Vox populi, vox Dei

Vox populi, vox Dei – tą łacińską sentencją prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński zakończył swoje wystąpienie w sprawie bulwersujących opinię publiczną nagród dla członków rządu, informując o obniżeniu wynagrodzeń posłów, senatorów i samorządowców. Zapomniał przy tym o jednym – o akcencie.

Jarosław kaczyński, vox populi, vox dei
fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

Słuchanie niektórych wypowiedzi osób publicznych przysparza mi często mąk niemal czyśćcowych, bo albo w obcych słowach kładą one akcent – jak prezes Kaczyński – zgodnie z zasadniczą polską normą na DRUgą syLAbę od KOŃca (pan prezes powiedział „po polsku” vox poPUli zamiast vox POpuli), albo polskie słowa akcentują tak, jakby pochodziły z języka obcego, czyli wyróżniają trzecią sylabę od końca. Wiadomo: Polak (najczęściej jest to niestety dziennikarz telewizyjny, a jego sposób mówienia staje się wzorem do naśladowania) potrafi.

Do rozpaczy doprowadza mnie sącząca się zewsząd NAuka. Czy ktoś mówi NAukowiec, NAuczyciel, NAuczycielka albo wspomina o NAuczaniu? Mogę sobie dać rękę uciąć, że nie. Ale co tam LOgika, NAuka brzmi dumnie i już. Dumnie i zagranicznie brzmi także biBLIOteka. Nagłe a niespodziewane to zjawisko: wielu ludzi po latach hurtem doszło do wniosku, że to polskie słowo jest obce. (Ze smutkiem słuchałam Krystyny Jandy, która w Białej bluzce szła do biBLIOteki). A na pierwsze miejsce w rankingu niepolskiego akcentowania polskich słów wspięła się oKOlica. Szczyt popularności zdaje się minął, ale gdzieniegdzie jeszcze słychać tę szlachetną wymowę.

Wracając do łaciny: w filmie nad filmami, będącym adaptacją „Pana Tadeusza”, przy którym pracowało wielu ekspertów, Bogusław Linda, czyli ksiądz Robak, i Daniel Olbrychski, czyli Gerwazy, z namaszczeniem działają pro puBLIco bono. Na liście specjalistów zabrakło, jak było słychać, łacinnika, a na planie filmowym nie znalazł się nikt, kto połączyłby rePUblikę z PUblico. Jak akcentować słowo republika wiedział doskonale nieodżałowany Grzegorz Ciechowski – pamiętam, że na jubileuszowym koncercie w Opolu zawstydził prowadzącego, który niestrudzenie podkreślał znaczenie zespołu RepuBLIka.

Dziennikarze z uporem mawiają też LIceum i MUzeum. W słowniku można by znaleźć proste wyjaśnienie, że liCEum i muZEum to słowa przejęte z greki i łaciny razem z przynależnym akcentem, ale sprawdzanie to taki ogromny trud… Aż dziw bierze, że – idąc za ciosem – dziennikarze nie próbują mówić GIMnazjum. Minister Zalewska postanowiła ukrócić rozterki tych, którzy rozważali ten pomysł.

O nowom, niepodległom i silnom

Prezes Jarosław Kaczyński podczas dziewięćdziesiątej trzeciej uroczystości smoleńskiej pod pałacem prezydenckim powiedział:

prezes Jarosław Kaczyński
fot. PAP/Marcin Obara

„Idziemy drogom naprawy Rzeczypospolitej. I te nasze marsze, to wszystko, co przez te już prawie osiem lat czynimy, to nic innego, jak wpisywanie się w drogę, tworzenie jej bardzo ważnej części. […] Ufajcie, że idziemy drogą w tym samym kierunku, że ten kierunek nie ulegnie najmniejszej zmianie, że dojdziemy do celu, że będziemy mieli nowom, prawdziwie nowom, prawdziwie niepodległom, prawdziwie godnom, prawdziwie silnom Polskę. Przed nami jeszcze trzy takie marsze. One przejdą do polskiej historii, przejdą i będom zapisane złotymi zgłoskami”.

