Wszędzie coś rusza

Bardzo lubimy ruszać. Ale wcale nie chodzi o ruszanie głową.

Co rusz dowiadujemy się, że coś rusza. Nie rozpoczyna się, nie podejmuje działalność, nie inicjuje, a właśnie rusza. W całym kraju ruszają przetargi, zbiórki, przesłuchania, a także różne plebiscyty. Ruszają nowe kawiarnie, gabinety lekarskie, szkoły, bezobsługowe markety (przy okazji – dlaczego u nas angielski rynek oznacza sklep?), stacje benzynowe. Ruszają odbiory dróg, remonty, skupy jabłek, wykopki i wszelkie zbiory. Ruszają rozliczne procesy sądowe. Ruszają castingi i precastingi, ruszają zdjęcia do filmów i seriali. Powstają i ruszają portale internetowe.

Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa ruszyła swego czasu z wypłatą zaliczek na poczet dopłat bezpośrednich. W wielu miastach ruszyły budżety obywatelskie, które poprzedziły konsultacje społeczne – te rzecz jasna ruszyły odpowiednio wcześniej.  Aby móc uczestniczyć w jakimś miejskim lub rządowym programie, trzeba czekać, aż ruszą zapisy lub nabór wniosków do tychże, po jakimś czasie ruszają kolejne etapy rekrutacji. W wielu instytucjach i zakładach pracy pod koniec roku ruszy wypłata trzynastych pensji. Robi się chłodno, a więc wkrótce ruszy sezon grzewczy. W teatrach i kinach co jakiś czas rusza przedsprzedaż lub sprzedaż karnetów, ruszają także akcje promocyjne. Kandydaci na wójtów, sołtysów, radnych, burmistrzów i prezydentów miast w odpowiednim czasie ruszają z kampanią wyborczą. W wyższych uczelniach właśnie ruszył rok akademicki, ruszają również nowe kierunki i programy grantowe. W październiku ruszył także kolejny Tydzień Kultury Chrześcijańskiej. W Gdańsku co roku rusza Jarmark św. Dominika, swego czasu w wielu miastach ruszyły Inkubatory Przedsiębiorczości. W stolicy po usunięciu awarii wodociągu ruszyła Trasa Łazienkowska, w Katowicach ruszył jubileuszowy Europejski Kongres Gospodarczy, w Koluszkach ruszył montaż dachów na jakichś zbiornikach, a w Ryanairze ruszył kolejny strajk. Trener pewnego klubu piłkarskiego z dumą stwierdził, że gra jego zawodników ruszyła do przodu. Co jakiś czas rusza nabór do armii. W niektórych miejskich autobusach ruszyła możliwość zapłaty za przejazd kartą płatniczą.

Pytanie z ostatniej chwili: kiedy ruszy przekop Mierzei Wiślanej?

Premiera, pilotka i dramaturżka

Dawniej wszyscy byliśmy ludźmi, teraz wiele osób (i osobniczek) podkreśla, że jesteśmy kobietami i mężczyznami.

Feminizacja zawodów jest faktem, naturalna zatem wydaje się także postępująca feminizacja nazw. Przyznam, że przez długi czas byłam przeciwna „kobiecym” formom: pani redaktor, pani psycholog, pani dyrektor, pani profesor moim i nie tylko moim zdaniem brzmi dostojniej niż redaktorka, psycholożka, dyrektorka czy profesorka. Oswajam się jednak z nimi i coraz mniej bolą mnie uszy, choć nie pozbyłam się zastrzeżeń.

Spore zasługi w tym oswajaniu mają feministki, które nie dostrzegają niczego niepoważnego w tworzonych obecnie na potęgę żeńskich nazwach. Ale są też kobiety, które nie chcą być nazywane adwokatkami, adiunktkami (tu dodatkowym powodem jest możliwość złamania języka przy wymowie), inżynierkami czy doktorkami.

