Polki i Polacy

W Anglii mieszkają Anglicy, we Francji Francuzi, w Niemczech Niemcy, w Stanach Zjednoczonych Amerykanie, w Rosji Rosjanie, w Czechach Czesi, w Rumunii Rumuni, w Norwegii Norwegowie, w Szwecji Szwedzi, w Bułgarii Bułgarzy, w Chinach Chińczycy… Jedynie w Polsce mieszkają Polki i Polacy. Nie pamiętam, który z polityków (lub która z polityczek) dokonał tego przełomowego odkrycia, ale wielu z nich zawstydziło się, że przez tyle lat Polki ignorowali, i na wyprzódki zaczęli naprawiać krzywdę im wyrządzoną. Wśród najważniejszych zawstydzonych są dwie kobiety: premier Beata Szydło i była premier Ewa Kopacz.

„Ja chcę rozmawiać o sprawach ważnych dla Polaków i dla Polek”. „Polki i Polacy muszą wiedzieć, że nie spoczywamy na laurach zwycięstwa” – to premier Szydło.

Była premier Ewa Kopacz chyba częściej martwi się o los obywateli i obywatelek naszego państwa:

„Najcenniejszą rzeczą dla wszystkich Polek i Polaków są: szacunek, lojalność wobec własnego kraju […]”, „Polki i Polacy, słyszeliście wypowiedź kobiety. Kobiety, która za chwilę może być premierem polskiego rządu […]”.
„Ja chcę rozmawiać o sprawach ważnych dla Polaków i dla Polek.
„Drogie Polki i Polacy, stoję tu przed wami i nikogo nie udaję”.

O Polakach obojga płci słychać oczywiście także z mównicy sejmowej:
Polki i Polacy was rozliczą, a San Escobar nie przyjmie wniosku o azyl”.
„My, Polki i Polacy, nieraz zmuszeni byliśmy uciekać z ojczyzny przed wojną czy represjami politycznymi” – to Sławomir Neumann z Platformy Obywatelskiej.

Przedstawiciele innych partii i ugrupowań nie chcą być gorsi, choć wprowadzają warianty. Oto apel partii Razem:
„Jutro o 8.45 podczas konferencji prasowej w warszawskim biurze Razem przedstawimy nasz apel do demokratów i demokratek na prawicy”.

A to zaproszenie do wzięcia udziału w manifestacji pod pałacem prezydenckim:
„Przyjdź, przynieś świeczkę i wzorem dawnych mieszkanek i mieszkańców Polski, którzy świecami odpędzali burzowe gromy, zapal ją pod Pałacem Prezydenckim”.

Dziennikarze także nadrabiają zaległości. Oto kilka tytułów artykułów w gazetach:
„Ile zarabiają Polki i Polacy?”
„Polki i Polacy zdradzają, kiedy partnerzy nie spełniają oczekiwań seksualnych”
„Tak się ubierają Polki i Polacy”
„Polki i Polacy na emigracji”

Polki i Polacy
You Tube/”Ucho prezesa”

Nic jednak nie przebije najsłynniejszego:
„Przez osiem ostatnich lat Polki i Polacy byli ignorowani przez rząd Platformy, który nie wsłuchiwał się…”.

 

Wartości, które zaczynają lec w gruzach

Beata Szydło, lec w gruzach
fot. Jacek Bednarczyk/PAP

Wystąpienie pani premier Beaty Szydło w Oświęcimiu było szeroko komentowane z powodu zdania „Auschwitz to w dzisiejszych niespokojnych czasach wielka lekcja tego, że trzeba czynić wszystko, aby uchronić bezpieczeństwo i życie swoich obywateli”. Ale ja nie o tym. Mnie zafrapowało inne zdanie – o tym, że „wartości europejskie zaczynają lec w gruzach”. Lec, legnąć – trudne słowa. Zwłaszcza gdy są czasownikami dokonanymi, a chce się ich użyć w formie niedokonanej. Jak to właściwie powiedzieć: zaczynają legać w gruzach? No bo jeszcze nie legły. Autor przemówienia jest chyba młodym człowiekiem i ma problem ze staropolszczyzną.

Z podobną gimnastyką w odmianie mieliśmy do czynienia wtedy, gdy prezydent Andrzej Duda nie zaprzysiągł wybranych przez poprzedni sejm sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Czegóż to wtedy nie dało się z ust młodych dziennikarzy usłyszeć! Dlaczego prezydent nie zaprzysiężył sędziów? I kiedy ich zaprzysięże/zaprzysięży? Czy powinien zaprzysiężyć?

Moja wiara w znajomość ojczystego języka u młodych obywateli naszego pięknego kraju zaczyna lec w gruzach.