Dlaczego prezes Prawa i Sprawiedliwości tak bardzo nie lubi na końcu wyrazu i masakruje wymową tę nosówkę? Niechęć do przeradza się w sympatię do tejże wtedy (choć nie jest w tym konsekwentny), gdy należy wymówić końcowe -ę: zamiast wpisywać się w tę drogę, pan prezes woli wpisywać się w tą drogę. Może działa sentyment do słynnego „Ludwiku Dorn i Sabo, nie idźcie tą drogą!” Aleksandra Kwaśniewskiego? Niezbadane są sympatie i antypatie prezesa partii rządzącej, nie tylko „w temacie” samogłosek nosowych. Ja jednak wolałabym, żeby walkę prowadził on o nową, niepodległą, godną i silną Polskę. A gdy ta już nastanie, trwające osiem lat marsze Krakowskim Przedmieściem każdego dziesiątego dnia miesiąca z pewnością będą zapisane złotymi zgłoskami w polskiej historii.

Mi się to nie podoba

mi się
fot. Andrzej Lange/Super Express

Nigdy nie pomyślałabym, że prezes Prawa i Sprawiedliwości ulegnie epidemii używania mi zamiast mnie.

„Postać wskrzesiciela państwa polskiego od zawsze była bardzo bliska zarówno mojemu śp. bratu, jak i mi – napisał w liście do uczestników koncertu z okazji urodzin Józefa Piłsudskiego Jarosław Kaczyński. – Uważaliśmy się w jakiejś mierze za kontynuatorów jego myśli”.

Nigdy nie pomyślałabym, że prezes Prawa i Sprawiedliwości, tak często mówiący o patriotyzmie, w który dbałość o język powinna być wpisana, ulegnie epidemii używania mi zamiast mnie. Sprawa jest prosta: mnie jest akcentowane, mi stanowi całość akcentową z poprzedzającym wyrazem. „Mnie się podoba”, ale „Podoba mi się”. Krótka forma mi sama z siebie akcentu zyskać nie może. Na ten temat wypowiedziano się już tyle razy… Aż dziw bierze, że pan prezes nie usłyszał.

Mi się nie podoba, mi się wydaje, mi jest zimno słychać jak Polska długa i szeroka. Wielbicieli mi się złośliwcy pytają, o jakie misie chodzi. Swego czasu ubawił mnie poseł Prawa i Sprawiedliwości Łukasz Schreiber, który, odpowiadając pewnie na pytanie, co zrobi premier, z powagą stwierdził: „Mi się wydaje, że nie jestem premierem”. Mnie się też wydaje, że pan poseł nie jest premierem.

O Polskę sprawiedliwom i suwerennom

Jarosław Kaczyński, Polskę sprawiedliwom, Polskę, suwerennom Polskę
fot. PAP/Marcin Obara

Pan prezes cierpi zapewne na schorzenie objawiające się niechęcią do samogłosek nosowych w wygłosie wyrazu.

„Cierpliwość, spokój, pewność, że mimo różnic zdań idziemy razem. To wszystko musi nam towarzyszyć, bo to zapewnia, że pewnego dnia będziemy mogli powiedzieć, że mamy IV Rzeczypospolitom, że Polska została naprawiona, że naprawa Rzeczypospolitej została zakończona, że mamy taką Polskę, której chcemy: Polskę sprawiedliwom, Polskę suwerennom, Polskę niepodległom, wolnom i silnom” – powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas uroczystości 89. tak zwanej miesięcznicy smoleńskiej.

I dalej: „Nawet jeżeli w pewnych sprawach pozostaniemy w Europie sami, to pozostaniemy i będziemy tom wyspom wolności, tolerancji, tego wszystkiego, co tak silnie było obecne w naszej historii”.

