Pucz – słowo ciągle na czasie

Od kiedy władzę w kraju objęło Prawo i Sprawiedliwość, oprócz politycznej obserwujemy wzmożoną gimnastykę lingwistyczną. Dziś o puczu.

Wszyscy pewnie pamiętamy wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z grudnia 2016 roku, który okupowanie sali sejmowej przez posłów opozycji i protesty pod Sejmem nazwał puczem. Słuchałam wtedy jego przemowy w zdumieniu, pamiętałam bowiem, nie tylko dzięki lekcjom historii, że pucz to zbrojny zamach stanu. W głowie kotłowały mi się informacje o puczu monachijskim w 1923 roku oraz puczach w Chile w 1973 i Argentynie w 1976 roku, w wyniku których w tych krajach na lata wprowadzono dyktaturę wojskowych i które pochłonęły wiele ofiar. Świeżo miałam też wtedy w pamięci wieści o nieudanym puczu w Turcji i obrazy czołgów na ulicach. Przypomniałam sobie także wydarzenia po 13 grudnia 1981 roku w Polsce, a więc nie tak odległej naszej historii. Zdumienie nasilało się z biegiem czasu, gdy okazywało się, że wpływ prezesa PiS nie tylko w sprawach politycznych jest ogromny: słowo pucz na określenie grudniowych wydarzeń pod i w Sejmie królowało w wypowiedziach polityków związanych z partią rządzącą. Wpływ ten najdobitniej objawił się w filmie dokumentującym tamte wydarzenia, a zatytułowanym oczywiście Pucz, głośno komentowanym we wszystkich kręgach politycznych.

Szczęśliwie z czasem uznano, że słowo pucz oznaczające, zdaniem polityków, protesty przeciwko działaniom władz, jest jednak mało nośne, by wyrazić się eufemistycznie. Niektórzy zajrzeli nawet do słowników wyrazów obcych, publikując na Twitterze swoje odkrycia. Tak więc pół roku później, podczas akcji protestacyjnych w obronie niezależności sądów, odcięto się od puczu, a zaczęto mówić o rebelii i rokoszu. Przypuszczalnie określenia te wydały się łagodniejsze i bardziej obrazowe. Mnie jednak, i zapewne milionów rodaków, nie opuszczało przekonanie, że protest to jedno, a rebelia i rokosz – drugie. Szkoda, że tym razem politycy do słowników nie zajrzeli.

Wydawać by się mogło, że pucz został pogrzebany. Jak się wkrótce okazało, siła przekazu prezesa Kaczyńskiego jest ogromna: niektórzy, w tym dziennikarze, nie są  w stanie pogodzić się z racjonalnym wyjaśnieniem. Gdy ważyły się losy ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym, Akcja Demokracja rozesłała w Internecie ankietę, w której pytano o formy protestu, jeśli projekty tych ustaw proponowane przez prezydenta Dudę będą powielały rozwiązania forsowane we wcześniejszych projektach PiS-u. Jedna z gazet dokonała wówczas odkrycia, że szykuje się kolejny pucz. Miał on polegać na blokowaniu biur poselskich i linii telefonicznych Pałacu Prezydenckiego oraz roznoszeniu ulotek, rozklejaniu plakatów i wywieszaniu banerów…

Wygląda na to, że pucz wiecznie jest żywy. Jeden z prominentnych polityków z troską niedawno wyjawił, że udało się zatrzymać pucz Zbigniewa Ziobry wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości, inny – że trwa pucz sędziów Sądu Najwyższego.

Wiedza o tym, czym właściwie jest pucz, rozprzestrzenia się. Pewien dziennikarz, pisząc ostatnio o działaniach ludzi niechętnych papieżowi Franciszkowi, wyraził obawę, że to może być pucz przeciwko głowie Kościoła Katolickiego. Inny ostrzegał, że w pucz mogą przerodzić się spory w komitecie wyborczym PiS w Krakowie. Jak się coraz częściej okazuje, rzeczywistość i polityczne definicje to dwa światy. Zapewne wkrótce zostaniemy poinformowani o kolejnych odkryciach.