Kochamy „tak że”

Wygląda na to, że wypowiedź bez „tak że” wydaje się niektórym niepełna.

Tak że siedziało sobie lata całe cichutko w kąciku słownika, z rzadka używane. Aż nagle nastąpiła eksplozja i, podobnie jak tak naprawdę,  stało się niemal podstawą wypowiedzi rodaków. Wygląda na to, że wypowiedź bez tak że, które zaczęło zastępować synonimiczne tak więc, więc, zatem, toteż, a więc, a zatem, dlatego, tym samym i starsze ergo, przeto, tedy, wydaje się niektórym niepełna.

„Stoimy w kolejce na Kasprowy Wierch ponad pół godziny, tak że życzę cierpliwości”.

„Zrobiliśmy sobie superzdjęcia, tak że będą fajne wspomnienia”.

„Będą jeszcze dwa kursy, na razie nie wiadomo które. Tak że na razie odpoczywamy”.

„Nie znam tego człowieka, tak że nie ma o czym mówić”.

A gdy mówiącemu brakuje pomysłu na następne słowo, ratuje się, mówiąc: Tak że, tak że…, aby nie zamilknąć.

Niestety, nastąpił nieunikniony ciąg dalszy: ponieważ tak że brzmi jak także (synonim również), w piśmie także zaczęło zastępować tak że. I nie dotyczy to tylko internautów, którzy za nic mają zasady pisowni. Oto przykład z Bardzo Ważnej Gazety cytującej wypowiedź arcybiskupa Henryka Hosera na temat głodówki lekarzy rezydentów:

„Ja, gdy byłem w młodym wieku i pracowałem jako lekarz w szpitalach warszawskich, też dyżurowałem po 38 godzin kilka razy w miesiącu. I zarabiałem też głodową pensję. Także ja rozumiem ich postulaty”.

Ekspansja trwa. Ostatnio tak że zastępuje również… nie wiadomo co. Bo jak zrozumieć: Tak że pozdrawiam albo Tak że żegnam się?

Tak że ja też postanowiłam pozdrowić czytelników i pożegnać się – do następnego wpisu.

Nie wiem, ale powiem

Wiele osób, w tym dziennikarze (a ich sposób mówienia staje się, niestety, wzorem naśladowanym i w życiu codziennym), gdy przez chwilę zastanawiają się nad czymś, mówią nie wiem.

„Wyobraźmy sobie, nie wiem, Piotra G.”,

„Być może w towarzystwie, nie wiem, innych osób […]”,

„To nie jest kierowca, który, nie wiem, był niedoświadczony”,

„Jest to coś, co przejawia się, nie wiem, w codziennych rozmowach”,

„Takie nowoczesne samochody mają, nie wiem, GPS”,

„Na dole w bazie gramy w karty, nie wiem, oglądamy telewizję”,

Być może będzie się wzywać sędziów, nie wiem, do WKU”,

„Chciałbym pracować, nie wiem, w administracji” – to zanotowałam jednego dnia.

Dlaczego i po co nie wiem? Nie wiem.

Opadające rogatki

rogatkiDawno, dawno temu rogatkami miasta nazywano miejsca na granicy danej miejscowości.

„Rogatki już zaczęły opadać, gdy na przejazd kolejowy wjechał autobus” – usłyszałam głos dobiegający z telewizora i, zelektryzowana tą wiadomością, pobiegłam przed odbiornik, żeby zobaczyć rogatki, które mają zdolność opadania (z pewnością niejeden polityk powiedziałby, że mają zdolność opadania w dół). Pokazywano autobus uwięziony między szlabanami. Nie było innej możliwości, musiałam pogodzić się z myślą, że młoda dziennikarka, relacjonująca to zdarzenie, rogatkami nazwała szlabany. Nie pierwszy to zresztą raz usłyszałam w telewizji o rogatkach, które – jak mi się wydawało – rogatkami nie są. Jakiś czas temu zdumiałam się, dowiadując się od innej bardzo młodej dziennikarki, że rogatki to barierki. Był dziesiąty dzień miesiąca, na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie pojawiły się owe metalowe elementy ogrodzenia. Wtedy jeszcze kładłam to na karb zdenerwowania młodej osoby: może był to debiut przed kamerą? A i sytuacja niecodzienna, bo rzeczone barierki, w ogromnej liczbie, pojawiły się po raz pierwszy.