Kwoty uchodźców

Beata Szydło, kwoty uchodźców
fot: Kancelaria Premiera

To, że słowa mają wielką siłę rażenia, wiadomo nie od dziś. Mnie ostatnio poraziły słowa pani premier Beaty Szydło:
„Mówimy bardzo jasno: nie ma zgody polskiego rządu na to, aby przymusowo były narzucone jakiekolwiek kwoty uchodźców”.

I nie chodzi mi o polityczną deklarację. Liczenie ludzi w kwotach to coś niezwykłego. W pierwszej chwili sądziłam, że się przesłyszałam. Ale nie, sprawdziłam, a Internet prawdę powie. Internet też rozprzestrzenia wszystko błyskawicznie. Czytamy, słuchamy i przejmujemy, coraz częściej bez refleksji. Kolejnymi politykami z pierwszych stron gazet, którzy liczą ludzi w kwotach, okazali się Paweł Kukiz i Michał Boni.  Ale nie tylko oni. „W tej chwili tylko Budapeszt i Warszawa aktywnie zwalczają kwoty uchodźców” – powiedział unijny dyplomata, o czym doniosła „Rzeczpospolita”, o kwotach uchodźców słyszę też od dziennikarzy.

To prawda, że dawniej słowem kwota określało się ilość lub liczbę, ale śmiem twierdzić, że staropolszczyzna mało jest znana współczesnym, zwłaszcza politykom. W ekonomii stosuje się słowo kwota dla określenia ilościowego lub wartościowego ograniczenia w imporcie towarów. Przypuszczam (chyba powinnam podejrzewać, by iść z duchem czasu), a właściwie jestem pewna, że znowu winna jest angielszczyzna i jej quota, czyli kontyngent, przydział i kwota właśnie, a konkretnie quota refugees, widniejąca w dokumentach Unii Europejskiej. Ale przełożenie miar towarów lub pieniędzy na ludzi nie wydaje mi się stosowne.

Wcześniej co i rusz słyszałam o ilości uchodźców (imigrantów/migrantów/terrorystów – dla doraźnej potrzeby politycy udają, że te słowa to synonimy). Na przykład wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki oznajmił któregoś dnia:
„Odchodzimy od polityki Platformy Obywatelskiej, która twierdziła, że przyjmie każdą ilość imigrantów”.

Rozróżnienie między liczbą (dla rzeczowników policzalnych) a ilością (dla niepoliczalnych) nie zawsze jest przestrzegane i jest tak częste, że pomyłka mniej boli. Ale kwoty? Niezbadany jest język polityków.

Rzecznik rządu powiedział

fot. parlamentarny.pl

Rafał Bochenek, mówiąc o piśmie do prezydenta Sopotu w sprawie przyjęcia sierot z Aleppo, powiedział, że „zawiera [ono] stwierdzenie pewnego stanu faktycznego, który rzeczywiście istnieje”. Przykro było tego słuchać. Pan Bochenek jest przedstawicielem współczesnego młodego pokolenia, które uwielbia wielosłowie. Proste nazywanie prostych spraw jest uważane za anachronizm, koniecznie trzeba tworzyć związki frazeologiczne i zdania, których główną cechą – ogólnie rzecz ujmując, nie wdając się w rozważania o pleonazmach i tautologii  –  jest dużo słów, mało treści. Wynika to z nonszalancji i nieznajomości znaczenia słów (o, przepraszam, idąc z duchem czasu, powinnam powiedzieć: braku znajomości znaczenia słów).

Stan faktyczny nie może też po prostu być stanem faktycznym, musi być pewnym stanem faktycznym. No cóż, rozmywanie znaczenia to współczesna maniera. Temu „służy” i jakby, i pewne, i pewnego rodzaju. Jarosław Kaczyński mówi o pewnych nieporozumieniach, pewnych porównaniach, w jego wypowiedziach pojawiają się też pewnego rodzaju oszustwa, pewne rozumowania prawne i pewne szersze zjawiska. Posłanka Katarzyna Lubnauer oznajmiła któregoś razu, że w BOR panuje pewien chaos, Paweł Terlecki, radny Warszawy, wypowiadając się na temat ustawy o metropolii warszawskiej, zapowiedział, że projekt ustawy zostanie poddany pewnym konsultacjom, Olaf Lubaszenko stwierdził, że serial Belle epoque ma pewien rozmach, były wiceszef BOR-u określił zadania funkcjonariusza jako w pewnym sensie ochronę VIP-a, a minister Szyszko oznajmił, że „właściciele działek będą chcieli mieć pewną architekturę widoku„.

Naukowcy z kolei bardzo lubią słowo swoiste, ale to już inna historia.

Ps. Po wypadku premier Szydło pod Oświęcimiem pan Bochenek powiedział: „Lekarze stwierdzili postępującą stabilizację stanu zdrowia premier”. Zastanawiam się, na czym polega postęp stabilizacji…