Bardzo lubimy „bardzo”

Czy pozytywne może być coś mniej lub bardziej?

Nie wiem, co spowodowało, że wielu z nas przestało rozumieć, co znaczą pewne słowa będące w powszechnym użyciu i o utrwalonym sensie. Dawno, oj, dawno temu podśmiewaliśmy się z kogoś, kto przekonywał, że jakieś rozwiązanie jest bardzo lub najbardziej optymalne. Dzisiaj to, co kiedyś nadawałoby się do humoru zeszytów, przechodzi bez echa, powiem więcej, jest namaszczane, także dzięki niektórym profesorskim ustom. Pewnie odczuwamy jakieś braki, skoro słowo występujące w pojedynkę budzi niepokój, czy na pewno wyrażamy właściwe emocje. Skutkiem jest nasza ogromna sympatia dla bardzo, dodajemy ten przysłówek do czego się da i – coraz częściej – do czego się nie da. Przemożne pragnienie wzmacniania przekazu opanowało nie tylko polityków, co poniekąd zrozumiałe, bo w tej szczególnej grupie, zwłaszcza ostatnimi czasy, w cenie jest to, co na języku, ale także dziennikarzy, wypowiadających się na tematy polityczne naukowców oraz często goszczące w mediach osoby znane z tego, że są znane. Z wywiadów telewizyjnych, radiowych, gazetowych dowiadujemy się, że:

Polacy są bardzo euroentuzjastyczni,

czyjaś postawa jest bardzo jednoznaczna

sytuacje bywają bardzo patowe, bardzo wyjątkowe albo bardzo dynamiczne (nawiasem mówiąc: kiedyś dynamiczne były przemiany, teraz sytuacje…),

czyjaś wypowiedź była bardzo chaotyczna albo bardzo naganna,

ktoś został bardzo zainspirowany albo jest bardzo zdeterminowany,

jakieś postawy i zjawiska są bardzo eklektyczne, bardzo klasyczne, bardzo autentyczne, bardzo wysublimowane, bardzo elitarne,

wypowiedzi są bardzo precyzyjne, bardzo merytoryczne i bardzo kuriozalne

kogoś z kimś łączy bardzo długoletnia współpraca (lub ktoś z kimś bardzo ściśle współpracuje),

jakaś sprawa budzi bardzo skrajne emocje,

ktoś jest bardzo wszechstronnie wykształcony,

a przed wyborami we Francji pewien dziennikarz telewizyjny ogłosił, że Francuzi traktują wszystkich kandydatów bardzo równo.

Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. W moim rankingu wyrażeń z nadmiarowym bardzo pierwsze miejsce zajmują ex aequo bardzo pozytywne i bardzo negatywne. Ale podsłuchując rodaków, dowiaduję się, że coś może być także dosyć pozytywne, trochę pozytywne lub nieco negatywne. I trudno mi wykrzesać dla tych nowinek frazeologicznych pozytywne uczucia.

Tak?anie

Mam żal do Olgi Lipińskiej, bo – chcąc wyśmiać takanie – przyczyniła się do jego rozpowszechnienia. Gdy jedna z postaci jej kabaretu po każdym niemal zdaniu stawiała pretensjonalne i bezsensowne tak?, pękałam ze śmiechu. Ale to było kilka lat temu. Teraz gdy słyszę: Idę do pracy, tak?, Kupiłam sobie nową sukienkę, tak? Mam problem, tak?, to do śmiechu mi nie jest. Olga Lipińska nie wzięła pod uwagę, że „czytanie” satyry stanie się umiejętnością deficytową i że rodacy, słysząc coś w telewizji, powtórzą to bez namysłu. Podobnie zadziałało „Mam pomysła” Ferdynanda Kiepskiego. Miało być śmiesznie, a wyszło jak wyżej.

Nie jest mi do śmiechu, gdy w audycji w TVP Kultura poświęconej Annie Seniuk słyszę jej byłą studentkę, Ewę Konstancję Bułhak, mówiącą ze wzruszeniem: „Poznałam panią profesor jako człowieka, tak?”, gdy Mateusz Kijowski twierdzi, że „nie zamierza szukać winnych, tak?” i że go „nie interesuje, jakie ktoś życie prowadzi, tak?”, a ten ktoś „jest normalnym człowiekiem, tak?”, gdy Kazimierz Michał Ujazdowski mówi: „Polska potrzebuje nowej konstytucji, ale na gruncie jej poszanowania, tak?”, a Michał Laskowski, sędzia i rzecznik prasowy Sądu Najwyższego, wyjaśnia: „Zwracam uwagę na błędy moim zdaniem, tak?”.