Dawno, dawno temu rogatkami miasta nazywano miejsca na granicy danej miejscowości. A same rogatki to były budynki przy głównym trakcie komunikacyjnym prowadzącym do  miasta, siedziba władz skarbowych, których zadaniem było pobieranie opłat celnych i drogowych. Między budynkami-rogatkami ustawiano zamykającą przejście ruchomą barierę. I tu jest pies pogrzebany. Nastąpiło proste przełożenie i współcześnie rogatkami stały się szlabany i inne zapory drogowe. Nie jestem w stanie przekonać siebie samej, że to dobry pomysł. Z przykrością stwierdziłam, że nowe znaczenie słowa rogatka odnotowują już słownik języka polskiego PWN i  wikipedia. Ja uparcie dojeżdżam do rogatek danego miasta, czekam przed szlabanem na możliwość przejazdu, a po drodze oglądam barierki.

Manifestacje, protesty i miesięcznice

manifestacje, protesty i miesięcznice
fot. Maciej Kulczyski/PAP

Młodzi dziennikarze, a i politycy, bardzo ostatnio polubili personifikację.

Przypisywanie cech ludzkich pojęciom abstrakcyjnym i zjawiskom byłoby godne pochwały, wszak historia literatury zna wiele pięknych przykładów, gdyby nie szczegół: zastosowanie.

W naszym życiu politycznym zaznaczają się ostatnio manifestacje, protesty i miesięcznice. Z relacji dziennikarskich dowiaduję się, że manifestacje nie tylko są organizowane, ale także – nabrawszy życia – ruszają przed siebie. Dziennikarze informują widzów, że manifestacje i protesty idą pod sejm, Sąd Najwyższy lub dom Jarosława Kaczyńskiego (kiedyś „chodziły” pod dom Wojciecha Jaruzelskiego). Każdego dziesiątego dnia miesiąca dociera do mnie informacja, że Krakowskim Przedmieściem przechodzi miesięcznica smoleńska lub że odbywa się pochód miesięcznicy. W jaki sposób manifestacje, demonstracje i protesty mogą się przemieszczać – nie wiem, ale wiedzą to relacjonujący owo przemieszczanie.

Cech ludzkich nabiera także monitoring, rozumiany jako stały nadzór nad jakimś obiektem. To angielskie słowo zadomowiło się w polszczyźnie (kiedyś obserwowano, nadzorowano, kontrolowano, teraz się monitoruje) i choć mnie razi, milknę, bo językoznawcy zaakceptowali jego istnienie.

Życie monitoringu jest nawet ciekawsze niż życie protestów, manifestacji i miesięcznic. Z telewizyjnego okienka płyną informacje, że policja nie może wpaść na ślad przestępców, bo monitoring był uszkodzony, znikł albo go w ogóle nie było. W monitoring wyposaża się pociągi, budynki, szkoły czy sklepy. I gdy coś złego się stanie, a rzeczony monitoring jest z jakichś powodów nieobecny, trudno sobie poradzić z ustaleniem przebiegu wydarzeń.

Także transport zaczyna żyć własnym życiem. Z telewizji dowiedziałam się, że pewien „transport sprzętu wojskowego zahaczył o wiatę dworca kolejowego”.

Kiedyś personifikowano cnoty, grzechy, pory roku, żywioły… Komu to przeszkadzało?

Galerie, salony i premiery

galerie, salony i premieryKtóryś sprytny marketingowiec wpadł kiedyś na pomysł, by sięgnąć do języka świata sztuki.

