Dwójka osób, piątka synów

Słuchając młodych ludzi, którzy karierę dziennikarską zaczynają od ulicznych sprawozdań, dochodzę do smutnego wniosku, że podczas zawodowej edukacji nacisk kładzie się na mówienie na różne sposoby o tym samym, a nie na precyzję i staranność wypowiedzi.

Od dawna nie mówimy dziesięcioro przykazań, tylko dziesięć przykazań, bo tak łatwiej. Odmiana liczebników zbiorowych sprawia nam tak wiele kłopotów, że już lata temu postanowiliśmy z niej zrezygnować lub przynajmniej ograniczyć. Dwoje, dwojgu, dwojgiem, pięciorgiem, dziesięciorgiem, dwanaścioro, osiemdziesięcioro, sto pięćdziesięcioro dwoje to tak trudne formy, że lepiej je omijać. Gdy jakaś kobieta twierdzi, że jest matką trójki dzieci, gdy policjant mówi o dwójce pieszych, nie denerwuję się przesadnie, ułatwianie sobie życia jest jak najbardziej zrozumiałe, choć lepiej by było, gdyby mówiono o pięciorgu dzieciach albo dwojgu pieszych, jeżeli to kobieta i mężczyzna, lub dwóch, jeżeli pieszymi byli panowie. Nie tylko z liczebnikami zbiorowymi mamy kłopot. Pięć kobiet – proste, ale pięciu mężczyzn, pięcioma mężczyznami – odmiana w rodzaju męskoosobowym stanowi problem. Ale radzimy sobie, piątka nam pomaga.

Gdy na pasku w telewizorze lub w artykule w gazecie czytam o rodzicach piątki synów, gdy dziennikarz opowiada o wypadku, w którym kierowca samochodu rozjechał (!) trójkę dzieci, a świadkami wypadku była dwójka osób lub czwórka przechodniów, trudno mi sięgać do pokładów tolerancji. Wydawać by się mogło, że zwłaszcza dziennikarze, których wypowiedzi stają się wzorem do naśladowania, powinni posługiwać się starannym językiem i omijać potoczne wyrażenia. Słuchając młodych ludzi, którzy karierę dziennikarską zaczynają od ulicznych sprawozdań, dochodzę do smutnego wniosku, że podczas zawodowej edukacji nacisk kładzie się na mówienie na różne sposoby o tym samym, by wypełnić czas antenowy, a nie na precyzję i staranność wypowiedzi. Bo słów mnóstwo, treści mało, a forma kuleje.

Jedna z młodych dziennikarek, chcąc precyzyjnie się wysłowić, swoją wypowiedź poprzedziła wstępem: „Precyzując dokładnie…”. Ja też postanowiłam dokładnie sprecyzować swoją opinię: Dwójka, państwo dziennikarze!

Polki i Polacy

W Anglii mieszkają Anglicy, we Francji Francuzi, w Niemczech Niemcy, w Stanach Zjednoczonych Amerykanie, w Rosji Rosjanie, w Czechach Czesi, w Rumunii Rumuni, w Norwegii Norwegowie, w Szwecji Szwedzi, w Bułgarii Bułgarzy, w Chinach Chińczycy… Jedynie w Polsce mieszkają Polki i Polacy. Nie pamiętam, który z polityków (lub która z polityczek) dokonał tego przełomowego odkrycia, ale wielu z nich zawstydziło się, że przez tyle lat Polki ignorowali, i na wyprzódki zaczęli naprawiać krzywdę im wyrządzoną. Wśród najważniejszych zawstydzonych są dwie kobiety: premier Beata Szydło i była premier Ewa Kopacz.

„Ja chcę rozmawiać o sprawach ważnych dla Polaków i dla Polek”. „Polki i Polacy muszą wiedzieć, że nie spoczywamy na laurach zwycięstwa” – to premier Szydło.

Była premier Ewa Kopacz chyba częściej martwi się o los obywateli i obywatelek naszego państwa:

„Najcenniejszą rzeczą dla wszystkich Polek i Polaków są: szacunek, lojalność wobec własnego kraju […]”, „Polki i Polacy, słyszeliście wypowiedź kobiety. Kobiety, która za chwilę może być premierem polskiego rządu […]”.
„Ja chcę rozmawiać o sprawach ważnych dla Polaków i dla Polek.
„Drogie Polki i Polacy, stoję tu przed wami i nikogo nie udaję”.