Istnieje wiele nazw zawodów, których żeńskie formy zagościły już dawno w języku: nauczycielka, sekretarka, sprzątaczka, pielęgniarka, przedszkolanka, księgowa, nikogo nie razi też pisarka, działaczka czy kandydatka. Ale dyplomowany to już nauczyciel, o Condoleezzie Rice nikt nie powiedziałby sekretarka stanu, a o Margaret Thatcher, Theresie May, Ewie Kopacz lub Beacie Szydło – premierka lub premiera rządu.

Kłopotów z tworzeniem żeńskich form jest sporo. Zgodnie z wzorcem językowym do męskich nazw dodaje się końcówkę -a, -ka lub -ini albo -yni. Powstały więc m.in: radna, prezydentka, burmistrzyni, wyborczyni, polityczka, ministra, radczyni, naukowczyni, marszałkini, dramaturżka, reżyserka, pilotka, literatka, a także przestępczyni. Niektóre z wymienionych nie budzą mojego oporu, ale… ‘Pani ministra’ wywołuje skojarzenia, że jakaś pani jest związana z jakimś ministrem, radczyni do niedawna oznaczała żonę radcy, reżyserka to w teatrze pomieszczenie dla reżysera, premiera to pierwszy pokaz przedstawienia teatralnego lub filmu, premierka brzmi zabawnie, literatka to szklaneczka, a pilotką zwykliśmy nazywać czapkę „z uszami”. W naszym języku istnieje wiele słów wieloznacznych i kwestią czasu jest przyjęcie nowych znaczeń, ale sądzę, że na to trzeba jeszcze poczekać. A ‘dramaturżka’ wywołuje u mnie skurcz języka i ból uszu. Z rozpaczą myślę też, że mogłabym być kupcą, ślusarką, tokarką, naprawiaczką, elektryczką, technolożką lub kierowczynią.

Mój sprzeciw budzi nie tyle samo zjawisko, jakim jest pojawianie się w języku nowych, żeńskich form nazw zawodów, stanowisk i tytułów, ile uparte dążenie feministek do jego upowszechniania i zalegalizowania. Jestem kobietą, nie odczuwam jednak potrzeby podkreślania na każdym kroku aspektów płci. Nie rażą mnie męskie nazwy zawodów używane w odniesieniu do kobiet i wcale nie uważam, że to skutek wpajania przez lata patriarchalnych przekonań. Pozwólmy, by język „sam” ewoluował. Nie chciałabym być nazywana człowieką, a gdy zajmę się domowymi naprawami – majstrą…

Konstytucja – brzydkie słowo na „k”

Stała się rzecz niesłychana: najstarsze i najbardziej popularne polskie przekleństwo i jednocześnie wulgarne słowo określające kobietę zyskało silną konkurencję. Słowo „konstytucja” stało się drugim po znanym wszystkim słowie na „k”, którego używanie w miejscach publicznych może być penalizowane.

konstytucja
fot. Krzysztof Mystkowski/KFP
www.gdansk.pl

Jeżeli sprawy posuną się dalej, niedługo zaczną zapadać w sądach wyroki, na mocy których trzeba będzie składać publiczne przeprosiny za używanie słowa konstytucja. Niektórzy już postanowili na własną rękę wymierzać karę za skandowanie tego słowa, co uczyniła pełnomocniczka wojewody dolnośląskiego ds. obchodów stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości w trakcie warszawskich obchodów Dnia Weterana, policzkując działaczkę Komitetu Obrony Demokracji. W ocenie niektórych publicystów urzędniczka „zachowała się tak, jak wymagała sytuacja”, gdy „wyjąca tłuszcza krzyczała ordynarne słowa”. Według innych komentatorów – „zachowała się jak trzeba”, co jest oczywistym nawiązaniem do Inki, ofiary stalinowskiego terroru. Wychodzi więc na to, że spoliczkowanie za użycie „ordynarnego słowa” konstytucja jest czynem bohaterskim. A skoro tak, wymiar sprawiedliwości powinien mieć możliwość szybko osądzić wulgarną obywatelkę. Tę i innych równie ordynarnych obywateli.