Nie chcem być nieuprzejma dla pana prezesa, ale pozwalam sobie przypomnieć mu, że walka powinna toczyć się o Polskę sprawiedliwą, suwerenną, niepodległą, wolną i silną. Pan prezes cierpi zapewne na schorzenie objawiające się niechęcią do samogłosek nosowych w wygłosie wyrazu. Dziwnym trafem jedna z jego głównych oponentek, Ewa Kopacz, zapadła na chorobę, która wywołuje odwrotny skutek: była pani premier często mawia, jak ważne jest dla niej, by Polaką i obywatelą  żyło się lepiej. Wszystkim.

Sprawa niechęci do nosówek u polityków jest o tyle ciekawa, że w przeszłości cierpieli na nią ci związani z lewicą. Nie chcem ukochał Grzegorz Napieralski, a od muszom i robiom Ryszarda Kalisza bolały uszy. Trudno też nie wspomnieć klasyka – Lech Wałęsa przeszedł do historii także dzięki „Nie chcem, ale muszem”. Braterstwo panów Kaczyńskiego i Wałęsy w tym zakresie jest zastanawiające.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości także uparcie Rzeczpospolitą nazywa Rzeczypospolitą. Ale chyba nie warto na to zwracać uwagie, podobnie jak na okrzyki kontrmanifestujących, do czego wzywał mówca.

Dekoncentracja mediów

fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

Media, które mają zostać „zdekoncentrowane”, ochoczo podchwyciły nowy termin.

„W krótkim czasie sprawa sądów zostanie załatwiona; to oznacza, że kolejne najważniejsze sprawy, które mamy jeszcze do załatwienia, jak dekoncentracja mediów, też będą załatwione, choć będzie wielki opór” – powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński.

Media, które mają zostać „zdekoncentrowane”, ochoczo podchwyciły nowy termin, co nie powinno dziwić, skoro wcześniej z równą ochotą rozpowszechniały wygaszanie – pomysł sprytnych PR-owców, słowo powtarzane do znudzenia przez polityków, zwłaszcza partii rządzącej, zastępujące likwidację lub zamykanie. W wielu poważnych gazetach i na poważnych portalach internetowych czytałam o „wygaszaniu” gimnazjów czy kopalń i irytował mnie brak refleksji piszących. To słowo zrobiło zawrotną karierę w 2016 roku i wygląda na to, że nie zamierza zakończyć żywota w roku 2017.

Teraz króluje dekoncentracja mediów (wcześniej mowa była o repolonizacji mediów, też „zgrabne” określenie, bo trudno mi wyobrazić sobie przywracanie polskości akurat mediom, ale zdaje się, że to względy prawne, a nie logiczna analiza, zdecydowały o konieczności sięgnięcia po inne).

„Resort kultury przygotowuje projekt ustawy o dekoncentracji mediów”.
„Dekoncentracja mediów oraz reforma służb specjalnych to duże reformy, które Prawo i Sprawiedliwość chce przeprowadzić w najbliższym czasie”.
„Dekoncentracja mediów nabiera kształtów”.
„Dekoncentracja mediów oznacza poprawę jakości polskiej demokracji”.

I tylko niektórzy wkładają to wyrażenie w cudzysłów. No bo przecież nie o „dekoncentrację” mediów chodzi, a o „dekoncentrację” obcego kapitału na polskim rynku medialnym. I nikogo nie zastanowiło, że pierwsze znaczenie słowa dekoncentracja to rozproszenie uwagi. Dobrze, że czuwają satyrycy. Jeden z nich narysował klauna przed kamerą. Z pewnością udało mu się (klaunowi) zdekoncentrować przynajmniej jedno medium.