O Polakach obojga płci słychać oczywiście także z mównicy sejmowej:
Polki i Polacy was rozliczą, a San Escobar nie przyjmie wniosku o azyl”.
„My, Polki i Polacy, nieraz zmuszeni byliśmy uciekać z ojczyzny przed wojną czy represjami politycznymi” – to Sławomir Neumann z Platformy Obywatelskiej.

Przedstawiciele innych partii i ugrupowań nie chcą być gorsi, choć wprowadzają warianty. Oto apel partii Razem:
„Jutro o 8.45 podczas konferencji prasowej w warszawskim biurze Razem przedstawimy nasz apel do demokratów i demokratek na prawicy”.

A to zaproszenie do wzięcia udziału w manifestacji pod pałacem prezydenckim:
„Przyjdź, przynieś świeczkę i wzorem dawnych mieszkanek i mieszkańców Polski, którzy świecami odpędzali burzowe gromy, zapal ją pod Pałacem Prezydenckim”.

Dziennikarze także nadrabiają zaległości. Oto kilka tytułów artykułów w gazetach:
„Ile zarabiają Polki i Polacy?”
„Polki i Polacy zdradzają, kiedy partnerzy nie spełniają oczekiwań seksualnych”
„Tak się ubierają Polki i Polacy”
„Polki i Polacy na emigracji”

Polki i Polacy
You Tube/”Ucho prezesa”

Nic jednak nie przebije najsłynniejszego:
„Przez osiem ostatnich lat Polki i Polacy byli ignorowani przez rząd Platformy, który nie wsłuchiwał się…”.

 

Osoba personalna Patryka Jakiego

Patryk jaki, osoba personalna
fot. Damian Burzykowski / newspix.pl

„My działamy w imieniu państwa. Uważam, że te wyjaśnienia nie należą się nam jako osobom personalnym z imienia i nazwiska, ale przede wszystkim obywatelom, w imieniu których pani prezydent dysponowała potężnym majątkiem”– powiedział wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, szef komisji weryfikacyjnej ds. warszawskiej reprywatyzacji, komentując decyzję prezydent stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz, która odmówiła stawienia się przed tą komisją.

Nietrudno domyślić się, że autor miał na myśli konkretnego człowieka o konkretnym imieniu i nazwisku. Ale o ile lepiej brzmi: osoba personalna! Są dane personalne, istnienie osoby personalnej zatem jest zrozumiałe samo przez się. Rzeczona osoba personalna poza imieniem i nazwiskiem ma też adres personalny, personalną datę urodzenia, personalny numer PESEL, a wszystkie te personalia oraz personalny numer telefonu zapisane są w aktach personalnych, które znajdują się w posiadaniu kierownika działu personalnego, zwanego kiedyś kadrowym (albo personalnym), a teraz światowo haerowcem.

Osoba personalna, by lepiej poruszać się w świecie, może korzystać z usług trenera personalnego, który przeprowadza trening personalny. W szkole uczono o uniach personalnych i personifikacjach i o tym, że ktoś kiedyś zawołał „Persona non grata”. A jeszcze tyle rzeczy dookoła domaga się personalizacji, na przykład profil na Facebooku czy telefon. Łatwo się pogubić.

Od lat powtarzam: łacina do szkół! Ileż politycy i celebryci zaliczyliby mniej wpadek.

Paragonik czy fakturka?

W czasach, gdy peerelowskie hasło „Klient nasz pan” przestało mieć wydźwięk humorystyczny, sprzedawcy i usługodawcy szukają sposobów, by przekonać tegoż klienta, od którego zależy ich los, że tak jest naprawdę. Jednym z najbardziej (mnie i wielu innych) irytujących jest używanie zdrobnień. „Paragonik czy fakturka?”, „Taksóweczka zaraz podjedzie”, „Kierowca zadzwoni domofonikiem”, „Życzy pani sobie chlebek czy bułeczki?”. Stosowanie zdrobnień ma stanowić przejaw uprzejmości, a nawet elegancji (niestety – kiczowej). W sklepach mięsnych od lat oferuje się wątróbkę, płucka i móżdżki, ale to po to, by „oswoić” towar, czyli części ciał zwierząt, które zjadamy.