Osoby używające słowa konstytucja w miejscach publicznych są spisywane przez policję, legitymowani są także ci, którzy nakładają na pomniki koszulki z tym nowym brzydkim słowem. Według policjantów znieważają oni pomniki, według co bardziej krewkich bliźnich  – wręcz bezczeszczą, i dokonujący tych czynów mają sprawy w sądzie. Liczba postępowań prokuratorskich i procesów za używanie słowa konstytucja zdecydowanie przeważa nad tymi, które ostatnio dotyczyły starszego nieprzyzwoitego słowa wygłoszonego w przestrzeni publicznej – wyroki sądowe usłyszały dwie osoby. A nikt nie spisuje milionów rodaków za codzienne używanie słowa k…a we wszystkich możliwych sytuacjach.

Chyba czas sporządzić stosowną ustawę, by móc karać za wypowiadanie słowa konstytucja w miejscach publicznych, a co za tym idzie – wykropkowywać w materiałach drukowanych, wypikiwać w telewizji i oznaczać kwalifikatorem wulg. w słownikach.

Sekretarka i specjalista

Dostałam mejl od pewnej instytucji. Organizacja szacowna, wiadomość ważna, nie mogła zatem zostać podpisana przez zwykłą sekretarkę. Powiadomienie wysłała pani X, specjalista ds. obsługi sekretariatu.

To, że jesteśmy społeczeństwem sfrustrowanym, cierpiącym na kompleks niższości wobec mitycznego Zachodu wiadomo od lat. I bardzo lubimy być lepszymi niż jesteśmy. Za czasów słusznie minionych przejawiało się to kolejkami w Peweksie, wystawkami puszek po coca-coli lub piwa na koszmarnych meblościankach i rewią opakowań, często pustych, po zagranicznych kosmetykach w łazienkach. Siermiężna rzeczywistość domagała się kolorów i blasku. Dziś nasze frustracje najczęściej objawiają się w nadawaniu obcojęzycznych nazw czemu tylko się da (często bez sprawdzania pisowni, jako że dumny Polak nie musi zaglądać do słowników, czego najnowszym dowodem jest nazwa nowo otwartej warszawskiej kawiarni Jakicaffe, w której coffee zlała się z café).

Ważne miejsce w szerzeniu narodowej dumy zajmują także niektóre nazwy stanowisk, służące ukryciu ich często nie najwyższej rangi. Tu nierzadko górę bierze nasza miłość do języków obcych, zwłaszcza angielskiego. W sklepach pojawili się sejl menedżerowie i asystenci sprzedaży (widocznie sprzedaż może mieć asystenta, wszystko dziś jest możliwe), sprawami personalnymi w zakładach pracy przestali kierować kadrowi – ich dzieło kontynuują haerowcy, księgowość prowadzą akont menedżerowie, a życie towarzyskie firmy organizują iwent menedżerowie, dawniej zwani kaowcami.

W wielu nazwach stanowisk widnieje słowo specjalista. Z doświadczenia wiem, że dziś ten rzeczownik nie zawsze oznacza człowieka odznaczającego się gruntowną znajomością jakiejś dziedziny. Czasy się zmieniły i specjalistą można zostać do dwóch latach pracy na jakimś stanowisku. Niektórzy twierdzą, że specjalista „na państwowym” to osoba mająca szerokie koneksje pozwalające jej na rozwijanie kariery. Potrafi wysłać mejl, kserować dokumenty, często rozmawia przez telefon i pije dużo kawy.

A teraz pytanie: w jaki sposób obsługuje się sekretariat? Ja nie wiem, ale pewnie wie to pani, która zajmuje się pracami biurowymi związanymi z działalnością jakiejś osoby lub instytucji, a nie chce być nazywana sekretarką.

„K…a” – zadziwiająca kariera

Sławomir Mrożek w czasie, gdy dyskutowano nad zapisami konstytucji, powiedział: „To nie jest konstytucja Polaków, tam nie ma słowa „k…a”.

