Ekskluzywny wywiad

Gdy pierwszy raz zobaczyłam taki nagłówek w którymś z tabloidów, długo zastanawiałam się, o co chodzi. Na czym ma polegać ekskluzywność wywiadu? Że taki rzadki? Przeznaczony dla wąskiej grupy osób? Bo przecież nie elegancki ani luksusowy. Zagadkę rozszyfrował oczywiście słownik języka angielskiego. Exclusive interview to wywiad na wyłączność. Ot, cała tajemnica. Długo naiwnie myślałam, że ekskluzywny wywiad umrze śmiercią naturalną albo będzie żył tylko w kolorowych pismach. Jakże się myliłam! Jest już w poważnych gazetach i poważnych stacjach radiowych. Pewnego razu, słysząc kilkanaście razy w ciągu dnia zapowiedź rozmowy z pewnym dyrygentem, nie wytrzymałam i do jednej z owych stacji wysłałam mejl. Grzecznie wyraziłam swoje zdziwienie i poprosiłam, by nie powielać złych praktyk tabloidów i zamiast ekskluzywnego zapowiadać wywiad, którego ów artysta udzielił tylko tej stacji. W odpowiedzi przeczytałam: „Ale to naprawdę był wywiad na wyłączność!”… Ręce mi opadły.

Język żyje!

Język żyje! – słyszę, gdy sprzeciwiam się kaleczeniu polszczyzny. Ale czemu w tak okropny sposób? – odpowiadam, coraz częściej w duchu. Trudno dyskutować z kimś, kto ma w zanadrzu tylko jeden argument: tak się mówi. Kiedyś, doprowadzona do ostateczności, spytałam, czy skoro wielu Polaków używa jako przecinka pewnego niecenzuralnego słowa, to należy uznać to za normę.

Oczywiście nie wszystkie zmiany są złe, powstają nowe słowa, często bardzo udane, ale mimo to język ubożeje, moda na pewne określenia powoduje, że znikają formy wiariantywne. Uwielbiam bawić się językiem, kiedyś żarty słowne można było wplatać nawet do rozmowy z ekspedientką, teraz trudno o partnera. Pani zatrudniona w strefie kas lub będąca asystentką sprzedaży nie rozumie, czemu dziwię się tym nazwom. I wychodzę na głupka.

Nie potrafię pojąć, czemu nie szanujemy swojego języka. Może nie jest najpiękniejszy, dużo w nim szumów, świstów i szelestów, ma skomplikowaną ortografię, jest nieregularny, ale ma niezaprzeczalny walor – jest nasz. Czemu więc o niego nie dbamy? Czemu to, co obce, bardziej nam się podoba? Czemu nie postępujemy jak Francuzi, którzy nie chcą poddać się modzie na anglicyzmy? Może akurat oni są zbyt rygorystyczni, bo język angielski stał się współczesną łaciną i trudno to negować, ale kierunek jest słuszny. Kochamy anglicyzmy, przejmujemy także angielskie znaczenie słów, które w języku ojczystym znaczą coś innego. „Polsko, papugo narodów!” – wołał Poeta. I to – niestety –  ciągle jest aktualne. Nasz język potoczny staje się też coraz bardziej niechlujny, czasem wręcz chamski, bo pełno w nim wulgaryzmów. Ale najgorsze jest to, że przestajemy się rozumieć. Słowa, oderwane od znaczeń, funkcjonują jako samodzielne byty, czasem trudno zgadnąć, „co autor ma na myśli”. Zła składnia, zła interpunkcja (lub jej brak), słowa-wata, wplatane w wypowiedź – wszystko to powoduje, że komunikaty są nieczytelne. I coraz bardziej drażni.

Nie mam zamiaru podważać sensu istnienia w polszczyźnie słów wywodzących się z języka angielskiego. Biznes, komputer, bestseller, drink, fan, kontener, hamburger, skaner, spam, hokej, mecz, koktajl, logo, serial, e-mail/ mejl, budżet, weekend i wiele, wiele innych zakorzeniły się i nie trzeba z nimi walczyć. Jest także wiele wywodzących się z języków rosyjskiego, niemieckiego, francuskiego czy bezpośrednio z łaciny – słowniki wyrazów obcych przytaczają ich mnóstwo. Ale, na litość boską, nie wprowadzajmy do polszczyzny angielskich znaczeń podobnie brzmiących słów, a takie zjawisko ostatnio daje się zaobserwować i ciągle się nasila. Każdy, kto choćby liznął angielski, słyszał o fałszywych przyjaciołach. I co? I nic.