„K…a” – zadziwiająca kariera

Sławomir Mrożek w czasie, gdy dyskutowano nad zapisami konstytucji, powiedział: „To nie jest konstytucja Polaków, tam nie ma słowa „k…a”.

Wielki dramatopisarz miał rację. Sadzę, że gdyby „k…a” zanikła, większość Polaków przestałaby z sobą rozmawiać. „O, k…a!, ja p…ę!” wystarczy, by się porozumieć. Można w ten sposób wyrazić wszystko: strach, złość, irytację, a nawet podziw. Te słowa tak spowszedniały, że stały się potocznym przerywnikiem, bo nawet nie można powiedzieć, że przecinkiem. Przecinek służy do logicznego dzielenia wypowiedzi, a w przypadku stosowania „k…y” logiki za grosz.

Jeszcze niedawno przeklinano, by łagodnie określić to zjawisko, tylko w tak zwanym swoim, męskim gronie, a ktoś przyłapany na publicznym przeklinaniu czuł się co najmniej niezręcznie. Teraz słowo zaczynające się na „k” słychać wszędzie: na ulicy, w kinie i teatrze, płynie z ust ludzi obojga płci, w każdym wieku i we wszystkich sytuacjach. Kobiety i dziewczęta już nie płoną rumieńcem, słysząc je, i nie oddalają demonstracyjnie, jak to kiedyś bywało. Wręcz przeciwnie, gorliwie współzawodniczą z przedstawicielami brzydszej płci. Wygląda na to, że używanie tego bardzo starego słowa należy wręcz do dobrego (!) tonu.

Scenarzyści współczesnych polskich filmów i autorzy sztuk wkładają „k…ę” w usta bohaterom bez względu na epokę. W czasach młodości profesora Religi nie przeklinano tak jak teraz, co nie przeszkodziło autorowi scenariusza Bogów ozdobić „k…ą” bardzo wielu dialogów. W przejmującym węgierskim filmie Syn Szawła, niemal niemym, którego akcja rozgrywa się w niemieckim obozie koncentracyjnym, Polacy mówią zaledwie kilka słów, które trudno zrozumieć, ale ze zrozumieniem jednego z nich nie ma żadnego problemu. Strach oglądać teraz nawet stare filmy w telewizji – uwspółcześnione listy dialogowe rozbłysły poezją pełną „k”, a także bratnich „p” i „ch”.

„K…a” stała się naszym towarem eksportowym. Profesor Miodek opowiadał kiedyś, że gdy był w Paryżu, uliczny sprzedawca usłyszawszy polską mowę, zaczął przyzywać potencjalnych klientów wiadomym słowem…

W zdumienie wprowadzają mnie informacje o sprawach sądowych, wytoczonych osobom używającym wulgaryzmów w miejscach publicznych. Przecież wystarczy przejść się kilka minut ulicą, by usłyszeć ich setki. „K…a” podkreśla sens zdania, zastępuje dowolną część mowy i wszystkie znaki interpunkcyjne. Bez niej rodacy nie byliby w stanie porozumiewać się, wojsko i policja byłyby bezbronne, stanąłby przemysł, transport, budownictwo, nawet sejm i senat nie mogłyby obradować.