Wielki dramatopisarz miał rację. Sadzę, że gdyby „k…a” zanikła, większość Polaków przestałaby z sobą rozmawiać. „O, k…a!, ja p…ę!” wystarczy, by się porozumieć. Można w ten sposób wyrazić wszystko: strach, złość, irytację, a nawet podziw. Te słowa tak spowszedniały, że stały się potocznym przerywnikiem, bo nawet nie można powiedzieć, że przecinkiem. Przecinek służy do logicznego dzielenia wypowiedzi, a w przypadku stosowania „k…y” logiki za grosz.

Jeszcze niedawno przeklinano, by łagodnie określić to zjawisko, tylko w tak zwanym swoim, męskim gronie, a ktoś przyłapany na publicznym przeklinaniu czuł się co najmniej niezręcznie. Teraz słowo zaczynające się na „k” słychać wszędzie: na ulicy, w kinie i teatrze, płynie z ust ludzi obojga płci, w każdym wieku i we wszystkich sytuacjach. Kobiety i dziewczęta już nie płoną rumieńcem, słysząc je, i nie oddalają demonstracyjnie, jak to kiedyś bywało. Wręcz przeciwnie, gorliwie współzawodniczą z przedstawicielami brzydszej płci. Wygląda na to, że używanie tego bardzo starego słowa należy wręcz do dobrego (!) tonu.

Scenarzyści współczesnych polskich filmów i autorzy sztuk wkładają „k…ę” w usta bohaterom bez względu na epokę. W czasach młodości profesora Religi nie przeklinano tak jak teraz, co nie przeszkodziło autorowi scenariusza Bogów ozdobić „k…ą” bardzo wielu dialogów. W przejmującym węgierskim filmie Syn Szawła, niemal niemym, którego akcja rozgrywa się w niemieckim obozie koncentracyjnym, Polacy mówią zaledwie kilka słów, które trudno zrozumieć, ale ze zrozumieniem jednego z nich nie ma żadnego problemu. Strach oglądać teraz nawet stare filmy w telewizji – uwspółcześnione listy dialogowe rozbłysły poezją pełną „k”, a także bratnich „p” i „ch”.

„K…a” stała się naszym towarem eksportowym. Profesor Miodek opowiadał kiedyś, że gdy był w Paryżu, uliczny sprzedawca usłyszawszy polską mowę, zaczął przyzywać potencjalnych klientów wiadomym słowem…

W zdumienie wprowadzają mnie informacje o sprawach sądowych, wytoczonych osobom używającym wulgaryzmów w miejscach publicznych. Przecież wystarczy przejść się kilka minut ulicą, by usłyszeć ich setki. „K…a” podkreśla sens zdania, zastępuje dowolną część mowy i wszystkie znaki interpunkcyjne. Bez niej rodacy nie byliby w stanie porozumiewać się, wojsko i policja byłyby bezbronne, stanąłby przemysł, transport, budownictwo, nawet sejm i senat nie mogłyby obradować.

-latka, -latek…

Niemal codziennie prasa i telewizja informują o dramatycznych przypadkach: ktoś kogoś pobił, zabił, ranił, ktoś zaginął, utonął. Ale dlaczego przekazujący te smutne wieści mają przykry zwyczaj wypominania wieku ofiarom i sprawcom? Jakby to miało szczególne znaczenie.

  • W trakcie wyjaśniania szczegółowych okoliczności zdarzenia policjanci ustalili, że to obecni na miejscu 23-latka oraz jej 30-letni kolega są odpowiedzialni za pobicie mężczyzny. Jak się okazało, para umówiła się z 42-latkiem w celu wyjaśnienia nieporozumień między nimi.
  • Dwóch mężczyzn zaatakowało 60-latka na drodze. 60-latek trafił do szpitala, gdzie spędził trzy dni.
  • Jak ustalono w oparciu o zgromadzony materiał dowodowy, 42-latek miał świadomość niepełnosprawności intelektualnej pokrzywdzonej.
  • Nie żyją 18-latek i 42-latek.
  • 33-latek usłyszał zarzut zabójstwa, a 24-latek poplecznictwa.
  • Białostoccy policjanci zatrzymali 42-latka podejrzewanego o nielegalną uprawę narkotyków.
  • 52-latek zwyzywał ratowników medycznych, był agresywny i rzucił się na lekarza.