My, klienci, też nie jesteśmy bez winy. Z lubością kupujemy ogóreczki, kalafiorki, ziemniaczki, śliweczki, pomidorki i jabłuszka. Po zakupach pijemy kawusię, jemy obiadki, zupki, kotleciki i deserki. Ostatnimi czasy, chcąc się czegoś dowiedzieć, mamy pytanko. Infantylizacja języka nie jest współczesnym zjawiskiem, infantylizował już Mikołaj Rej, ale czynił to z wdziękiem, czego o nam współczesnych powiedzieć nie można.

Zastanawiam się czasem, dlaczego stosowanie zdrobnień w rozmowie z klientem jest wybiórcze. Czemu mamy płacić pieniążkami, gotóweczką, ale już nie karteczką? Czemu nie jesteśmy kierowani do kaseczki, żeby zapłacić kasjereczce? Albo nie proponuje nam się wózeczka na zakupki?

Ja na pytanie: „Paragonik czy fakturka?” odpowiadam, starając się, by nie powiało chłodkiem: Paragon poproszę.

Podejrzewam, że przypuszczam

Naród ostatnimi laty stał się bardzo podejrzliwy. A to ktoś podejrzewa, że sąsiadka jest w ciąży, a to pani w sklepie podejrzewa, że ceny truskawek nie spadną, ktoś inny podejrzewa, że nadciąga burza. Robert Makłowicz w którymś wywiadzie też okazał podejrzliwość:

„Podejrzewam, że 500 plus w takiej formie miało na celu przede wszystkim zdobycie elektoratu, pomoc ludziom rzecz jasna też, ale głosy były najważniejsze”.

Podobnie wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik, mówiąc o spodziewanych reakcjach na planowaną reformę wymiaru sprawiedliwości:
„Podejrzewam, że znowu będzie krzyk, znowu będzie awantura”.

A także Rafał Bochenek, rzecznik rządu, pytany o informacje zawarte w oświadczeniu majątkowym ministra środowiska Jana Szyszki:
„Nie znam sprawy, natomiast podejrzewam, że to pomyłka”.

Zastanawiam się od dawna, czemu podejrzewamy, a nie przypuszczamy, sądzimy, domyślamy się, przeczuwamy. Możemy także domniemywać, ale rozumiem opór przed używaniem tego słowa, bo odmiana przysparza trudności (regularna forma domniemywam wydaje się niektórym podejrzana…).

Podejrzewać źle się kojarzy, rzucić podejrzenie oznacza posądzać kogoś o coś złego, w postępowaniu karnym podejrzany to osoba, wobec której wydano postanowienie o przedstawieniu zarzutów, podejrzanego się przesłuchuje, mówimy, że coś jest podejrzane, a więc pokrętne, pochodzące z kradzieży, nielegalne, dwulicowe, niewłaściwe, nieautentyczne, czyli wątpimy w tego czegoś jakość, prawdziwość, uczciwość.

Językoznawcy co prawda mają łagodny stosunek do podejrzenia jako przypuszczenia, skoro w słowniku języka polskiego PWN widnieje taki zapis: podejrzewać: 1. posądzać kogoś o coś 2. przypuszczać coś, mnie jednak połączenie tych dwóch znaczeń przeszkadza. Rodakom zaś zupełnie nie. Stojąc na przystanku, pewnie będą podejrzewać, że tramwaj nie przyjedzie na czas, w pracy – że szef ma zły humor, a wieczorem będzie ich męczyć  podejrzenie, że wpadną niezapowiedziani i nielubiani goście.

I ja też podejrzewam – że żadne wywody tego nie zmienią.

 

 

 

Zdjęcie R. Makłowicza: wars-stars.pl, M. Wójcika: michalwojcik.pl, R. Bochenka: parlamentarny.pl

Witam Serdecznie!

