Co można skonsumować?

Politycy i dziennikarze nie dają uszom  i rozumowi chwili wytchnienia, ciągle coś dziwnego konsumują.

I nie mam na myśli „konsumpcji gastronomii” (kiedyś w którejś ogródkowej restauracji w górach zobaczyłam napis „Stoliki tylko do konsumpcji gastronomii” i to wspomnienie ciągle mam żywe w pamięci). W maju pisałam o konsumowaniu nastrojów społecznych, czego miał dokonać, zdaniem redaktora Wojciecha Maziarskiego, Viktor Orbán. W ostatnich dniach w trakcie i po burzliwych obradach parlamentu w sprawie trzech ustaw dotyczących wymiaru sprawiedliwości, a przed ogłoszeniem prezydenckich wet, można było wysłuchać wielu wypowiedzi, z których dowiadywaliśmy się, jakie to rzeczy i sprawy zostają lub mogą zostać poddane konsumpcji.  Od politologów dowiedziałam się, że można skonsumować nowelę ustawy, usłyszałam także śmiałe stwierdzenie, że władza wykonawcza zamierza skonsumować władzę sądowniczą. Od senatora Prawa i Sprawiedliwości Jana Marii Jackowskiego, że także poprawki prezydenta Andrzeja Dudy do ustawy o Krajowej Rady Sądownictwa mogą zostać skonsumowane. Profesor Tomasz Nałęcz poinformował społeczeństwo, że „Donald Tusk mógłby skonsumować swoją pozycję” (mowa była bodajże o niedoszłej do skutku rozmowie przewodniczącego Rady Europejskiej z prezydentem Dudą). A Michał Kolanko, dziennikarz „Rzeczypospolitej”, stwierdził, że można także „skonsumować treści dotyczące rozrywki”.

Coraz trudniej mi nazwać uczucia, jakie wywołuje u mnie bezrefleksyjne wprowadzanie do polszczyzny angielskich znaczeń podobnie brzmiących słów. Wcześniej była to irytacja, teraz najczęściej – przygnębienie. Angielskie to consume i polskie konsumować to dwa różne byty. Niestety, coraz więcej osób udaje, że to ten sam byt.

Kiedyś konsumentem był ktoś korzystający z tak zwanych placówek zbiorowego żywienia. Dziś coraz rzadziej konsumujemy obiady, a coraz częściej towary i usługi. Oby nam coś w gardle nie stanęło!

 

 

Zdjęcie J.M. Jackowskiego: youtube.com, T. Nałęcza: polskieradio.pl

Natomiast ja sądzę

Rodacy bardzo polubili natomiast, kiedyś używane tylko w oficjalnej, „urzędowej” polszczyźnie. Nic dziwnego, że się podoba, ładne słowo, „dobitne”, dobrze brzmi -st w wygłosie. Tyle tylko, że najczęściej używane jest wbrew znaczeniu. Znowu daje o sobie znać moja męcząca wada – słyszę słowa – i w natomiast słyszę na to miejsce. Spójnik ten powinien łączyć zdania o przeciwstawnej treści, podobnie jak ale, jednak, jednakże, lecz, przecież, raczej, tylko, tylko że, tymczasem, wszakże, zaś, za to. Powinien. Dziś większość ludzi stosuje to słowo jako łącznik, nie rozumiejąc jego znaczenia. I wychodzą dziwolągi.

„Postawy totalne zawsze były mi obce, natomiast ja nie dostrzegam woli kompromisu”. (Radosław Sikorski, były minister spraw zagranicznych)

„Nikt nie neguje, że podręcznik był bezpłatny, natomiast nie pomyślano, jakie będą skutki”. (Piotr Dobrołęcki, wydawca)

„Premier to inna sprawa, natomiast ja nie spotkałem się […]”. (Leszek Miller, były premier)

„Chcemy wprowadzić pewne działania, natomiast umówiliśmy się z dziennikarzami […]”. (Stanisław Karczewski, marszałek senatu)

„Nie znam tej sprawy, natomiast w moim głębokim przekonaniu […]”. (Jan Maria Jackowski, senator)

Nie ma dnia, ba, godziny, by nie usłyszeć wymawianego z namaszczeniem słowa natomiast niezgodnie ze znaczeniem. I chyba tego zalewu nic nie powstrzyma.

 

 

 

Zdjęcie R. Sikorskiego: Wojciech Kusiński/PR, P. Dobrołęckiego: PR24/JW, L. Millera: Polskie Radio, S. Karczewskiego: PAP/Jakub Kamiński, J.M. Jackowskiego: PAP/Tomasz Gzell