Nasycenie rynku towarami zmusza marketingowców do szukania coraz to innych sposobów zajmowania uwagi klientów. Produkt, by został sprzedany, powinien się wyróżniać – to podstawowa zasada handlowców. Któryś sprytny marketingowiec wpadł kiedyś na pomysł, by sięgnąć do języka świata sztuki. I zadziałało.

Zapewne jestem przewrażliwiona, nieustannie też marzy mi się, by „odpowiednie rzeczy dać słowo”. Dla mnie galeria to ciągle salon wystawowy, w którym sprzedaje się dzieła sztuki albo też kolekcja dzieł sztuki. Trudno dziełami sztuki nazwać nawet najpiękniejsze, ale jednak garnki czy buty, tymczasem galerie handlowe mają się dobrze. Świetnie mają się też galerie wnętrz, galerie kominków, galerie fryzur czy galerie upominków. O ileż przyjemniej kupować w galerii niż zwykłym sklepie!

galerie, salony i premieryPodobnie rzecz ma się z salonami. Kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, dostanie się na salony było często niedościgłym marzeniem parweniuszy, w salonach spotykała się śmietanka towarzyska, uczeni i artyści. Teraz w salonach kupujemy samochody, telefony, odzież, w salonach poddajemy się zabiegom upiększającym albo masażom tajskim. Współczesne mieszkania też obowiązkowo „wyposażone” są w salon, jeszcze niedawno nazywany swojsko pokojem stołowym. Czujemy się dzięki temu lepsi, dowartościowani, choć na prawdziwy salon niewiele osób może sobie pozwolić, chociażby z racji niewielkiego metrażu tego pomieszczenia. Znakiem czasów stało się dla mnie pytanie skierowane do językoznawców z którejś poradni językowej: „Chcę zatytuować sklep i nie wiem, jak się pisze: SALON ODZIEŻY czy SALON ODZIEŻOWY?” [pisownia oryginalna]. Nadać sklepowi tytuł – to dopiero wyzwanie!

Najbardziej jednak mnie, człowieka teatru, drażni nowe zastosowanie słowa premiera. Premiera w teatrze to święto – pierwsze, po wielomiesięcznych przygotowaniach i wytężonej pracy całego zespołu, przedstawienie danego utworu. Premiera superbolidu Mercedesa, premiera najnowszej generacji iPhone’ów, premiera gry komputerowej czy premiera biografii wywołują u mnie nerwowy skurcz.

Właśnie rzucił mi się w oczy tytuł w gazecie: Malczewski w sklepie z butami, czyli muzealna przeprowadzka. Autorka pisze: „Muzeum Historyczne Krakowa przeprowadza się na trzy lata do… Galerii Krakowskiej. […] W nowym miejscu MHK zamierza też prowadzić działalność edukacyjną i częściowo wystawienniczą, co oznacza, że muzealnicy ze swoimi wystawami, miniekspozycjami czy konkursami pojawią się w przestrzeni sklepów”.

Nic dodać, nic ująć. A o panoszących się przestrzeniach napiszę niebawem.

 

W krainie delikatności

Bardzo świat nam ostatnio wydelikatniał.

Pogodynki i pogodynkowie informują nas, że będzie padał delikatny deszcz lub delikatny śnieg, że ciśnienie delikatnie spada albo że wróci delikatna zima, dziennikarze, omawiając sondaże, twierdzą, że Platforma Obywatelska i Nowoczesna delikatnie zyskują, krótka pauza staje się delikatną pauzą, niektórzy mówią delikatnym szeptem, jakieś sprawy odznaczają się delikatnym kontrastem, robimy delikatne bilanse, dostrzegamy delikatne minusy jakiejś sytuacji, coś jest delikatnie zmienione, kobiety robią sobie delikatny manicure, ktoś nawet obwieścił światu, że przeżywa delikatną traumę. W sklepach roi się od delikatnych serów, delikatnych kremów i delikatnych szamponów (z metki jednego z nich dowiedziałam się, że jest “extremalnie delikatny”), czytam przepisy na delikatne omlety, proponuje mi się jedzenie delikatnych bananów, na wielkie wyjście mogę kupić delikatny naszyjnik. A przebojem jest delikatnie inaczej. W sieci bez większego trudu znalazłam takie oto przykłady:

“W zależności od koloru obudowy telefony mogą się delikatnie inaczej prezentować”.

