Uporczywe wnioskowanie

uporczywe
fot. PAP/EPA/Tomasz Gzell

Jakie kolejne zagadki językowe przygotują politycy?

„W przypadku, gdy wnioskodawca w sposób uporczywy składa wnioski, których realizacja ze względu na ilość lub zakres udostępnianej informacji znacząco utrudniałaby działalność podmiotu obowiązanego do udzielenia informacji publicznej, podmiot ten może odmówić udostępnienia informacji publicznej” – taki zapis znalazł się w projekcie ustawy o jawności życia publicznego. Usłyszawszy to, od razu ruszyłam po rozum do głowy, zastanawiając się, w jaki sposób można uporczywie wnioskować. Uporczywy to utrzymujący się długo lub ciągle powtarzający się. Uporczywe mogą być kaszel, ból głowy, terapia, szykanowanie, nękanie, a także… wzdęcia i biegunki. Wygląda na to, że projektodawcy ustawy przez uporczywy rozumieją coś innego, niż jest to przyjęte.

Ostatnimi czasy można zaobserwować wysyp polityków, którzy używają słów, nie przejmując się ich znaczeniem. Dobitnym przykładem jest nazwanie puczem zamieszek pod sejmem w grudniu ubiegłego roku, a ich uczestników puczystami. Jeżeli tak miałby wyglądać zbrojny zamach stanu, to jak nazwać prawdziwy pucz? Dementować to także trudne słowo, wielu parlamentarzystów dementuje, że coś się stało. Rzecznik rządu, Rafał Bochenek, któregoś razu stwierdził, że konsekwencje powinny zostać wyjaśnione, a Karol Karski stanowczo odmówił wchodzenia w retorykę liczbową.

Trudno zgadnąć, co przez uporczywe wnioskowanie rozumieją projektodawcy ustawy, czyli Mariusz Kamiński i jego zastępca Maciej Wąsik. (Smaczku sprawie dodaje to, że ustawę o jawności przygotowuje minister nadzorujący służby z założenia działające niejawnie). Logiczne wydaje mi się założenie, że uporczywe składanie wniosków byłoby skutkiem uporczywego odmawiania odpowiedzi. Chyba jednak nie to piszący ustawę mieli na myśli. Na szczęście po konsultacjach z prawnikami postanowiono ten dziwny zapis usunąć. Jakie kolejne zagadki językowe przygotują politycy? Sądzę, że nie będziemy na nie długo czekać.

Zupełna nieprawda

Bartłomiej Misiewicz, od jakiegoś czasu ulubieniec mediów, przed wejściem do siedziby Prawa i Sprawiedliwości, w której obradowała komisja PiS jemu poświęcona, wygłosił oświadczenie:

„Jest mi bardzo przykro, że dziennik „Fakt”, który po raz kolejny okazał się brukowcem i opisał wczoraj w swoim artykule zupełną nieprawdę, dzisiaj to powtarza. Jest mi tym bardziej przykro, że dziennik „Rzeczpospolita” dopuścił się wczoraj opisania zupełnej nieprawdy„.

Zbaraniałam. To nieprawda może być zupełna i niezupełna? Całkowita i częściowa? Wyrażona w procentach? Ułamkach?

Ciąg dalszy nastąpił. Komisja w osobach Joachima Brudzińskiego, Marka Suskiego, Mariusza Kamińskiego i Karola Karskiego  „po wnikliwej analizie postępowania pana Bartłomieja Misiewicza całkowicie negatywnie oceniła jego postawę”.

Zbaraniałam po raz drugi. Uruchomiłam proces logicznego myślenia i wyszło mi, że można oceniać coś także niecałkowicie negatywnie, czyli tak troszkę negatywnie. Albo troszkę pozytywnie. Albo dosyć pozytywnie, jak powiedział któregoś dnia Grzegorz Miecugow.

Co to się z narodem porobiło, że przestał rozumieć znaczenie słów? Co i rusz słyszę, że czyjeś stwierdzenia są bardzo populistyczne, konkursy powinny być bardzo zobiektywizowane, sprawa jest bardzo kontrowersyjna, jakaś sytuacja bardzo patowa albo bardzo groteskowa, a specjalista powinien być najprofesjonalniejszy. To ja bardzo i całkowicie przeciwko temu protestuję.

 

 

 

Zdjęcie B. Misiewicza: Maciej Luczniewski, J. Brudzińskiego: Grzegorz Celejewski, M. Kamińskiego: wiadomości.onet.pl, M. Suskiego: Tomasz Gzell