Paragonik czy fakturka?

W czasach, gdy peerelowskie hasło „Klient nasz pan” przestało mieć wydźwięk humorystyczny, sprzedawcy i usługodawcy szukają sposobów, by przekonać tegoż klienta, od którego zależy ich los, że tak jest naprawdę. Jednym z najbardziej (mnie i wielu innych) irytujących jest używanie zdrobnień. „Paragonik czy fakturka?”, „Taksóweczka zaraz podjedzie”, „Kierowca zadzwoni domofonikiem”, „Życzy pani sobie chlebek czy bułeczki?”. Stosowanie zdrobnień ma stanowić przejaw uprzejmości, a nawet elegancji (niestety – kiczowej). W sklepach mięsnych od lat oferuje się wątróbkę, płucka i móżdżki, ale to po to, by „oswoić” towar, czyli części ciał zwierząt, które zjadamy.

My, klienci, też nie jesteśmy bez winy. Z lubością kupujemy ogóreczki, kalafiorki, ziemniaczki, śliweczki, pomidorki i jabłuszka. Po zakupach pijemy kawusię, jemy obiadki, zupki, kotleciki i deserki. Ostatnimi czasy, chcąc się czegoś dowiedzieć, mamy pytanko. Infantylizacja języka nie jest współczesnym zjawiskiem, infantylizował już Mikołaj Rej, ale czynił to z wdziękiem, czego o nam współczesnych powiedzieć nie można.

Zastanawiam się czasem, dlaczego stosowanie zdrobnień w rozmowie z klientem jest wybiórcze. Czemu mamy płacić pieniążkami, gotóweczką, ale już nie karteczką? Czemu nie jesteśmy kierowani do kaseczki, żeby zapłacić kasjereczce? Albo nie proponuje nam się wózeczka na zakupki?

Ja na pytanie: „Paragonik czy fakturka?” odpowiadam, starając się, by nie powiało chłodkiem: Paragon poproszę.