Na dodatek zapisywane jest to jak wyżej, jakby przedstawiciele służb mundurowych i dziennikarze hurtem zapomnieli, że można powiedzieć/napisać na przykład: czterdziestodwuletni mężczyzna, siedemdziesięcioletnia kobieta, trzynastoletnia dziewczynka, siedemnastoletni chłopiec, jeżeli uznać, że wiek ofiar lub złoczyńców jest istotny dla sprawy. A często nie jest.

Czy tak trudno powiedzieć/napisać: Zginęli dwaj młodzi mężczyźni? Okradziono starszą kobietę? Ofiarą wypadku był kilkunastoletni chłopiec? Napadnięto starszego mężczyznę?

Wiek obywatela nie należy do danych wrażliwych, mimo to za każdym razem, gdy słyszę podobną do przytoczonych relacji, wszystko się we mnie burzy.

Wasza poirytowana hm-hm-latka

Suweren, czyli władca

W kraju dzieją się ważne rzeczy, dziś więc o słowie związanym z wydarzeniami politycznymi ostatnich blisko trzech lat. O „suwerenie”.

suweren
www.ceneo.pl

Partia rządząca, poza zmianami politycznymi, dokonuje także zmian na polu lingwistycznym. Efekty niektórych zabiegów są dyskusyjne, żeby nie powiedzieć: przedziwne. Słowa o utrwalonym – wydawałoby się – znaczeniu nabierają zgoła innego. Przykłady można by mnożyć, nie chcę jednak zapuszczać się zbyt daleko na polityczne podwórko, przypomnę kilka „obojętnych”. Wygaszaniem nazywa się likwidację, proponuje się też rewitalizację inteligencji, jakby był to obszar gospodarczy. Media i banki zdaniem rządzących należy zrepolonizować. Kiedyś repolonizowano ludność, teraz okazuje się, że można to czynić z instytucjami. Jak przyjmuje się kulturę polską lub język polski (bo to do niedawna oznaczało pojęcie polonizacji) w bankach i mediach – nie wiem. O tyle to zabawne, że w terminologii używanej przez pracowników tychże wyraźnie widać dominujący wpływ angielszczyzny.

„Suweren oczekuje”, „suweren wybrał”, „suweren zdecydował” – mówią politycy prawicy, niestety powtarzają też inni, powtarzają media. Słowo suweren jest od jakiegoś czasu synonimem słów naród, społeczeństwo. Słowniki, nawet te dostępne w Internecie, wyraźnie nie nadążają za zmianami (może nie chcą?), bo uparcie trzymają się tego, że suweren to ‘niezależny władca, zwykle średniowieczny, niepodlegający niczyjej zwierzchności’, ‘senior, zwierzchnik wasala w epoce feudalnej’, a także ‘dawna złota moneta mająca rozmaitą wartość w różnych krajach’. Historycznie zatem rzecz ujmując, (pomijając sprawę monety), suweren to władca. Idąc tropem myślenia polityków, władcą jest naród (ho, ho, nie byle jaki, bo Naród Polski!).

Politycy, by uwiarygodnić swoją działalność, stosują różne zabiegi retoryczne. Mnie nowe znaczenie słowa suweren uwiera od dawna. Trzeba przyznać, że sprytny PR-owiec odwołał się także do pojęcia suwerenności narodu, rozumianej jako zdolność do samodzielnego, niezależnego od innych podmiotów, sprawowania władzy nad określonym terytorium. A że w konstytucji RP widnieją zapisy: „1. Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu. 2. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio”, nic więc dziwnego, że wybrani do sejmu i senatu często na konstytucję się powołują. Gorzej, że sami uznali się za władców. Twór językowy i kryjące się za nim pojęcie fiknęły koziołka. Jednak od czasu do czasu naród-suweren daje znać, że on sam i jego sejmowi oraz senaccy przedstawiciele to jednak obce sobie ciała.