Zdradzieckie mordy i opozycjonowanie

Jarosław Kaczyński, zdradzieckie mordy
fot. PAP/wpolityce.pl

Wtorkowe posiedzenie sejmu, podczas którego miano dyskutować o ustawie o Sądzie Najwyższym, uwidoczniło, nie pierwszy raz, jak nieparlamentarny stał się język parlamentarzystów. „Zdradzieckie mordy” i „kanalie” prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego zawojują memy, ale mnie i z pewnością wielu innym do śmiechu nie jest. Tak okropnych słów jeszcze nikt w polskim sejmie nie użył. Język polityków od dawna wykazuje postępującą brutalizację, coraz więcej wolno w debacie publicznej, coraz mniej zgorszenia budzą słowa, których kiedyś na salonach, w salonkach i zwykłych miejscach, w których spotykają się ludzie, nikt nie odważyłby się wygłosić.

Podczas tej debaty zasmucił mnie także prezes Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz, który powiedział do posłów partii rządzącej: „Ubieracie maskę sprawiedliwości”. W kwietniu zastanawiałam się, słysząc słowa Roberta Biedronia, w co można ubrać rękawiczki.

Ubieranie rękawiczek

Teraz zaczynam się głowić, jak i w co można ubrać maskę. W starożytnym teatrze maski wkładano, we współczesnym dziennikarsko-politycznym świecie maski się ubiera. Pytanie: w co? pozostaje bez odpowiedzi. I męczy mnie ciągle, bo co i rusz słyszę, że rodacy ubierają różne części garderoby.

I na koniec miły akcent: jedna z bardzo młodych osób manifestujących w obronie niezawisłych sądów, może dwunastoletnia dziewczynka, zapytana przez reportera, dlaczego to robi, odpowiedziała rezolutnie: „Trzeba opozycjonować!” Urzekło mnie to słowo. W jedno zlało się opozycja i znane z internetowego języka pozycjonowanie. Znak czasów. Ale jaki uroczy!

Prezes Kaczyński powiedział

Jarosław Kaczyński,
fot. PAP/Marcin Obara

„Jestem przekonany, że będą znane [afery i przestępstwa poprzedniej ekipy rządzącej] za jakiś czas jeszcze lepiej i że będą konsekwencje, że będziemy mogli powiedzieć, że ten niedobry czas się skończył, że czas dobrej zmiany jest czymś, co na trwałe zmieni Rzeczypospolitą […]– powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński podczas przemówienia wygłoszonego przed Pałacem Prezydenckim na zakończenie obchodów osiemdziesiątej siódmej tak zwanej miesięcznicy smoleńskiej.

Rzeczpospolita i Wielkanoc to najsłynniejsze chyba w polszczyźnie zrosty, czyli wyrazy utworzone z dwóch innych. Pierwsze ich człony można odmieniać, można nie odmieniać – jak sobie życzymy. Ale gdy użyte są w mianowniku lub – jak w tym przypadku – w bierniku,  z oczywistych względów zachowują pierwotną formę. Gdyby prezes Kaczyński twierdził, że trzeba bronić Rzeczypospolitej, wszystko byłoby w porządku i słowem bym się nie odezwała. Ale gdy słyszę Rzeczypospolita, moja polonistyczna dusza cierpi, ośmielam się więc zawołać: Zmieniać można Rzeczpospolitą, panie prezesie!

Jarosława Kaczyńskiego rewitalizacja inteligencji

Jarosław kaczyński, rewitalizacja inteligencji
fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

„Naszym celem jest odbudowywanie, rewitalizacja polskiej inteligencji, w tym tradycyjnym tego słowa znaczeniu, związanej z etosem służby społecznej, z etosem patriotycznym, w dużej części związanej z Kościołem, z katolicyzmem, czasem z innymi religiami” powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości na zjeździe zjednoczonej prawicy w Przysusze. I dalej: „Chcemy z nich robić osoby zaangażowane, niemyślące tylko o sobie, bo to jest warunek bycia inteligentnym”.

