Premiera, pilotka i dramaturżka

Dawniej wszyscy byliśmy ludźmi, teraz wiele osób (i osobniczek) podkreśla, że jesteśmy kobietami i mężczyznami.

Feminizacja zawodów jest faktem, naturalna zatem wydaje się także postępująca feminizacja nazw. Przyznam, że przez długi czas byłam przeciwna „kobiecym” formom: pani redaktor, pani psycholog, pani dyrektor, pani profesor moim i nie tylko moim zdaniem brzmi dostojniej niż redaktorka, psycholożka, dyrektorka czy profesorka. Oswajam się jednak z nimi i coraz mniej bolą mnie uszy, choć nie pozbyłam się zastrzeżeń.

Spore zasługi w tym oswajaniu mają feministki, które nie dostrzegają niczego niepoważnego w tworzonych obecnie na potęgę żeńskich nazwach. Ale są też kobiety, które nie chcą być nazywane adwokatkami, adiunktkami (tu dodatkowym powodem jest możliwość złamania języka przy wymowie), inżynierkami czy doktorkami.

Istnieje wiele nazw zawodów, których żeńskie formy zagościły już dawno w języku: nauczycielka, sekretarka, sprzątaczka, pielęgniarka, przedszkolanka, księgowa, nikogo nie razi też pisarka, działaczka czy kandydatka. Ale dyplomowany to już nauczyciel, o Condoleezzie Rice nikt nie powiedziałby sekretarka stanu, a o Margaret Thatcher, Theresie May, Ewie Kopacz lub Beacie Szydło – premierka lub premiera rządu.

Kłopotów z tworzeniem żeńskich form jest sporo. Zgodnie z wzorcem językowym do męskich nazw dodaje się końcówkę -a, -ka lub -ini albo -yni. Powstały więc m.in: radna, prezydentka, burmistrzyni, wyborczyni, polityczka, ministra, radczyni, naukowczyni, marszałkini, dramaturżka, reżyserka, pilotka, literatka, a także przestępczyni. Niektóre z wymienionych nie budzą mojego oporu, ale… ‘Pani ministra’ wywołuje skojarzenia, że jakaś pani jest związana z jakimś ministrem, radczyni do niedawna oznaczała żonę radcy, reżyserka to w teatrze pomieszczenie dla reżysera, premiera to pierwszy pokaz przedstawienia teatralnego lub filmu, premierka brzmi zabawnie, literatka to szklaneczka, a pilotką zwykliśmy nazywać czapkę „z uszami”. W naszym języku istnieje wiele słów wieloznacznych i kwestią czasu jest przyjęcie nowych znaczeń, ale sądzę, że na to trzeba jeszcze poczekać. A ‘dramaturżka’ wywołuje u mnie skurcz języka i ból uszu. Z rozpaczą myślę też, że mogłabym być kupcą, ślusarką, tokarką, naprawiaczką, elektryczką, technolożką lub kierowczynią.

Mój sprzeciw budzi nie tyle samo zjawisko, jakim jest pojawianie się w języku nowych, żeńskich form nazw zawodów, stanowisk i tytułów, ile uparte dążenie feministek do jego upowszechniania i zalegalizowania. Jestem kobietą, nie odczuwam jednak potrzeby podkreślania na każdym kroku aspektów płci. Nie rażą mnie męskie nazwy zawodów używane w odniesieniu do kobiet i wcale nie uważam, że to skutek wpajania przez lata patriarchalnych przekonań. Pozwólmy, by język „sam” ewoluował. Nie chciałabym być nazywana człowieką, a gdy zajmę się domowymi naprawami – majstrą…

Galerie, salony i premiery

galerie, salony i premieryKtóryś sprytny marketingowiec wpadł kiedyś na pomysł, by sięgnąć do języka świata sztuki.

Nasycenie rynku towarami zmusza marketingowców do szukania coraz to innych sposobów zajmowania uwagi klientów. Produkt, by został sprzedany, powinien się wyróżniać – to podstawowa zasada handlowców. Któryś sprytny marketingowiec wpadł kiedyś na pomysł, by sięgnąć do języka świata sztuki. I zadziałało.

Zapewne jestem przewrażliwiona, nieustannie też marzy mi się, by „odpowiednie rzeczy dać słowo”. Dla mnie galeria to ciągle salon wystawowy, w którym sprzedaje się dzieła sztuki albo też kolekcja dzieł sztuki. Trudno dziełami sztuki nazwać nawet najpiękniejsze, ale jednak garnki czy buty, tymczasem galerie handlowe mają się dobrze. Świetnie mają się też galerie wnętrz, galerie kominków, galerie fryzur czy galerie upominków. O ileż przyjemniej kupować w galerii niż zwykłym sklepie!

galerie, salony i premieryPodobnie rzecz ma się z salonami. Kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, dostanie się na salony było często niedościgłym marzeniem parweniuszy, w salonach spotykała się śmietanka towarzyska, uczeni i artyści. Teraz w salonach kupujemy samochody, telefony, odzież, w salonach poddajemy się zabiegom upiększającym albo masażom tajskim. Współczesne mieszkania też obowiązkowo „wyposażone” są w salon, jeszcze niedawno nazywany swojsko pokojem stołowym. Czujemy się dzięki temu lepsi, dowartościowani, choć na prawdziwy salon niewiele osób może sobie pozwolić, chociażby z racji niewielkiego metrażu tego pomieszczenia. Znakiem czasów stało się dla mnie pytanie skierowane do językoznawców z którejś poradni językowej: „Chcę zatytuować sklep i nie wiem, jak się pisze: SALON ODZIEŻY czy SALON ODZIEŻOWY?” [pisownia oryginalna]. Nadać sklepowi tytuł – to dopiero wyzwanie!

Najbardziej jednak mnie, człowieka teatru, drażni nowe zastosowanie słowa premiera. Premiera w teatrze to święto – pierwsze, po wielomiesięcznych przygotowaniach i wytężonej pracy całego zespołu, przedstawienie danego utworu. Premiera superbolidu Mercedesa, premiera najnowszej generacji iPhone’ów, premiera gry komputerowej czy premiera biografii wywołują u mnie nerwowy skurcz.

Właśnie rzucił mi się w oczy tytuł w gazecie: Malczewski w sklepie z butami, czyli muzealna przeprowadzka. Autorka pisze: „Muzeum Historyczne Krakowa przeprowadza się na trzy lata do… Galerii Krakowskiej. […] W nowym miejscu MHK zamierza też prowadzić działalność edukacyjną i częściowo wystawienniczą, co oznacza, że muzealnicy ze swoimi wystawami, miniekspozycjami czy konkursami pojawią się w przestrzeni sklepów”.

Nic dodać, nic ująć. A o panoszących się przestrzeniach napiszę niebawem.