Gdyby za kryterium oceny stosunku Polaków do siebie uznać zwroty z mejli, okazałoby się, że darzymy się niezwykłą wprost serdecznością. Moja skrzynka czasem pęka od listów przysłanych przez zupełnie nieznane mi osoby, które serdecznie się ze mną witają, a żegnając – serdecznie mnie pozdrawiają. Nie bardzo wiem, czemu oferujący mi zakup tego lub owego albo dokonujący za pośrednictwem poczty elektronicznej zwykłych formalności mają do mnie kordialny stosunek. By ciepłe uczucia podkreślić, zapisują te miłe słowa dużymi literami, wszak uprzejmość nakazuje, by w korespondencji, z szacunku dla adresata, duże litery stosować. A że w zasadach pisowni trudno się rozeznać, to – idąc za ciosem – nadawcy okazują szacunek także samym sobie. Tak więc nie dość, że w nagłówku czytam Witam Serdecznie lub Dzień Dobry, nie dość, że na końcu widnieje Serdecznie Pozdrawiam, to jeszcze dowiaduję się, że Nam (czyli nadawcom) na czymś zależy, a ja powinnam skorzystać z Ich (Jego, Jej) usług. Często też czytam refleksje nawiązujące do Naszej wcześniejszej rozmowy telefonicznej. Nie wiem także, czemu pozdrawianie się, w starożytności oznaczające przekazywanie komuś wyrazów sympatii za czyimś pośrednictwem lub będące wyrazem urlopowej pamięci, teraz oznacza pożegnanie. Pozdrawiam zamiast  Do widzenia/usłyszenia coraz częściej słyszę w zakończeniu rozmowy telefonicznej – mejlowa moda obejmuje także komórkową dziedzinę życia.

Komu przeszkadzało „Z wyrazami szacunku” lub „Z poważaniem” w listach? Uznano widocznie, że to staroświeckie i (oczywiście) sięgnięto do anglojęzycznych wzorów. „Kind regards” często kończy korespondencję Anglików i Amerykanów, a więc – bez głębszej refleksji i przekładając wprost – rodacy postanowili nie być gorsi.

Oj, strasznie marudzę. A więc kończę i Miłych Czytelników Serdecznie Pozdrawiam.

Tak?anie

Mam żal do Olgi Lipińskiej, bo – chcąc wyśmiać takanie – przyczyniła się do jego rozpowszechnienia. Gdy jedna z postaci jej kabaretu po każdym niemal zdaniu stawiała pretensjonalne i bezsensowne tak?, pękałam ze śmiechu. Ale to było kilka lat temu. Teraz gdy słyszę: Idę do pracy, tak?, Kupiłam sobie nową sukienkę, tak? Mam problem, tak?, to do śmiechu mi nie jest. Olga Lipińska nie wzięła pod uwagę, że „czytanie” satyry stanie się umiejętnością deficytową i że rodacy, słysząc coś w telewizji, powtórzą to bez namysłu. Podobnie zadziałało „Mam pomysła” Ferdynanda Kiepskiego. Miało być śmiesznie, a wyszło jak wyżej.

Nie jest mi do śmiechu, gdy w audycji w TVP Kultura poświęconej Annie Seniuk słyszę jej byłą studentkę, Ewę Konstancję Bułhak, mówiącą ze wzruszeniem: „Poznałam panią profesor jako człowieka, tak?”, gdy Mateusz Kijowski twierdzi, że „nie zamierza szukać winnych, tak?” i że go „nie interesuje, jakie ktoś życie prowadzi, tak?”, a ten ktoś „jest normalnym człowiekiem, tak?”, gdy Kazimierz Michał Ujazdowski mówi: „Polska potrzebuje nowej konstytucji, ale na gruncie jej poszanowania, tak?”, a Michał Laskowski, sędzia i rzecznik prasowy Sądu Najwyższego, wyjaśnia: „Zwracam uwagę na błędy moim zdaniem, tak?”.

To manieryczne, pozbawione sensu tak? (bo przecież autorzy zacytowanych słów nie podają niczego w wątpliwość ani nie oczekują potwierdzenia) przetoczyło się przez liczne publiczne wypowiedzi. Ostatnio straciło na sile, ale ciągle daje o sobie znać. Przez niektórych jest chyba uznawane za przejaw przynależności do elit. Często słyszę osoby pobieżnie wykształcone, które – jak mi się wydaje – uważają, że tak? na końcu zdania przydaje wypowiedzi wagi. A ja – podobnie jak w przypadku jakby, o czym pisałam w kwietniu – reaguję histerycznie i rozmawiając z takającą osobą, z trudem resztkami (bo zasoby mi się wyczerpują) dobrych manier powstrzymuję złośliwą reakcję. Czekam w napięciu na kolejne tak? (lub taak?) i przestaję słyszeć wszystko inne.