„Nie ograniczam się do jednego zestawu ćwiczeń, uważam, że każdy wpływa delikatnie inaczej na nasze mięśnie”.

„Zdjęcie jest sprzed dwóch lat, teraz wyglądam delikatnie inaczej”.

„Bukmacherzy delikatnie inaczej typują jednak w tej kwestii”.

Skąd ta moda na delikatność? Nie wiem. Zapewne ktoś kiedyś w telewizji zamiast słaby, nieznaczny, subtelny, lekki, lekkostrawny, wrażliwy, łagodny, taktowny, nieznaczny, nieostry, blady, słabo/mało widoczny, czuły, kruchy, łamliwy powiedział delikatny, co oczywiście nie jest błędem, i pooooszło, nie zawsze we właściwym kierunku. Ale nadmiar delikatności może skutkować czkawką. Delikatną oczywiście.

Dwójka osób, piątka synów

Słuchając młodych ludzi, którzy karierę dziennikarską zaczynają od ulicznych sprawozdań, dochodzę do smutnego wniosku, że podczas zawodowej edukacji nacisk kładzie się na mówienie na różne sposoby o tym samym, a nie na precyzję i staranność wypowiedzi.

Od dawna nie mówimy dziesięcioro przykazań, tylko dziesięć przykazań, bo tak łatwiej. Odmiana liczebników zbiorowych sprawia nam tak wiele kłopotów, że już lata temu postanowiliśmy z niej zrezygnować lub przynajmniej ograniczyć. Dwoje, dwojgu, dwojgiem, pięciorgiem, dziesięciorgiem, dwanaścioro, osiemdziesięcioro, sto pięćdziesięcioro dwoje to tak trudne formy, że lepiej je omijać. Gdy jakaś kobieta twierdzi, że jest matką trójki dzieci, gdy policjant mówi o dwójce pieszych, nie denerwuję się przesadnie, ułatwianie sobie życia jest jak najbardziej zrozumiałe, choć lepiej by było, gdyby mówiono o pięciorgu dzieciach albo dwojgu pieszych, jeżeli to kobieta i mężczyzna, lub dwóch, jeżeli pieszymi byli panowie. Nie tylko z liczebnikami zbiorowymi mamy kłopot. Pięć kobiet – proste, ale pięciu mężczyzn, pięcioma mężczyznami – odmiana w rodzaju męskoosobowym stanowi problem. Ale radzimy sobie, piątka nam pomaga.

Gdy na pasku w telewizorze lub w artykule w gazecie czytam o rodzicach piątki synów, gdy dziennikarz opowiada o wypadku, w którym kierowca samochodu rozjechał (!) trójkę dzieci, a świadkami wypadku była dwójka osób lub czwórka przechodniów, trudno mi sięgać do pokładów tolerancji. Wydawać by się mogło, że zwłaszcza dziennikarze, których wypowiedzi stają się wzorem do naśladowania, powinni posługiwać się starannym językiem i omijać potoczne wyrażenia. Słuchając młodych ludzi, którzy karierę dziennikarską zaczynają od ulicznych sprawozdań, dochodzę do smutnego wniosku, że podczas zawodowej edukacji nacisk kładzie się na mówienie na różne sposoby o tym samym, by wypełnić czas antenowy, a nie na precyzję i staranność wypowiedzi. Bo słów mnóstwo, treści mało, a forma kuleje.

Jedna z młodych dziennikarek, chcąc precyzyjnie się wysłowić, swoją wypowiedź poprzedziła wstępem: „Precyzując dokładnie…”. Ja też postanowiłam dokładnie sprecyzować swoją opinię: Dwójka, państwo dziennikarze!