Do tej pory żyłam w przekonaniu, że inteligentnym albo się jest, albo nie, i nie trzeba spełniać jakichś warunków, ale mniejsza z tym. W tej wypowiedzi zasmuciło mnie, że inteligencja ma zostać zrewitalizowana. Jarosław Kaczyński nieraz dawał wyraz swoim lingwistycznym umiejętnościom, pisałam już o tym w czerwcu i z pewnością jeszcze wiele razy napiszę, ale tym razem się burzę. Niby wszystko się zgadza: re- + vita – dosłownie: przywrócenie do życia, ożywienie, ale przez pojęcie rewitalizacji rozumie się powszechnie „zespół działań urbanistycznych i planistycznych, których celem jest korzystne przekształcenie wyodrębnionego obszaru gminy będącego w stanie kryzysu wynikającego z czynników ekonomicznych i społecznych”. Jako przedstawicielka inteligencji nie czuję się komfortowo, zestawiona ze zdegradowanym obszarem gminy, któremu należy znaleźć nowe zastosowanie.

Słownik języka polskiego podaje jeszcze dwa inne znaczenia pojęcia rewitalizacja:
1. przywrócenie cerze młodego wyglądu przy pomocy zabiegów kosmetycznych;
2. przywrócenie aktualności dawnym ideom lub poglądom

Sprawę cery z oczywistych względów pominę. Jeżeli pan prezes miał na myśli trzecie znaczenie, nie potrafię zgadnąć, dlaczego zakłada, że inteligencja powinna przywracać aktualność czemukolwiek. Albo też sama powinna zostać zaktualizowana.

Tym razem lingwistyczny zabieg prezesa Kaczyńskiego mnie nie zachwycił.

Zasługi i „zasługi” Jarosława Kaczyńskiego

fot. Konrad Żelazowski, wp.pl

Mimo okazywanej gromko wzajemnej niechęci, coś połączyło ostatnio Jarosława Kaczyńskiego i Lecha Wałęsę.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości od dawna krytykuje obowiązującą konstytucję. Nie mam zamiaru wdawać się w dyskusję polityczną, w tej krytyce przeszkadza mi zgoła inny wzgląd – fonetyczny. Nie od dziś wiadomo, że panowie Kaczyński i Wałęsa nie są przyjaciółmi, tymczasem niespodziewanie połączyła ich niechęć do samogłosek nosowych. Wałęsowskie „Nie chcem, ale muszem” zapisane zostało w historii, teraz historia zapisze „Obowiązującą konstytucję można śmiało nazwać postkomunistycznom”.

Jarosław Kaczyński ma także inne grzechy językowe na sumieniu. Ostatnio sporo się mówiło o jego wygłoszonym podczas debaty sejmowej nad konstruktywnym wotum nieufności dla rządu stwierdzeniu, że „mechanizmów kontrolnych nie wyłancza się dla zabawy”, co wywołało chóralne (w jednej części sali plenarnej) potępienie. Wcześniej twierdził, że „każde normalne państwo chce mieć oszczy i uszy”, frankowicze „powinni wziąść sprawy w swoje ręce”, za poprzednich rządów „chciano zabić pamięć”, łączył marihuanę z konopią, a rozbawiony powiedział któregoś razu: „z tym [z kieliszkiem] mnie żeście jeszcze nie widzieli”. Zmianę nazwy naszego państwa na Wolskę dyskretnie przemilczę.

A przecież zasługi dla języka ojczystego ma ogromne: wsławił się wprowadzeniem do powszechnego obiegu niekonwencjonalnego kondominium, ostrzegał przed sprostytuowanymi prawnikami i przypomniał, że istnieje zwarty ordynek, jest autorem neologizmów łże-elita, hiperoportunizm, lumpenliberalizm, zapateryzm i centymetria, twierdził, że coś dezaprobuje, używał rzadkich, zwłaszcza u polityków, a pięknych słów: ubóstwienie, eschatologiczny, empiryczny, wehikuł, eugenika, łgać, zastrachany, warcholstwo, unitarny, dezawuować, tworzył ciekawe związki frazeologiczne: skundlenie polityczno-kulturowego establishmentu, małpiarskie elity, hybrydalny system władzy, konfederacja zdrady narodowej, obsceniczne manifestacje, starszo-średnie pokolenie, mentorsko-rezonerski styl i – oczywiście – oczywista oczywistość.