 

 

fot: E.K. Bułhak – print screen, TVP2, M. Kijowskiego: AP, se.pl, K.M. Ujazdowskiego: Andrzej Owczarek, radiowroclaw.pl, M. Laskowskiego: Bartłomiej Zborowski/PAP

Skarbony i firany

fot. bomap.pl

Obejrzałam w telewizji krótki reportaż o dwóch mało pobożnych parafianach, którzy okradali kościelne skarbony. Jak długo żyję, zawsze słyszałam, że pieniądze wrzuca się do skarbonek, a tu takie dziwo. A właściwie nie dziwo, tylko wynik osobliwego zjawiska – uznawania przez braci Polaków (i siostry Polki) podstawowej formy rzeczownika za zdrobnienie tylko dlatego, że ma końcówkę -ka. Pewnego razu handlowcy, a i producenci, uznali, że firanka, choć zasiedziała w polszczyźnie, brzmi mało poważnie, przecież towarzyszy na oknach zasłonom. A skoro zasłona, to i firana. Kropka. Ale coś w głowie stukało, wprowadzono więc rozróżnienie: firaną nazywa się długi i najczęściej gęsty okienny woal, firanka jest krótsza, bardziej przejrzysta (obok firanek, rzecz jasna, muszą zawisnąć zasłonki). Firaneczka, czyli zdrobnienie od firanki, została zapomniana.

firanaWracając do skarbon: złodzieje je okradający zostali złapani na gorącym uczynie przez sprytnego proboszcza i oddani karzącej ręce sprawiedliwości. Reportażyście zaś, a także autorom firan, należy się antynagroda za zasługi w dziedzinie słowotwórstwa. „Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie, co by tu jeszcze?”. Mam w głowie kilka podpowiedzi, ale zachowam je dla siebie.

 

W Jakbylandii

Jakby, użyte prawidłowo, osłabia dosłowność wyrazu, któremu towarzyszy. Ale co tam znaczenie, zasady. Od jakiegoś czasu żyjemy w Jakbylandii –  jakby wstawiane jest gdzie popadnie. I nieważne jest wykształcenie i elokwencja mówcy – jakby cieszy się sporą popularnością u wszystkich. W którymś z programów Marcina Mellera Drugie śniadanie mistrzów jednym z gości był Jacek Wasilewski, doktor habilitowany nauk społecznych w zakresie nauk o polityce, specjalista „od” retoryki, medioznawca, dziennikarz, scenarzysta filmowy i telewizyjny.  I proszę, z ust znawcy retoryki podczas jednego z programów padły takie zdania (zdążyłam zanotować fragmenty):

„W tym momencie jakby to, co jest istotne […]”
„To jest taki jakby cudowny moment […]”
„Inne rozumienia funkcji jakby producenckiej spektaklu …”
„To jest jakby kluczowe […]”
„Spójność opozycji trzyma się na tym, że jakby Jarosław emanuje […]”.

Prowadzący też dołożył swoją cegiełkę do rozwoju Jakbylandii:
„Jest bardzo dużo tego jakby myślenia […]”.

W innym programie Bartosz Szydłowski, dyrektor Festiwalu Teatralnego Boska Komedia, stwierdził: „Michał Borczuch podkreślił swoją jakby znakomitą reżyserią [ …]”, a ktoś, nie pamiętam kto, zapowiedział powrót na scenę wielkiego aktora: „Krzysztof Globisz jest w pełni jakby gotowy […]”.

Bardzo lubi jakby profesor Paweł Śpiewak:
Jakby źródło tego słowa jest w grecczyźnie”.
„To działanie jest jakby w sytuacjach kryzysowych niezwykle trudne„.
„Stosunek do obcego, do kogoś z zewnątrz, wymaga jakby rygorystycznego szacunku dla innych ludzi”.