Biało-czerwoni – oni czy my?

biało-czerwoni
fot. PAP/Grzegorz Jakubowski, onet.pl

Biało-czerwoni nie budzą moich emocji. Nie wywołuje we mnie gorączki obserwowanie jedenastu milionerów biegających za jedną piłką. Na robią wrażenia doniesienia o przelotach, zgrupowaniach, kontuzjach, rozgrzewkach, treningach, planach ustawieniach na boisku, a także żonach, narzeczonych i partnerkach futbolowych bohaterów, wypełniające rubryki sportowe i towarzyskie licznych polskich mediów. Nie mam w sobie kibicowskiego genu i już.

Oglądając w telewizji serwisy informacyjne, czuję się często wyalienowana, ponieważ nie podzielam uczuć kibicom towarzyszących: euforii, gniewu, żalu, rozczarowania, i nie śpiewam razem z nimi (choćby dlatego, że drażni mnie przesunięty akcent w słowie biało-CZERwoni – ot, taka filologiczna przypadłość). Doniesień o przedmundialowych przygotowaniach i mundialowych potyczkach przede wszystkim słucham. I znowu czuję się osamotniona, bo nie potrafię zrozumieć, czemu niemal wszyscy komentatorzy usiłują mnie przekonać, że gra Polska, a nie Polacy lub polscy piłkarze. Wiem, wiem, to metonimia, figura stylistyczna, ale nic nie poradzę na to, że w przypadku futbolu nieco irytująca. Ale nad tym łatwo przejść do porządku dziennego, jako że to stare i powszechne zjawisko: dziennikarze donoszą o stanowisku pałacu prezydenckiego, a nie prezydenta, stanowiska Polski, a nie polskiego rządu, lub twierdzą, że cała Warszawa, a nie jej mieszkańcy robią to czy tamto. Także ja sama czasem oznajmiam, że czytam Pilcha, a nie jego powieść. Historia literatury (i nie tylko literatury) zna wiele takich metonimicznych przypadków i nie ma o co kopii kruszyć.

O wiele bardziej irytują mnie stwierdzenia komentatorów, że oto MY gramy, MY przegrywamy/przegraliśmy, wygrywamy/wygraliśmy, zremisowaliśmy, przeszliśmy/nie przeszliśmy do drugiej rundy rozgrywek, odpadliśmy z tychże lub awansowaliśmy, wyszliśmy/nie wyszliśmy z grupy. Przepraszam, JA nie gram/nie wygrywam/nie remisuję/nie awansuję. Podobnie nie czyni rzesza nawet najzagorzalszych kibiców. A więc to nie MY, a ONI. Choć pewnie MY też chcielibyśmy zarabiać kolosalne pieniądze. Niczego IM nie zazdroszcząc oczywiście.

Pomarzyć zawsze można.

 

„Pisiaki” i „pisiory”

Polityka Prawa i Sprawiedliwości wywołuje silne reakcje. Uruchomiła też u wielu pokłady zdolności słowotwórczych.

Nietrudno zgadnąć, że przypływ sił lingwistycznych najsilniejszy jest po stronie osób z tą polityką się nie zgadzających. Określeń nienacechowanych negatywnie nie jest dużo: o ludziach związanych z partią rządzącą mówi się najczęściej PiS-owcy/pisowcy (na wzór PO-wcy/peowcy, KOD-owcy/kodowcy, PZPR-owcy/pezetpeerowcy). Istnieje także pieszczotliwy wręcz rzeczownik pisiaki, przywołujący na myśl misiaki. Obojętny a niewątpliwie zabawny wydaje mi się też inny rzeczownik PiS-i/pisi/ PiSi (jak mnisi), choć zbudowany według tego samego wzoru przymiotnik ma już negatywne konotacje (wyrażenia pisia polityka czy pisie rządy nie kojarzą się dobrze). Za zabawne można też uważać nazywanie członków i zwolenników partii rządzącej pisiactwem, choć pejoratywny odcień nietrudno zauważyć. Pozostałe, które udało mi się zanotować, mają już zdecydowanie nieprzyjazną wymowę. Nazwanie członków i zwolenników Prawa i Sprawiedliwości pisiorami, pisusami, pisdzielcami i pislamistami nie świadczy o sympatii. Forumowicze portali nieprzychylnych rządowi nazywają jego członków  PiSmanami/PiSmenami (to ci lubiący angielszczyznę) lub – gorzej – PiSmannami (a to nie tyle germaniści, ile nawiązujący do historii).