Zdradzieckie mordy i opozycjonowanie

Jarosław Kaczyński, zdradzieckie mordy
fot. PAP/wpolityce.pl

Wtorkowe posiedzenie sejmu, podczas którego miano dyskutować o ustawie o Sądzie Najwyższym, uwidoczniło, nie pierwszy raz, jak nieparlamentarny stał się język parlamentarzystów. „Zdradzieckie mordy” i „kanalie” prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego zawojują memy, ale mnie i z pewnością wielu innym do śmiechu nie jest. Tak okropnych słów jeszcze nikt w polskim sejmie nie użył. Język polityków od dawna wykazuje postępującą brutalizację, coraz więcej wolno w debacie publicznej, coraz mniej zgorszenia budzą słowa, których kiedyś na salonach, w salonkach i zwykłych miejscach, w których spotykają się ludzie, nikt nie odważyłby się wygłosić.

Podczas tej debaty zasmucił mnie także prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz, który powiedział do posłów partii rządzącej: „Ubieracie maskę sprawiedliwości”. W kwietniu zastanawiałam się, słysząc słowa Roberta Biedronia, w co można ubrać rękawiczki.

Ubieranie rękawiczek

Teraz zaczynam się głowić, jak i w co można ubrać maskę. W starożytnym teatrze maski wkładano, we współczesnym dziennikarsko-politycznym świecie maski się ubiera. Pytanie: w co? pozostaje bez odpowiedzi. I męczy mnie ciągle, bo co i rusz słyszę, że rodacy ubierają różne części garderoby.

I na koniec miły akcent: jedna z bardzo młodych osób manifestujących w obronie niezawisłych sądów, może dwunastoletnia dziewczynka, zapytana przez reportera, dlaczego to robi, odpowiedziała rezolutnie: „Trzeba opozycjonować!” Urzekło mnie to słowo. W jedno zlało się opozycja i znane z internetowego języka pozycjonowanie. Znak czasów. Ale jaki uroczy!

Polki i Polacy

W Anglii mieszkają Anglicy, we Francji Francuzi, w Niemczech Niemcy, w Stanach Zjednoczonych Amerykanie, w Rosji Rosjanie, w Czechach Czesi, w Rumunii Rumuni, w Norwegii Norwegowie, w Szwecji Szwedzi, w Bułgarii Bułgarzy, w Chinach Chińczycy… Jedynie w Polsce mieszkają Polki i Polacy. Nie pamiętam, który z polityków (lub która z polityczek) dokonał tego przełomowego odkrycia, ale wielu z nich zawstydziło się, że przez tyle lat Polki ignorowali, i na wyprzódki zaczęli naprawiać krzywdę im wyrządzoną. Wśród najważniejszych zawstydzonych są dwie kobiety: premier Beata Szydło i była premier Ewa Kopacz.

„Ja chcę rozmawiać o sprawach ważnych dla Polaków i dla Polek”. „Polki i Polacy muszą wiedzieć, że nie spoczywamy na laurach zwycięstwa” – to premier Szydło.

Była premier Ewa Kopacz chyba częściej martwi się o los obywateli i obywatelek naszego państwa:

„Najcenniejszą rzeczą dla wszystkich Polek i Polaków są: szacunek, lojalność wobec własnego kraju […]”, „Polki i Polacy, słyszeliście wypowiedź kobiety. Kobiety, która za chwilę może być premierem polskiego rządu […]”.
„Ja chcę rozmawiać o sprawach ważnych dla Polaków i dla Polek.
„Drogie Polki i Polacy, stoję tu przed wami i nikogo nie udaję”.

O Polakach obojga płci słychać oczywiście także z mównicy sejmowej:
Polki i Polacy was rozliczą, a San Escobar nie przyjmie wniosku o azyl”.
„My, Polki i Polacy, nieraz zmuszeni byliśmy uciekać z ojczyzny przed wojną czy represjami politycznymi” – to Sławomir Neumann z Platformy Obywatelskiej.

Przedstawiciele innych partii i ugrupowań nie chcą być gorsi, choć wprowadzają warianty. Oto apel partii Razem:
„Jutro o 8.45 podczas konferencji prasowej w warszawskim biurze Razem przedstawimy nasz apel do demokratów i demokratek na prawicy”.