Maciej Stuhr oznajmił któregoś dnia: „Jestem jakby po premierze”, a i politycy zaznaczają swoją obecność w Jakbylandii: „Rodzimy się z grzechem pierworodnym i chrzest jakby go usuwa” stwierdził dobitnie senator Stanisław Kogut, Ryszard Terlecki zaś, chcąc zdeprecjonować któregoś parlamentarzystę, powiedział: „Poseł zaczyna swoje jakby projekcje”.

Kiedyś podczas wycieczki usłyszałam: „Jest coś jakby niezwykłego w tym miejscu”…

To słowo-wata, słowo-natręt irytuje mnie tak bardzo, że w wypowiedzi, w której jakby zajmuje dużo miejsca, po jakimś czasie słyszę tylko je. I zaczynam liczyć. Przy dziesiątym jakby podskakuję (ostatnio podskakiwałam, gdy słyszałam wypowiedzi Mariusza Janickiego z „Polityki”), przy trzydziestym wychodzę lub wyłączam telewizor. Byłam kiedyś na prelekcji pewnego pracownika ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego, który jakby ukochał. Prelekcja miała jakby temat, jakby rozwinięcie i jakby zakończenie, należało wyciągnąć jakby wnioski, poruszane były sprawy jakby ważne i jakby mniej ważne oraz należało zapamiętać jakby najważniejsze wytyczne

Jakby zostało słowem roku 1997. Mija dwadzieścia lat i nie ma ono zamiaru odejść do lamusa. Niby powinnam być zadowolona, że samo jakby, ponieważ wiele razy wcześniej słyszałam też tak jakby troszeczkę, ale marna to pociecha.

Ps. Z przykrością ostatnio stwierdziłam, że obywatelstwo Jakbylandii przyjęła także Agnieszka Holland. Po powrocie z Berlina ze Srebrnym Niedźwiedziem powiedziała: „Wszystko się składa w jakby wspólny obraz” i „Oni muszą identyfikować się z pewną jakby grupą”. Znikąd nadziei!

 

Zdjęcie M. Mellera: Cezary Piwowarski, TVN, J. Wasilewskiego: Dwa-Brzegi-Two-Riversides, fot.Jarosław Antoniak, B. Szydłowskiego: wiadomości24.pl, P. Śpiewaka: Michał Dukaczewski/RMF FM, M. Stuhra: tvn24.pl, S. Koguta: Sławomir Kaczorek, Senat RP, R.Terleckiego: tvp.info, A. Holland: Rafał Guz/PAP

Welcome in Poland!

fot. Anna Krasko

Kochamy język angielski, nie kochamy natomiast słowników. Przecież do słowników zaglądają ci, którzy mają wątpliwości, a jak ich się nie ma…

Do Polski przybyli amerykańscy żołnierze i pani premier powitała ich słowami: „Welcome in Poland!”. Zawstydziłam się, bo przecież powinna była powiedzieć „Welcome to Poland!”, co wiadomo choćby od czasu, gdy cała Polska śpiewała wraz ze Zbigniewem Wodeckim Chałupy welcome to. Nie nadaję się na osobę publiczną, bo palę się ze wstydu, gdy zdarzy mi się popełnić błąd, nie tylko językowy.

Swego czasu w sklepie C&A wisiały tabliczki z oznaczeniami: GIRLS, BOYS i – uwaga! – BABYS. Przecież każde dziecko wie, że do angielskiego rzeczownika w liczbie pojedynczej dodaje się końcówkę -s i mamy liczbę mnogą, a wyjątkami niech martwią się językoznawcy. Ośmieliłam się wyjawić swój dyskomfort ekspedientce – popatrzyła na mnie zdziwiona. Dwukrotnie napisałam do szefostwa sklepu, pytając, dlaczego napisy są tylko po angielsku i dlaczego z błędem. Nie doczekałam się odpowiedzi, ale już po roku pojawiły się nowe tabliczki: CHŁOPCY, DZIEWCZYNKI i NIEMOWLĘTA. Odtrąbiłam sukces. Ale nie mam pewności, czy do słownika ktoś zajrzał i zawstydził się, czy zadziałały jedynie względy patriotyczne.