Te dwa światy językowe pana prezesa najwyraźniej świadczą o tym, że nie zawsze białe jest białe, a czarne – czarne.

Sejmowe refleksyjki

Sejmowa debata nad konstruktywnym wotum nieufności dla rządu, której fragmenty oglądałam, jak wiele innych debat napełniła mę duszę smutkiem.  I tak:

Jarosław Kaczyński twierdził, że „mechanizmów kontrolnych nie wyłancza się dla zabawy” i mimo chóralnych poprawek płynących z sejmowych ław postanowił nie zmieniać swoich przyzwyczajeń językowych. Na ten temat przetoczyła się już w Internecie fala potępienia, poprzestanę więc tylko na wspomnieniu tego wstydliwego faktu.

Grzegorz Schetyna mówił o rzekomym agencie rosyjskim w najwyższych władzach i zastanawiał się, „jak byłby on zadaniowany”. To słowo jest tak paskudne, że nie mam ochoty poświęcać mu uwagi, niechby wszyscy jak najszybciej o nim zapomnieli.

Marszałek Marek Kuchciński prosił posła Dominika Tarczyńskiego, by nie gestykulował rękami. Zmartwiłam się w imieniu temperamentnego posła, bo czym w takim razie miałby gestykulować?

Ale najwięcej smutku mej duszy przysporzyła wypowiedź pani premier po przemówieniu Michała Kamińskiego, choć dotyczy to nie spraw języka, a historii literatury polskiej. Otóż znany poseł, nawiązując do Krótkiej rozprawy między trzema osobami, panem, wójtem a plebanem Mikołaja Reja, mówił o tym, kto – jego zdaniem – rządzi aktualnie naszym krajem. Rolę pana przydzielił Jarosławowi Kaczyńskiemu, wójta – Beacie Szydło, a plebana – ojcu Rydzykowi. Pani premier wyraźnie oburzona przypomniała, że była burmistrzem, a nie wójtem…

Omówienia tej debaty nie poprawiły mi humoru. Najpierw rzecznik rządu Rafał Bochenek o liderze PO powiedział, że „wychodząc na ring z kobietom, okazało się, że został znokautowany”. Natychmiast przypomniało mi się ulubione zdanie polonistów Idąc do domu, padał deszcz, obrazujące niepoprawną konstrukcję imiesłowową, a wywołujące u nich śmiech lub furię – zależnie od temperamentu. Przypomniały mi się także Trójkowe audycje nieodżałowanej Ewy Szumańskiej, zaczynające się zawsze zdaniem: „Będąc młodą lekarką, wszedł raz do mnie pacjent”.

Profesor Ireneusz Krzemiński, ulegając obejmującej coraz szersze kręgi manierze dookreślania lub wzmacniania znaczenia słów, które tego wcale nie potrzebują, powiedział, że Grzegorz Schetyna wysunął bardzo uargumentowane zarzuty, że rząd trzeba punktować bardzo rzeczowo i żepartia Kaczyńskiego jest po prostu grupą plemienno-ideologiczną. I to jest bardzo przerażające”. Znacznie lepiej byłoby, gdyby rząd punktowano rzeczowo, zarzuty były wystarczająco uargumentowane, a wspomniana partia pana profesora „tylko” przerażała. A bardzo niechby sobie zostało na marginesie.

Na deser Leszek Miller, który uznał Michała Kamińskiego za bardzo przekonywującego. Panie Premierze, może mężczyznę poznać także po tym, że jest przekonujący?

 

Zdjęcie J. Kaczyńskiego: Krzysztof Burski, G. Schetyny: Platforma Obywatelska RP, M. Kuchcińskiego: marekkuchcinski.pl, M. Kamińskiego: fakt24.pl, B. Szydło i R. Bochenka: Radek Pietruszka, PAP,  I. Krzemińskiego: tvn24.pl, L. Millera: Grzegorz Jakubowski, PAP