A to zaproszenie do wzięcia udziału w manifestacji pod pałacem prezydenckim:
„Przyjdź, przynieś świeczkę i wzorem dawnych mieszkanek i mieszkańców Polski, którzy świecami odpędzali burzowe gromy, zapal ją pod Pałacem Prezydenckim”.

Dziennikarze także nadrabiają zaległości. Oto kilka tytułów artykułów w gazetach:
„Ile zarabiają Polki i Polacy?”
„Polki i Polacy zdradzają, kiedy partnerzy nie spełniają oczekiwań seksualnych”
„Tak się ubierają Polki i Polacy”
„Polki i Polacy na emigracji”

Polki i Polacy
You Tube/”Ucho prezesa”

Nic jednak nie przebije najsłynniejszego:
„Przez osiem ostatnich lat Polki i Polacy byli ignorowani przez rząd Platformy, który nie wsłuchiwał się…”.

 

Ciężko zrozumieć

Nasz wspaniały kolarz Rafał Majka, który uległ wypadkowi podczas Tour de France, zdecydował o rezygnacji z dalszej jazdy i opisując swój stan zdrowia, powiedział między innymi: „Ciężko mi się oddycha”. Dlaczego ciężko, a nie trudno? Akurat ciężkie oddychanie łatwo zrozumieć, bo chory ma wrażenie, że czuje ciężar na klatce piersiowej. Jednak zastrzygłam uszami, słysząc to, ponieważ bardzo nam wszystkim ostatnimi czasy ciężko, choć właściwie jest nam trudno.

Mariusz Ciarka, ciężko zrozumieć

Ciężko mi się odnieść do takich sytuacji” – powiedział któregoś razu Mariusz Ciarka, rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji;
Ciężko mi powiedzieć, co pan prezydent Trump będzie chciał powiedzieć – to słowa rzecznika prasowego rządu, Rafała Bochenka, pytanego o przebieg wizyty prezydenta Donalda Trumpa w Polsce (przy okazji złośliwie zauważę, że zapytany także o to, dlaczego pani premier Beata Szydło nie spotka się z prezydentem Stanów Zjednoczonych, odpowiedział w wyszukanej współczesnej polszczyźnie „To nie jest format premierowski”);

Marcin Kierwiński, ciężko zrozumiećAndrzej dera, ciężko zrozumiećAgnieszka Kublik, ciężko zrozumieć
Ciężko sobie wyobrazić, że pani premier weźmie udział we wtorkowej debacie” – to poseł Platformy Obywatelskiej Marcin Kierwiński;
Ciężko mi znaleźć pozytywne efekty pracy Donalda Tuska w Radzie Europejskiej” – a to już Andrzej Dera, sekretarz stanu w kancelarii prezydenta;
„Temu też ciężko dać wiarę” – i dziennikarka Agnieszka Kublik.

Gdzie się nie ruszyć, natykamy się na coś ciężkiego. Ciężko nam coś zrozumieć, ciężko z czegoś rezygnować, ciężko milczeć, ciężko patrzeć, ciężko być bezsilnym, ciężko rozwiązać jakiś problem, ciężko wybierać, ciężko żyć, ciężko się podnieść po przegranej, ciężko się dogadać, ciężko cierpieć, ciężko coś sklasyfikować, ciężko walczyć o coś, czasami ciężko nawet kochać…

Od lat mówimy o ciężkiej pracy, ciężko zarobionych pieniądzach, ciężkich sytuacjach czy ciężkich czasach i przywykliśmy do tego. Ale słowo ciężko ewoluuje i coraz częściej zastępuje trudno. Niestety, ta ewolucja ma czasami ciężki przebieg.

 

Zdjęcia: Mariusza Ciarki – Daniel Gnap/East News, Rafała Bochenka – parlamentarny.pl, Marcina Kierwińskiego – Wojciech Kusiński/Polskie Radio, Andrzeja Dery – Andrzej Wiśniewski/East News, Agnieszki Kublik – youtube.com