Ktoś kogoś olewa

fot. PAP/Tomasz Gzell

„Ktoś tu olewa prezesa Kaczyńskiego” – powiedział Jakub Stefaniak, rzecznik PSL, mając na myśli pewnego niesfornego ministra. Przeprosił za nieładne słowo, ale nie zmieniło to faktu, że je wygłosił publicznie. Nie on jeden. To paskudne (żeby nie powiedzieć gorzej) słowo (zastanówcie się, co znaczy!) od wielu lat funkcjonuje w „przestrzeni” publicznej (przestrzeń publiczna – jakie to piękne!) i niewiele osób je naprawdę słyszy. Tak spowszedniało, że nawet w słowniku języka polskiego oznaczone jest kwalifikatorem posp., a nie wulg. Bo funkcjonuje w znaczeniu lekceważyć, ignorować kogoś lub coś. Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z tym słowem w oficjalnym, nieslangowym wydaniu – w „Gazecie Telewizyjnej” został umieszczony mądry i ciekawy tekst pewnego bardzo mądrego pana na temat filmu dokumentalnego o carze Piotrze Romanowie. I tenże pan napisał o tymże carze (cytuję z pamięci), że „potrafił olać radę bojarów”. Autorowi przeszło to przez klawiaturę, redaktor i korektor nie zareagowali, zostało wydrukowane. A ja czytając, zamarłam. Potem przetoczyła się lawina i niewielu użytkowników języka uświadamia dziś sobie, jakie jest tego uroczego słowa pochodzenie. A mnie krew zalewa, gdy słyszę, że ktoś kogoś lub coś olewa.