Welcome in Poland!

fot. Anna Krasko

Kochamy język angielski, nie kochamy natomiast słowników. Przecież do słowników zaglądają ci, którzy mają wątpliwości, a jak ich się nie ma…

Do Polski przybyli amerykańscy żołnierze i pani premier powitała ich słowami: „Welcome in Poland!”. Zawstydziłam się, bo przecież powinna była powiedzieć „Welcome to Poland!”, co wiadomo choćby od czasu, gdy cała Polska śpiewała wraz ze Zbigniewem Wodeckim Chałupy welcome to. Nie nadaję się na osobę publiczną, bo palę się ze wstydu, gdy zdarzy mi się popełnić błąd, nie tylko językowy.

Swego czasu w sklepie C&A wisiały tabliczki z oznaczeniami: GIRLS, BOYS i – uwaga! – BABYS. Przecież każde dziecko wie, że do angielskiego rzeczownika w liczbie pojedynczej dodaje się końcówkę -s i mamy liczbę mnogą, a wyjątkami niech martwią się językoznawcy. Ośmieliłam się wyjawić swój dyskomfort ekspedientce – popatrzyła na mnie zdziwiona. Dwukrotnie napisałam do szefostwa sklepu, pytając, dlaczego napisy są tylko po angielsku i dlaczego z błędem. Nie doczekałam się odpowiedzi, ale już po roku pojawiły się nowe tabliczki: CHŁOPCY, DZIEWCZYNKI i NIEMOWLĘTA. Odtrąbiłam sukces. Ale nie mam pewności, czy do słownika ktoś zajrzał i zawstydził się, czy zadziałały jedynie względy patriotyczne.