O kimś, kto nagle objawił sympatię do przedstawicieli rządzących, mówi się, że spisiał, a wcześniej, zanim spisiał,  objawił pisologiczny zapał, mógł też pokazać się jako pisolubny. Powstało także pocieszne określenie obecnego ustroju państwa – PiSancjum (niewątpliwie zasłużył się tu krótkotrwały komendant główny Policji, Zbigniew Maj, odkrywający Bizancjum w gabinecie poprzednika). Mniej komiczny jest PiSlam.

Najciekawszym jednak słownym tworem ostatnich blisko trzech lat wydaje mi się pistoryzacja polskiej historii, odnoszącym się do zjawiska nazywanego polityką historyczną, którego to tworu autorem jest Piotr Osęka. A zdanie „Oczko się odkleiło temu PiS-iu” wręcz mnie urzekło!

Ubogacać życie i słownictwo

Jest kilka słów będących w powszechnym użyciu, budzących we mnie (i wielu innych) szczególne uczucia. Jednym z nich jest „ubogacać”.

Ponoć odpowiedzialnym za rozpowszechnienie tego słowa, używanego już w czasach Hugona Kołłątaja, a obecnie oznaczającego wzbogacenie duchowe, powiększenie zasobu niematerialnego, jest kardynał Józef Glemp. O ile przystaje ono do języka Kościoła – trudnego, hermetycznego, często pełnego patosu („Uczestnicząc w ofierze mszy świętej, ubogacamy swoje serca, swoją duszę”) – o tyle w zwykłym życiu drażni. Wygląda jednak na to, że wrażliwość językowa dana jest tylko nielicznym. Co chwila dowiadujemy się, że coś kogoś nie wzbogaca, a ubogaca. Pewnie dzięki ubogacaniu ten ktoś czuje się lepszy, mądrzejszy, może sądzi też, że ubogaca polszczyznę.

Ubogacać stało się słowem-wytrychem, oznaczającym ‘poznać coś nowego, posiąść nową umiejętność’. Używając go, nie musimy precyzyjnie formułować myśli. Ale, jak wiadomo, Polak potrafi i – nie bacząc na ducha – postanowił ubogacać także materię. Wzbogacanie czegoś woli nazywać ubogacaniem. Tu nie bez winy są również słudzy Kościoła, którzy twierdzą na przykład, że nowe witraże ubogacą świątynię. A że to pretensjonalne? Nic to, ważne że „tak się mówi”.

Po pobieżnej lekturze kilku artykułów w Internecie wiem, że:

  • darami można ubogacać inne osoby;
  • Polacy nie przyjmując imigrantów, nie chcą ubogacać się kulturowo;
  • dzięki mobilności obywatele Europy mogą ubogacać się wzajemnie;
  • czas wolny jest źródłem ubogacania się dzieci i rodziców;
  • któregoś wdzięcznego ucznia ubogacali i nadal ubogacają jego profesorowie;
  • członków pewnego konsorcjum ubogaciła wspólna praca;
  • wykłady dla studentów można ubogacić ilustracjami, zdjęciami i schematami;
  • a także, że zaostrzając prawo aborcyjne, rząd chce rodaków ubogacić chorymi i niepełnosprawnymi dziećmi.

Dowiedziałam się również, że „proces poznania ubogaca umysł”. Tę złotą myśl dedykuję wielu moim rodakom.