Zbankrutować bank

Życie polityczne pędzi jak szalone, a temu pędowi towarzyszą rozwijające się zdolności językowe jego uczestników. Dzięki tak zwanej aferze KNF dowiedzieliśmy się o istnieniu szumideł, niewiele później usłyszeliśmy o istnieniu nowego zjawiska.

zbankrutować
fot. PAP/L. Szymański

Jak donoszą media, w aferze KNF, zwanej także aferą Czarnecki–KNF lub aferą Getin Noble Banku, spore znaczenie miał „plan Zdzisława”.  W skrócie polegał on na tym, że pewne osoby nie czekają na kryzys, a wykorzystują sytuację i odpowiednie narzędzia, przeznaczone dla sytuacji nadzwyczajnych, by zmusić właściciela do sprzedaży banku „za złotówkę”.

Do tej pory słyszeliśmy o bankrutowaniu banków, o tym, że bankom grozi bankructwo lub że stają się bankrutami. Sądownie ogłoszona upadłość lub niewypłacalność były skutkiem wydarzeń, które poniekąd działy się „same”. Choć sytuacja nowa, „plan Zdzisława” uświadomił nam starą prawdę, że nic samo się nie dzieje. Dzięki Andrzejowi Derze, sekretarzowi stanu w kancelarii prezydenta Dudy, dowiedzieliśmy się, że można bank zbankrutować. Jestem pod wielkim wrażeniem zdolności językowych pana Dery i podziwiam go za to, że odpowiednie rzeczy dał słowo. Przypuszczam, że niewielu z nas, tkwiących w koleinach przyzwyczajeń słownikowych i ograniczeń gramatycznych, wymyśliłoby tak adekwatne określenie. Lekkość, z jaką politycy wszelkich ugrupowań i partii podchodzą do reguł języka ojczystego, tym razem przyniosła znakomity efekt.

Zastanawiam się teraz, jak równie treściwie nazwać podpalanie domu przez strażaków.

Szumidło i zły fenomen

Od kilku dni cała Polska żyje sprawami natury korupcyjno-politycznej, a przy okazji słowotwórczej. Marek Chrzanowski, główny protagonista sztuki przez jedne media zatytułowanej „Afera KNF”, przez inne „Afera Getin Banku”, wprowadził do obiegu „szumidło” – słowo utworzone według staropolskiego wzorca.

szumidło
fot. PAP

Drugi protagonista, Adam Glapiński, prezes Narodowego Banku Polskiego, nazwał Marka Chrzanowskiego patriotą. Chwała byłemu szefowi Komisji Nadzoru Finansowego, że swoją miłość do ojczyzny objawia między innymi poprzez sięganie do skarbnicy staropolszczyzny. Przyrostek -dło  rzadko dziś służy do tworzenia nowych słów, a i te zachowane są nieliczne. W coraz mniej powszechnym obiegu są zaledwie: poidło – naczynie służące do pojenia zwierząt, porzekadło – utarte powiedzenie, straszydło – potwór, maszkara, liczydło – przyrząd do obliczeń, pachnidło – pachnący kosmetyk, kropidło – miotełka służąca do kropienia wodą święconą, nosidło – przyrząd do noszenia wiader z wodą. Ostatnio prezydent Duda spopularyzował także ruchadło. Wbrew temu, co myślą niektórzy, rzeczownik ten oznaczał kiedyś… pług z odkładnicą. W starych gazetach można też wyczytać, że w XIX wieku perpetuum mobile nazywano wieczystym ruchadłem.

Marek Chrzanowski mówiąc szumidło, miał na myśli generator szumu. Ten nowy rzeczownik wpisuje się idealnie w reguły słowotwórcze, jasno oddaje sens. Żyje już swoim życiem w Internecie i sądzę, że zostanie słowem roku. Kunszt autora został doceniony.

Niemal w tym samym czasie, gdy poznaliśmy uznanie Marka Chrzanowskiego dla staropolszczyzny, premier Mateusz Morawiecki bawiący w Hamburgu na konferencji dotyczącej relacji transatlantyckich, dał się poznać jako wielbiciel bardziej popularnej obecnie tendencji – tworzenia bezmyślnych kalek z języka angielskiego. Oceniając pogorszenie się stosunków między Stanami Zjednoczonymi i Chinami po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta, szef rządu powiedział: „Z polskiego punktu widzenia to bardzo zły fenomen. My jesteśmy przekonani, że powinniśmy mieć aktywny wkład w naprawę tych relacji”.

Bardzo bym chciała, by premier polskiego rządu i inni politycy mieli aktywny wkład w kontrolę tego, co mówią, bo język, jakim się posługują, to naprawdę rzadkie, niezwykłe zjawisko, rzecz wyjątkowa. Istny fenomen.