To manieryczne, pozbawione sensu tak? (bo przecież autorzy zacytowanych słów nie podają niczego w wątpliwość ani nie oczekują potwierdzenia) przetoczyło się przez liczne publiczne wypowiedzi. Ostatnio straciło na sile, ale ciągle daje o sobie znać. Przez niektórych jest chyba uznawane za przejaw przynależności do elit. Często słyszę osoby pobieżnie wykształcone, które – jak mi się wydaje – uważają, że tak? na końcu zdania przydaje wypowiedzi wagi. A ja – podobnie jak w przypadku jakby, o czym pisałam w kwietniu – reaguję histerycznie i rozmawiając z takającą osobą, z trudem resztkami (bo zasoby mi się wyczerpują) dobrych manier powstrzymuję złośliwą reakcję. Czekam w napięciu na kolejne tak? (lub taak?) i przestaję słyszeć wszystko inne.

 

 

fot: E.K. Bułhak – print screen, TVP2, M. Kijowskiego: AP, se.pl, K.M. Ujazdowskiego: Andrzej Owczarek, radiowroclaw.pl, M. Laskowskiego: Bartłomiej Zborowski/PAP

W Jakbylandii

Jakby, użyte prawidłowo, osłabia dosłowność wyrazu, któremu towarzyszy. Ale co tam znaczenie, zasady. Od jakiegoś czasu żyjemy w Jakbylandii –  jakby wstawiane jest gdzie popadnie. I nieważne jest wykształcenie i elokwencja mówcy – jakby cieszy się sporą popularnością u wszystkich. W którymś z programów Marcina Mellera Drugie śniadanie mistrzów jednym z gości był Jacek Wasilewski, doktor habilitowany nauk społecznych w zakresie nauk o polityce, specjalista „od” retoryki, medioznawca, dziennikarz, scenarzysta filmowy i telewizyjny.  I proszę, z ust znawcy retoryki podczas jednego z programów padły takie zdania (zdążyłam zanotować fragmenty):

„W tym momencie jakby to, co jest istotne […]”
„To jest taki jakby cudowny moment […]”
„Inne rozumienia funkcji jakby producenckiej spektaklu …”
„To jest jakby kluczowe […]”
„Spójność opozycji trzyma się na tym, że jakby Jarosław emanuje […]”.

Prowadzący też dołożył swoją cegiełkę do rozwoju Jakbylandii:
„Jest bardzo dużo tego jakby myślenia […]”.

W innym programie Bartosz Szydłowski, dyrektor Festiwalu Teatralnego Boska Komedia, stwierdził: „Michał Borczuch podkreślił swoją jakby znakomitą reżyserią [ …]”, a ktoś, nie pamiętam kto, zapowiedział powrót na scenę wielkiego aktora: „Krzysztof Globisz jest w pełni jakby gotowy […]”.

Bardzo lubi jakby profesor Paweł Śpiewak:
Jakby źródło tego słowa jest w grecczyźnie”.
„To działanie jest jakby w sytuacjach kryzysowych niezwykle trudne„.
„Stosunek do obcego, do kogoś z zewnątrz, wymaga jakby rygorystycznego szacunku dla innych ludzi”.

Maciej Stuhr oznajmił któregoś dnia: „Jestem jakby po premierze”, a i politycy zaznaczają swoją obecność w Jakbylandii: „Rodzimy się z grzechem pierworodnym i chrzest jakby go usuwa” stwierdził dobitnie senator Stanisław Kogut, Ryszard Terlecki zaś, chcąc zdeprecjonować któregoś parlamentarzystę, powiedział: „Poseł zaczyna swoje jakby projekcje”.

