Kaczyńskiego mnie nie zachwycił.

Osoba personalna Patryka Jakiego

Patryk jaki, osoba personalna
fot. Damian Burzykowski / newspix.pl

„My działamy w imieniu państwa. Uważam, że te wyjaśnienia nie należą się nam jako osobom personalnym z imienia i nazwiska, ale przede wszystkim obywatelom, w imieniu których pani prezydent dysponowała potężnym majątkiem”– powiedział wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, szef komisji weryfikacyjnej ds. warszawskiej reprywatyzacji, komentując decyzję prezydent stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz, która odmówiła stawienia się przed tą komisją.

Nietrudno domyślić się, że autor miał na myśli konkretnego człowieka o konkretnym imieniu i nazwisku. Ale o ile lepiej brzmi: osoba personalna! Są dane personalne, istnienie osoby personalnej zatem jest zrozumiałe samo przez się. Rzeczona osoba personalna poza imieniem i nazwiskiem ma też adres personalny, personalną datę urodzenia, personalny numer PESEL, a wszystkie te personalia oraz personalny numer telefonu zapisane są w aktach personalnych, które znajdują się w posiadaniu kierownika działu personalnego, zwanego kiedyś kadrowym (albo personalnym), a teraz światowo haerowcem.

Osoba personalna, by lepiej poruszać się w świecie, może korzystać z usług trenera personalnego, który przeprowadza trening personalny. W szkole uczono o uniach personalnych i personifikacjach i o tym, że ktoś kiedyś zawołał „Persona non grata”. A jeszcze tyle rzeczy dookoła domaga się personalizacji, na przykład profil na Facebooku czy telefon. Łatwo się pogubić.

Od lat powtarzam: łacina do szkół! Ileż politycy i celebryci zaliczyliby mniej wpadek.

Wartości, które zaczynają lec w gruzach

Beata Szydło, lec w gruzach
fot. Jacek Bednarczyk/PAP

Wystąpienie pani premier Beaty Szydło w Oświęcimiu było szeroko komentowane z powodu zdania „Auschwitz to w dzisiejszych niespokojnych czasach wielka lekcja tego, że trzeba czynić wszystko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli”. Ale ja nie o tym. Mnie zafrapowało inne zdanie – o tym, że „wartości europejskie zaczynają lec w gruzach”. Lec, legnąć – trudne słowa. Zwłaszcza gdy są czasownikami dokonanymi, a chce się ich użyć w formie niedokonanej. Jak to właściwie powiedzieć: zaczynają legać w gruzach? No bo jeszcze nie legły. Autor przemówienia jest chyba młodym człowiekiem i ma problem ze staropolszczyzną.

Z podobną gimnastyką w odmianie mieliśmy do czynienia wtedy, gdy prezydent Andrzej Duda nie zaprzysiągł wybranych przez poprzedni sejm sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Czegóż to wtedy nie dało się z ust młodych dziennikarzy usłyszeć! Dlaczego prezydent nie zaprzysiężył sędziów? I kiedy ich zaprzysięże/zaprzysięży? Czy powinien zaprzysiężyć?

Moja wiara w znajomość ojczystego języka u młodych obywateli naszego pięknego kraju zaczyna lec w gruzach.

Pan prezydent powiedział

Andrzej Duda, trudne tematy
fot. tvn24/x-news

Podczas szczytu NATO w Brukseli, który odbył się w zeszłym tygodniu, prezydent Andrzej Duda rozmawiał z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Relacjonując to spotkanie, oznajmił na konferencji prasowej:

„Są tematy trudne i pan prezydent Macron powiedział, że są tematy trudne, co mnie bardzo ucieszyło, bo przecież ja też mam świadomość, że są tematy trudne. Jak to powiedział kiedyś poeta: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd…”.

Zamarłam. W przysłowiowym ułamku sekundy (swoją drogą: czy ktoś kiedyś zmierzył ułamek sekundy?) przypomniałam sobie ciąg dalszy: „…kula w łeb, bagnet na broń!”, przypomniałam sobie także wspomniane w wierszu brzydkie słowo, którego ponoć użył generał Cambronne w bitwie pod Waterloo w odpowiedzi na wezwanie Brytyjczyków do poddania się, i które my, Polacy, mieliśmy powtórzyć nad Wisłą. Czyżby trudne tematy w stosunkach polsko-francuskich były tak trudne, że trzeba rozważać aż tak radykalne środki? Szczęśliwie pan prezydent roześmiał się głośno i dokończył: „Więc są tematy trudne i padały różne słowa”. A że śmiał się długo i serdecznie, uświadomiłam sobie, że to był żart. Odetchnęłam z ulgą. Ale ciągle zadaję sobie pytanie, jakie to mogły być te różne słowa, które padały. Bo tematy trudne można bez większego wysiłku spróbować określić. Niestety, padające słowa pozostały niewiadomą.

Ktoś kogoś olewa

fot. PAP/Tomasz Gzell

„Ktoś tu olewa prezesa Kaczyńskiego” – powiedział Jakub Stefaniak, rzecznik PSL, mając na myśli pewnego niesfornego ministra. Przeprosił za nieładne słowo, ale nie zmieniło to faktu, że je wygłosił publicznie. Nie on jeden. To paskudne (żeby nie powiedzieć gorzej) słowo (zastanówcie się, co znaczy!) od wielu lat funkcjonuje w „przestrzeni” publicznej (przestrzeń publiczna – jakie to piękne!) i niewiele osób je naprawdę słyszy. Tak spowszedniało, że nawet w słowniku języka polskiego oznaczone jest kwalifikatorem posp., a nie wulg. Bo funkcjonuje w znaczeniu lekceważyć, ignorować kogoś lub coś. Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z tym słowem w oficjalnym, nieslangowym wydaniu – w „Gazecie Telewizyjnej” został umieszczony mądry i ciekawy tekst pewnego bardzo mądrego pana na temat filmu dokumentalnego o carze Piotrze Romanowie. I tenże pan napisał o tymże carze (cytuję z pamięci), że „potrafił olać radę bojarów”. Autorowi przeszło to przez klawiaturę, redaktor i korektor nie zareagowali, zostało wydrukowane. A ja czytając, zamarłam. Potem przetoczyła się lawina i niewielu użytkowników języka uświadamia dziś sobie, jakie jest tego uroczego słowa pochodzenie. A mnie krew zalewa, gdy słyszę, że ktoś kogoś lub coś olewa.