Kiedyś podczas wycieczki usłyszałam: „Jest coś jakby niezwykłego w tym miejscu”…

To słowo-wata, słowo-natręt irytuje mnie tak bardzo, że w wypowiedzi, w której jakby zajmuje dużo miejsca, po jakimś czasie słyszę tylko je. I zaczynam liczyć. Przy dziesiątym jakby podskakuję (ostatnio podskakiwałam, gdy słyszałam wypowiedzi Mariusza Janickiego z „Polityki”), przy trzydziestym wychodzę lub wyłączam telewizor. Byłam kiedyś na prelekcji pewnego pracownika ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego, który jakby ukochał. Prelekcja miała jakby temat, jakby rozwinięcie i jakby zakończenie, należało wyciągnąć jakby wnioski, poruszane były sprawy jakby ważne i jakby mniej ważne oraz należało zapamiętać jakby najważniejsze wytyczne

Jakby zostało słowem roku 1997. Mija dwadzieścia lat i nie ma ono zamiaru odejść do lamusa. Niby powinnam być zadowolona, że samo jakby, ponieważ wiele razy wcześniej słyszałam też tak jakby troszeczkę, ale marna to pociecha.

Ps. Z przykrością ostatnio stwierdziłam, że obywatelstwo Jakbylandii przyjęła także Agnieszka Holland. Po powrocie z Berlina ze Srebrnym Niedźwiedziem powiedziała: „Wszystko się składa w jakby wspólny obraz” i „Oni muszą identyfikować się z pewną jakby grupą”. Znikąd nadziei!

 

Zdjęcie M. Mellera: Cezary Piwowarski, TVN, J. Wasilewskiego: Dwa-Brzegi-Two-Riversides, fot.Jarosław Antoniak, B. Szydłowskiego: wiadomości24.pl, P. Śpiewaka: Michał Dukaczewski/RMF FM, M. Stuhra: tvn24.pl, S. Koguta: Sławomir Kaczorek, Senat RP, R.Terleckiego: tvp.info, A. Holland: Rafał Guz/PAP

Wiem, że nie wiem

Wiele osób, w tym dziennikarze (a ich sposób mówienia staje się, niestety, wzorem naśladowanym i w życiu codziennym), gdy przez chwilę zastanawiają się nad czymś, mówią nie wiem.

„Wyobraźmy sobie, nie wiem, Piotra G.”,

„Być może w towarzystwie, nie wiem, innych osób […]”,

„To nie jest kierowca, który, nie wiem, był niedoświadczony”,

„Jest to coś, co przejawia się, nie wiem, w codziennych rozmowach”,

„Takie nowoczesne samochody mają, nie wiem, GPS”,

„Na dole w bazie gramy w karty, nie wiem, oglądamy telewizję”,

Być może będzie się wzywać sędziów, nie wiem, do WKU”,

„Chciałbym pracować, nie wiem, w administracji” – to zanotowałam jednego dnia.

Dlaczego i po co nie wiem? Nie wiem.

To znaczy powiem tak

 

Swego czasu drżałam, gdy na ekranie telewizora pojawiała się Małgorzata Wassermann, ponieważ każdą odpowiedź na pytanie dziennikarza zaczynała słowami to znaczy powiem tak. O ile powiem tak, też królujące w wielu wypowiedziach, choć niezbyt mądre, ma jakiś sens, to cała kwestia już nie bardzo. Teraz najczęściej stawia się samo to znaczy albo znaczy przed konkretną odpowiedzią na pytanie.

Ostatnio usłyszałam u lidera KOD-u Mateusza Kijowskiego: „To znaczy to jest bardzo trudne pytanie” i „Znaczy, że są ludzie, którzy tak mówią”,
u Mariana Piłki, posła: „Znaczy ja myślę, że prokuratura ma na celu przestrzeganie prawa”,
u drugiego posła, Pawła Olszewskiego: „Znaczy dziwię się pana zdziwieniu”,
i profesora Pawła Śpiewaka: „ To znaczy to jest zmiana polskiego systemu politycznego” .

Niewolni od natręctwa są także dziennikarze. I tak Agnieszka Romaszewska-Guzy oznajmiła któregoś dnia: „Znaczy ja myślę, że, znaczy tak […]” i po chwili „Znaczy ja myślę, że to potwierdza moją tezę […]”, a Piotr Gabryel stwierdził dobitnie: „Znaczy jak się wydaje […]”. Niestety, przykłady można by mnożyć (w nieskończoność…).

Nie potrafię zgadnąć, skąd wzięło się przekonanie, że wypowiedź trzeba poprzedzić wtrętem-natrętem. Przecież to znaczy coś znaczy.

 

Zdjęcie M. Wassermann: print screen youtube.com, M. Piłki: parlamentarny.pl, M. Kijowskiego: AP, se.pl, P. Śpiewaka: Michał Dukaczewski/RMF FM, A. Romaszewskiej-Guzy: kresy.pl, P. Gabryela: dorzeczy.pl